Archiwum: Październik 2013

RAFAŁ PERCZYŃSKI DOŁĄCZYŁ DO „HUSARII”

perczynski02

Dwukrotny brązowy medalista Mistrzostw Polski seniorów, Rafał Perczyński, w nowym sezonie będzie występował w „Hussars Poland” w zawodowej lidze World Series of Boxing.

- Rafał Perczyński jest pierwszym pięściarzem, który dostał się do naszej drużyny poprzez udany występ w turnieju o Puchar Fenixa, czyli imprezie mającej za cel wyszukiwanie utalentowanych zawodników z całej Polski – powiedział trener „Husarii” Hubert Migaczew.

W zawodach rozgrywanych w hali Torwaru Perczyński zmierzył się z innym nowym zawodnikiem jedynego polskiego zespołu w prestiżowej WSB – Damianem Kiwiorem. Kolejny turniej Fenixa, czyli kwalifikacje do „Husarii” już 26 października.

- Pochodzący z Tarnowa Damian Kiwior już wcześniej zgłaszał aspiracje do drużyny, której skład kompletujemy. W lidze będzie występował w wadze 64 kg, zaś Perczyński w 69 kg, podobnie jak Ireneusz Zakrzewski z Jeleniej Góry, wcześniej rywalizujący w kategorii 75 kg – dodał szkoleniowiec.

Do tej pory występujący w Gwardii Warszawa Perczyński ma w swoim dorobku brązowe medale MP w seniorów w 2012 i 2013 roku. Przed dwoma laty zdobył w Lublinie wicemistrzostwo kraju juniorów. Jego pierwszym sukcesem zaś było trzecie miejsce w MP kadetów w 2009 roku, ale jeszcze w wadze do 57 kg i w barwach Legii.

żródło: hussarspoland.com

VIRGIL HILL: MICHALCZEWSKI NIE ZGODZIŁ SIĘ NA REWANŻ

hill02

Nie ukrywam, że Virgil Hill przez długie lata – z racji nie tylko umiejętności czysto bokserskich, ale i niepospolitego intelektu – należał do jednych z moich ulubionych pięściarzy. Najpierw znakomicie radził sobie na amatorskim ringu, zdobywając srebrny medal Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles, a następnie przez długie lata bronił tytułów zawodowego mistrza świata. Wywiad, który udało się z nim przeprowadzić, był – jak to przyznał później sam Hill – najpełniej „dotykającym” całej jego sportowej kariery, czym obaj sprawiliśmy sobie przyjemność.

Jarosław Drozd:  Urodziłeś się w Clinton (Missouri), ale całe niemal swoje życie związałeś z Bismarck w Północnej Dakocie. Możesz opowiedzieć o swoim dzieciństwie i początkach kariery?
Virgil Hill: Właściwie mieszkałem w Grand Forks w stanie Północna Dakota. Kiedy byłem chłopcem, mniej więcej ośmiolatkiem, i mieszkaliśmy jeszcze na fermie w Północnej Dakocie, oglądałem w telewizji turniej Golden Gloves w Chicago. Zapytałem wtedy ojca, czy będę mógł boksować, jeśli kiedykolwiek przeprowadzimy się do miasta (chodziło mi o Grand Forks – „aglomerację” liczącą sobie 45 tysięcy mieszkańców). Kiedy faktycznie przeprowadziliśmy się do tego „wielkiego miasta”, ojciec po powrocie z pracy zapytał mnie, czy wciąż chciałbym ćwiczyć boks. Przytaknąłem, a on zaprowadził mnie na salę treningową.

- Dlaczego wybrałeś akurat boks a nie inną dyscyplinę sportu?
VH: Przez całe życie uprawiałem różne dyscypliny sportu. Boksowałem, grałem w koszykówkę, futbol, baseball, uprawiałem zapasy i lekkoatletykę. Gorzej wyglądały wyniki w nauce, a w tamtych czasach rodzinna sytuacja finansowa nie wyglądała zbyt ciekawie, więc nie było szans na to, że uskładają się pieniądze, by posłać mnie do college’u. Kiedy byłem w klasie maturalnej, byłem już członkiem bokserskiej drużyny narodowej USA, więc dalsza kariera bokserska miała po prostu najwięcej sensu.

- Jako amator stoczyłeś aż 261 walk, z których przegrałeś zaledwie 11. Jak to możliwe, że uzbierało się ich aż tyle, skoro zostałeś zawodowcem w wieku 20 lat?
VH: Mój rekord amatorski to 288-11. Za czasów mojej młodości, w okolicach, gdzie się wychowywałem, boks był bardzo popularnym sportem. Teraz sprawy wyglądają zupełnie inaczej, ale wtedy mieliśmy walki w każdy weekend, czasami w piątek, sobotę i w niedzielę. Do tego jeszcze bliskość granicy z Kanadą sprawiała, że mogliśmy też walczyć w turniejach z tamtejszymi drużynami. Zupełnie nie ma porównania z obecną sytuacją.

- Twoimi pierwszymi sukcesami były wicemistrzostwo USA w 1982 r. oraz zwycięstwa w turniejach Golden Gloves. Pamiętasz z kim wówczas rywalizowałeś?
VH: Nie przypominam sobie, jak to było w Golden Gloves, ale w turnieju ABF przegrałem z Michaelem Grovenem.

- W 1983 r. zostałeś mistrzem Ameryki Północnej, pokonując wspaniałego Bernardo Comasa z Kuby. W tym samym roku potrafiłeś jednak przegrać z zupełnie przeciętnym Włochem, Noe Cruciani w półfinale Pucharu Świata. Czy przegrałeś dlatego walka odbyła się w Rzymie? Jak z pespektywy czasu oceniasz swoje pierwsze międzynarodowe sukcesy?
VH: Pierwsze walki za granicą stoczyłem w NRD, gdzie wygrałem dwa pojedynki. Potem walczyłem także z Rosjanami, w ogóle odwiedziłem chyba wszystkie liczące się w boksie kraje, zanim dostałem się do Pucharu Świata. Niesamowita sprawa dla chłopaka z Północnej Dakoty, te podróże po przeróżnych krajach. A porażka z Crucianim… Walczyłem w Rzymie przeciwko Włochowi, co tu dużo gadać.

- Później były kwalifikacje do olimpiady w Los Angeles. O miejsce w ekipie walczyłeś m.in. z Michaelem Nunnem, późniejszym wspaniałym pięściarzem, mistrzem świata zawodowców. Jak wyglądała wasza rywalizacja?
VH: Walczyłem z wszystkimi najlepszymi zawodnikami świata, w tym z Comasem. W tamtym roku stoczyłem chyba z sześć walk z zagranicznymi zawodnikami, wszystko na zgrupowaniach treningowych. Nawet na sparringach stawałem do walki z zawodnikami najwyższej klasy. A Nunn nie potrafił sobie z nikim poradzić w kategorii do 156 funtów, więc wymyślił sobie, że przejdzie do 165 funtów i spróbuje szczęścia ze mną.

- Dlaczego Virgil Hill nie został mistrzem olimpijskim?
VH: Było tak: paru Amerykanów walczyło z zawodnikami z Południowej Korei i decyzje sędziów były nieco wątpliwe. Gazety podały, że Koreańczycy z tego powodu zamierzają wycofać się z organizacji igrzysk w 1988 roku. Ja byłem pierwszym, który po tych informacjach walczył z zawodnikiem z Korei Południowej i wygrałem 3-2. Jednakowoż w tamtym roku po raz pierwszy pojawiły się komisje sędziowskie. Werdykt trafił do komisji, która odwróciła wynik na 4-1.

- W kadrze USA roiło się wówczas od gwiazd. Oprócz Ciebie byli tam Evander Holyfield, Pernell Whitaker, Mark Breland, Steve McCrory, Henry Tillman, Tyrrell Biggs. Czy tworzyliście rzeczywiście team, czy każdy z Was skoncentrowany był tylko na własnych występach?
VH: Boks to sport indywidualny. Ci goście w większości znali się od lat, z nowicjuszy byli tam tylko Tillman, Holyfield i ja.

- Czy poza ringiem byliście kumplami?
VH: Generalnie przyjaźniłem się wtedy z Evanderem i tak już zostało.

- Myślisz, że gdyby na Igrzyskach Olimpijskich w Los Angeles wystąpił Mike Tyson, miałby szanse na złoty medal?
VH: Nie, Henry Tillman pokonał go bezdyskusyjnie. Tillman pokonał Tysona i w eliminacjach do drużyny, i w barażach.

- Jak jest z motywacją do dalszej pracy, gdy zostaje się mistrzem świata zawodowców mając zaledwie 23 lata?
VH: Rywalizację mam we krwi i zawsze chcę być najlepszy w tym, co robię.

- Pamiętasz okoliczności Twojego zwycięstwa nad Leslie Stewartem w walce o tytuł mistrza świata WBA w 1987 r.?
VH: Całkiem sporo – Stewart mnie nie doceniał. Pamiętam, że prawie się ze mnie śmiał, kiedy wchodził na ring. Szlag mnie trafił. Stewart myślał, że trafił na szczawia, który nie ma z nim żadnych szans, ale go znokautowałem.

- Sporo mówiło się o Twojej pierwszej walce z niemiecką legendą, Henry`m Maske. Dokonałeś wtedy nie lada sztuki. Pokonałeś Niemca na jego własnym ringu i to na punkty. jaka to była walka?
VH: Pokonanie Henry’ego było fenomenalną sprawą. Można by rzec, że w ogóle wygrać z Niemcem w Niemczech to spory wyczyn. Była to walka o połączenie tytułów: jego pasa IBF i mojego WBA. Zaskoczyło mnie to, że Maske w ogóle się na to zgodził, do tej pory raczej nie wystawiano go przeciwko groźnym rywalom. Ja jednak byłem świeżo po ciężko zapracowanym zwycięstwie przeciwko „Honeyboy’owi” Del Valle, więc pewnie pomyśleli sobie, że to dobry moment, żeby stawić mi czoła, tym bardziej, że Maske to mańkut.

- Wydawało się, że po porażce z Jean-Marc Mormeck nie wrócisz już do zawodowego boksowania, tymczasem niespodziewanie zobaczyliśmy Cię w ringu i to na dodatek od razu w walce o tytuł mistrza świata WBC. Dlaczego wróciłeś?
VH: To, że ta druga walka z Mormeckiem była tak wyrównana, iż wszyscy w moim narożniku sądzili, że wygrałem. Federacja WBA uznała, że punktacja nie wskazywała na wyraźne zwycięstwo, dlatego zostawili mnie w rankingu na drugiej pozycji i dostałem kolejną szansę na walkę o tytuł. W dodatku chciałem udowodnić sobie samemu i wszystkim wątpiącym, że wciąż jeszcze mogę zawalczyć z najlepszymi w tej branży.

- W Polsce wszyscy kibice boksu pamiętają Twój wspaniały pojedynek z Dariuszem Michalczewskim o pasy WBA, WBO i IBF w 1997 r. Jak z perspektywy czasu oceniasz tamte wydarzenia w ringu?
VH: Nie byłem w pełni sprawny. Dolegało mi zapalenie ścięgna podeszwowego. Każdy, kto wie, co to jest, zrozumie, jak się czułem. Gdybym był w stanie normalnie się poruszać, wynik byłby zupełnie inny. Mimo problemów zdrowotnych przyjąłem walkę, zarobiłem kupę forsy, więc nie narzekam.

- Nie starałeś się, by doprowadzić do rewanżu z Dariuszem?
VH: Ależ tak, staraliśmy się, ale on za nic nie chciał się na to zgodzić.

- Michalczewski byłby wtedy w stanie pokonać Roya Jonesa jr.?
VH: Myślę, że dla nich obu byłaby to decydująca walka. Teraz każdy z nich ma taką karierę, jaką ma. Żaden nie stoczył tak naprawdę decydującej walki.

- Porozmawiajmy o sportowych rozczarowaniach. Która z pigułek była dla Ciebie najbardziej gorzka: porażka z Michalczewskim, Hearnsem, Jonesem jr. czy Mormeckiem?
VH: Z Hearnsem, z tego prostego powodu, że to była pierwsza porażka. Prawdę mówiąc wydawało mi się, że wygrałem, ale on wtedy był bogiem boksu, więc mogę to zrozumieć. Jednakże gorsze było to, co się stało potem, kiedy młody chłopak przekonuje się, kto naprawdę jest przyjacielem, a kto się od niego odwraca. Słyszy się historie o takich sytuacjach, ale póki takie coś nie przydarzy się tobie osobiście, nie zrozumiesz, jak to wygląda.

- Wygrałeś 24 walki o tytuł mistrza świata. Która z nich była dla Ciebie najtrudniejsza?
VH: Trudno powiedzieć. Pod jakimś względem żadna nie była łatwa. Kiedy ktoś wychodzi do walki z mistrzem świata, daje z siebie więcej, niż kiedykolwiek indziej. Przygotowania do walki są zawsze ciężkie, na tym elitarnym poziomie trzeba sforsować wiele przeszkód w ten czy inny sposób.

- Najlepszy bokser z jakim kiedykolwiek walczyłeś?
VH: Roy Jones jr., złamał mi żebro. To było świetne uczucie, takie starcie intelektów i szybkości. Wszystko mi się w tej walce bardzo podobało, poza wynikiem.

- Który z Twoich rywali bił najcelniej, a który najmocniej?
VH: Bez wątpienia ten cios na korpus od Roya był potężny. Zdarzały mi się jednak sparringi, kiedy mnie liczyli, więc trudno powiedzieć.

- Jak mógłbyś scharakteryzować styl walki Virgila Hilla?
VH: Wszystko zależało od tego, z kim walczyłem. Byłem bokserem totalnym. Czasami zdarzało się, że walczyłem z kontry, ale zawsze byłem bokserem totalnym.

- Czy czujesz się boksersko spełniony? Czy jest coś w karierze czego nie udało Ci dokonać?
VH: Myślę, że wszyscy staramy się zabezpieczyć sobie sytuację finansową, przy okazji realizowania własnych zamierzeń, osiągania sukcesów. Przy dobrych układach jedno idzie w parze z drugim, ale w biznesie, jakim jest boks, różnie z tym bywa.

- W 2000 r. przed pojedynkiem mistrzowskim z Fabrice Tiozzo w Villeurbanne pojawiłes się w ringu w pióropuszu indiańskiego wojownika. Czy ma to związek z Twoimi korzeniami?
VH: Po części mam indiańskie korzenie, ale też mieszankę krwi irlandzkiej, niemieckiej, norweskiej i z frankofońskiej części Kanady. Zakładam pióropusz, wychodząc do walki, żeby rozbudzić świadomość tradycji u indiańskich dzieciaków. Może choć jednego z nich zdołam zachęcić, by poszedł w moje ślady, odniósł w życiu sukces. Niekoniecznie od razu mistrzostwo świata w boksie, ale żeby mieli we mnie inspirację.

- Skąd wziął sie przydomek „Quicksilver”?
VH: Ojciec dał mi ten pseudonim po Olimpiadzie. Mówił, że to dlatego, że byłem w ringu „żywy” i zdobyłem „srebro”.

Dziękuję serdecznie za wywiad. Mam nadzieję, że będziemy mieli jeszcze w przyszłości okazję porozmawiać.

TOMASZ RÓŻAŃSKI: „POZIOM GRUPY WYZNACZA NAJSŁABSZA ZAWODNICZKA”

tomasz_rozanski03

- Nie mógłbym zacząć naszej rozmowy bez złożenia na Twoje ręce gratulacji za wspaniały występ reprezentacji podczas młodzieżowych i juniorskich Mistrzostw Świata. Sześć medali, w tym 3 złote i sportowa jakość tego sukcesu są bez precedensu w historii polskiego młodzieżowego boksu.
Tomasz Różański: Za gratulacje wielkie dzięki, ale należą się one wszystkim Tym, którzy przyczynili się do tego sukcesu a na wynik miało wpływ mnóstwo ludzi. Dziękuję im za to! Nie sposób wymienić wszystkich. Tak , to jak na początek imponujący wynik, te sześć medali…

- Dorobek medalowy, jakie nasze młode pięściarki wywalczyły w Albenie budzi wielki szacunek, także poza granicami Polski. Mam jednak wrażenie, że mógł być on nawet jeszcze…lepszy.
TR: Lepszy? Lepszy albo gorszy. Cieszmy się z tego, co jest. Widocznie tak musiało być.

- Poproszę Cię o personalną ocenę występu medalistek. Mimo, że aż trzy z nich stanęły na najwyższym stopniu podium, to uwaga mediów skupiła się chyba bardziej na „srebrnej” Elżbiecie Wójcik, która dzielnie wojowała z mistrzynią olimpijską, Claressą Shields.
TR: Zacznijmy zatem od występu popularnej „Eli”. To chyba normalne, że media najwięcej mówiły o tej walce, gdyż celem zawodnika powinna być mistrzowska forma w wieku seniorskim. Wiadomo, że Amerykanka osiągnęła najwyższy poziom seniorski już w wieku 17 lat podczas Igrzysk Olimpijskich w Londynie zdobywając złoty medal. Przegrana 2 do remisu, w pojedynku, w którym wynik mógł pójść w drugą stronę, z pewnością Elę zmotywował do dalszej ciężkiej pracy i już nie mogę się doczekać ich walki rewanżowej. Niemniej jednak cieszę się, że Ela przegrała tę walkę na tym etapie swojej kariery. Ma czas na wielkie pojedynki, jest o rok młodsza od Shields. A teraz krótko o pozostałych medalistkach: Paulina Jakubczyk to profesor kobiecego, młodzieżowego pięściarstwa, Aneta Rygielska imponuje determinacją, sercem i inteligencją, Justyna Walaś ma silną psychikę, dobrą technikę i wysoki poziom skupienia, Agatę Kawecką czeka wielka przeszłość a Larysa Sabiniarz wyróżnia się techniką. Krócej chyba nie można…

tomasz_rozanski02

 

- „Nie interesują mnie medale Mistrzostw Świata ale poziom jaki zawodniczka zaprezentuje w ringu” – tak mówiłeś przed zawodami. Rozumiem, że zdania nie zmieniasz. Na jakim więc faktycznie poziomie zaboksowały Twoje zawodniczki w Bułgarii?
TR: Na najwyższym, jaki mogły w dniu walki. Żadna nie zawiodła, każda pobiła życiówkę więc jestem z nich taki dumny!

- Jak przekuć sukces, jaki Twoje zawodniczki osiągnęły w Albenia na ewentualne medale w rywalizacji seniorskiej? Przykład lat ubiegłych pokazuje, że nie jest to bynajmniej proste.
TR: Dwa lata przejścia i niektóre powinny nawiązać walkę z czołówką światową. Budowanie zawodnika to proces który trwa 10 lat. Paulina trenuje cztery, Aneta podobnie, Ela trzy lata. Nie wspomnę tu o młodszych dziewczynach. Bądźmy spokojni, jeżeli znajdzie się motywacja zewnętrzna, czyli finanse to na Igrzyskach Olimpijskich będziemy słuchać Mazurka Dąbrowskiego.

- W kadrze na turniej mistrzowski znalazło się 12 zawodniczek. Biorąc pod uwagę skalę Waszego sukcesu, rodzi się pytanie  czy nasza kadra nie mogła być jeszcze liczniejsza? Ubiegłoroczne Mistrzostwa Europy we Władysławowie, pokazały, że w pozostałych kategoriach wagowych również mamy zdolne zawodniczki.
TR: Dla mnie liczy się poziom jaki zawodniczka prezentuje, a nie to, że ma duże prawdopodobieństwo zdobycia medalu np. z losowania. Nigdy nie zabiorę takiej na mistrzowskie zawody, gdyż sukces tkwi w tym, co ma miejsce już na zawodach. Można pojechać ze świetnie przegotowaną drużyną i nie wygrać żadnej walki. Paradoksalnie można też pojechać ze średnio dysponowanymi zawodniczkami i zdobyć 1. miejsce drużynowo oraz worek medali. Wyjaśniam dalej – wysoki poziom całej grupy wpływa destrukcyjnie na nasze przeciwniczki, ich trenerzy tracą wiarę w zwycięstwa, a sędziowie gdy widzą wysoki poziom nie  odważą się oszukać i tak spirala się nakręca. Psychologia i szachy. Uwielbiam to! Poziom grupy to poziom najsłabszej zawodniczki.

- Sukcesy odniesione podczas Mistrzostw Europy i Świata są wynikiem tego, że mamy do czynienia z wybitnie uzdolnioną młodzieżą z roczników 1994-1998, czy jest to efekt wzorowego działania systemu szkolenia? 
TR: Jedno i drugie skoro jest tyle medali.

- Jak wygląda Twoja współpraca z trenerem kadry narodowej seniorek, Pawłem Pasiakiem? Wiele wskazuje na to, że Twoje aktualne podopieczne, niebawem będą boksowały w jego kadrze.
TR: To jest moje zadanie nr 1, by dostarczyć Pawłowi jak najbardziej utytułowane i jak najlepiej wyszkolone zawodniczki. Współpraca z Pawłem to czysta przyjemność.

- To był Twój debiut w roli szczególnej – trenera kadry narodowej. Odczuwałeś z tego powodu jakiś dyskomfort? W jakiś specjalny sposób przygotowywałeś się do mistrzostw?
TR: Prowadzenie kadry narodowej to wielka odpowiedzialność przed całą Polską. To ogromna presja i dyskomfort, bo nie chcę nikogo zawieść. Zdradzę tu kolejny klucz do sukcesu z racji pytania. W jaki specjalny sposób przygotowywałem się do mistrzostw? Wraz ze całym sztabem trenerskim przewidzieliśmy prawie wszystko, co może nas spotkać na tych zawodach.

tomasz_rozanski05
- Mistrzostwa Świata za nami. Na czym będzie polegała Twoja praca z reprezentacją w kolejnych miesiącach? Planujecie jeszcze jakieś starty w tym roku? Jakie zadania stoją przed kadrą szkoleniową i jaka jest czasowa perspektywa Waszej pracy?
TR: Selekcja trzech kategorii olimpijskich, czyli;  48-51, 57-60, 69-75 oraz Młodzieżowe Igrzyska Olimpijskie w Chinach w 2014 roku.

- Jakie są różnice w pracy z mężczyznami i kobietami, chłopcami i dziewczętami? Z pod Twojej ręki wyszło już sporo znakomitych młodych sportowców obu płci. Domyślam się, że droga, którą docierasz do ich głów i serc nie wygląda tak samo?
TR: Podobnie. Bazuję na psychologii sportu!

- W jaki sposób trafiłeś do boksu? Przybliż nam, proszę, Twoją sportową drogę rozwoju.
TR: Jako zawodnik nic szczególnego nie osiągnąłem. Startowałem w kick-boxingu i jako siedemnastolatek zdobyłem brąz na Mistrzostwach Polski seniorów w full-kontakcie. Udało mi się wygrać 1. miejsce w Pucharze Polski, pojechałem na Mistrzostwa Europy gdzie rywalizację zakończyłem w ćwierćfinale. Później zdobyłem jeszcze chyba trzy brązowe medale w seniorach. W mojej wadze, czyli w limicie 67 kg, występował wtedy utytułowany Rafał Jackiewicz, z którym kilka pojedynków przegrałem niejednogłośnie na punkty (pozdrawiam Rafała). W tej samej wadze walczył także Mirek Karwiński, mistrz świata w latach 1994-1998, więc ciężko było się przebić. Z boksem miałem do czynienia już kiedy startowałem w kick-boxingu. Mój trener, Józef Warchoł, zabierał mnie na własny koszt na zgrupowania kadry seniorów prowadzonej przez Pana Adama Kusiora, gdzie byłem mięsem armatnim dla np. Maćka Zegana. On pewnie nie pamięta ale ja bardzo długo będę o tym pamiętał, bo głowa długo mnie później bolała. Ogólnie chyba nie było tak źle, bo Pan Kusior proponował mi starty w lidze bokserskiej, w której – oczywiście nie pamiętam dlaczego – nie wystartowałem. Klub KSW „Róża Karlino” założyłem w 2008 roku. Jako trener zaistniałem w roku 2009, po tym jak na Turniej im. Pawła Szydły (Nieoficjalne Mistrzostwa Polski Młodzików) zabrałem pięciu zawodników i zdobyłem pięć złotych medali i 1. miejsce drużynowo!

- Podczas Mistrzostw Świata nie tylko pełniłeś obowiązki trenera kadry. W tym samym czasie zdałeś także pięciodniowe egzaminy (praktyczny i merytoryczny-pisemny) na trzeci stopień trenerski AIBA. Jak w istocie wyglądały?
TR: Równolegle z Mistrzostwami Świata trwał kurs i egzaminy na 3 star AIBA. Było naprawdę ciężko, bo do godz. 5 rano musiałem się uczyć, potem padałem, w godzinach do 8.00 do 12.30 uczestniczyłem w wykładach, a następnie biegłem na walki. Schudłem tam 6 kg ale warto było.

- Trenerzy Tomasz Potapczyk, Stanisław Łakomiec, Kinga Ruszczyńska dołożyli swoje cegiełki do Waszego sukcesu. Chciałbyś, by ten team był jeszcze liczniejszy? Wiem, że jesteś z wykształcenia także pedagogiem i znakomicie motywujesz swoich podopiecznych, ale we współczesnym sporcie coraz częściej korzysta się z pomocy zawodowych psychologów sportu, dietetyków i innych specjalistów.
TR: Im więcej profesjonalistów – tym lepiej. A wymienionym Osobom serdecznie dziękuję. To nie były cegiełki ale wielkie głazy.

- Dziękując za rozmowę i życząc kolejnych sukcesów w pracy z kadrą i klubem „Róża” Karlino zapytam, czy chciałbyś coś przekazać kibicom boksu w Polsce, którzy trzymali kciuki za Wasz występ w Bułgarii?
TR: Dzięki wielkie za wsparcie, które czuliśmy przez cały pobyt. Dziękuję wszystkim kibicom, którzy pojawili się w Albenie, dziękuje także Pani Katarzynie Psykale, która była kierownikiem drużyny i osobiście ściągnęła prawie 200 osób z Polski. To było naprawdę niesamowite wydarzenie.

fot. Katarzyna Psykała, Polski Związek Bokserski

tomasz_rozanski04