W MIĘDZYZDROJACH CIEŚLAK ROZBIŁ ROSBERGA. TECHNICZNY BOKS SZEREMETY

miedz15mini

Pierwsza walka wieczoru w wykonaniu Michała Cieślaka (9-0, 5 KO) i pierwszy tak długi dystans. Obawy były spore, tym bardziej, że Jarno Rosberg (18-2-1, 8 KO) jawił się jako najtrudniejszy dotąd rywal radomianina. Tymczasem wszystko potrwało niespełna dwie minuty! Polak od początku ruszył pressingiem, starając się spychać Fina na liny. W pewnym momencie huknął lewym hakiem pod prawy łokieć i wielki Rosberg osunął się z grymasem bólu na matę ringu w Międzyzdrojach. Z wielkim trudem powstał na dziewięć, ale Cieślak nie wypuścił już takiej okazji. Zasypał go w drugim narożniku całą lawiną uderzeń, kończąc wszystko krótkim prawym sierpowym na głowę. Tym razem Fin został już wyliczony!

Kamil Szeremeta (11-0, 1 KO) przeważał technicznie nad Arthurem Hermannem (16-2, 13 KO), ale żeby go pokonać, musiał się mocno natrudzić. Teraz krótki odpoczynek i gala Polsat Boxing Night 26 września. Kamil boksował niczym weteran. Widział każdy nadlatujący cios, zbierał je na szczelną gardę, ustawiał sobie rywala mocnym jabem, a pół minuty przed końcem pierwszej odsłony trafił lewym sierpowym tak mocno, że Niemiec aż obrócił się o 360 stopni. W drugiej rundzie zaczął szukać w półdystansie ciosów na korpus, szczególnie pod prawym łokciem przeciwnika. Ale nie podpalał się i boksował w jednym tempie. Hermann dopiero w trzecim starciu zaskoczył Polaka, gdy po jego lewym prostym wstrzelił się idealnie swoim prawym podbródkiem. Na szczęście na podopiecznym Andrzeja Liczika ten cios nie zrobił żadnego wrażenia.Szeremeta czwartą rundę rozpoczął koncertowo – prawym krzyżowym i lewym sierpem. Potem był jeszcze mocnym lewym hakiem w okolice wątroby. Ten odcinek zakończył natomiast prawym overhandem na czoło. Piąte starcie zapamiętamy z prawego podbródka, zaś w szóstej Kamil strzelił idealnym prawym sierpem na szczękę rywala. Dopadł do niego natychmiast w narożnika, poprawił jeszcze jednym prawym i… Niemca urodzonego w Kazachstanie z opresji wyratował zbawienny gong.Wydawało się, że Kamil mógł ostrzej ruszyć po przerwie na przeciwnika. Nie zrobił tego, tylko boksował w jednym rytmie. To tak na minus, choć być może nie chciał ryzykować z zawodnikiem o takim współczynniku nokautów. W ósmym starciu Polak po jednej z akcji Hermanna zapuchł pod lewym okiem. Pomimo niezbyt wysokiego tempa Szeremeta w ostatnich minutach spuścił już z tonu. Ale oczywiście obaw o werdykt nie mogliśmy mieć. Sędziowie punktowali 99:93, 97:93 i 99:91 – wszyscy oczywiście na korzyść Polaka.

Piotr Gudel (3-1-1) pokazał wielki hart ducha, lecz dziś dostał po prostu prezent od sędziów w postaci remisu z Marcem Vidalem (4-1-4, 1 KO). Od początku widać było, że gość z Hiszpanii to klasowy zawodnik. Dużo niższy Polak starał się skrócić dystans i z bliska szukał ciosów na korpus, ale trudno mu było dobrać się do skóry dużo wyższego i sprytnego przeciwnika. W trzeciej rundzie Piotrek zmienił pozycję i tym zaskoczył oponenta. W pewnym momencie wystrzelił lewym sierpowym na szczękę, posyłając go na deski. Ale Vidal przetrwał kryzys, a od czwartego starcia przejął kontrolę nad pojedynkiem. Celował przede wszystkim hakiem w okolice wątroby, ale trzeba zaznaczyć, że w czwartej i piątej rundzie po prostu zasypał Gudla lawiną ciosów z obu rąk. W szóstej potyczka się już bardziej wyrównała, choć nadal warunki dyktował Vidal. Wydawało się, że idzie ku lepszemu, jednak Hiszpan w połowie siódmej odsłony zranił Piotrka prawym krzyżowym, poprawił prawym sierpem w okolice ucha i Leszek Jankowiak był gotów wskoczyć między nich by zastopować dalsze bicie. Gudel przed przerwą przyjął jeszcze kilka bardzo mocnych bomb, ale jak na twardziela przystało nie poddawał się i nawet próbował odmienić losy jakimś obszernym sierpem. Ostatnie trzy minuty to już walka z samym sobą i własnymi słabościami. Piotra należy bardzo pochwalić za wielkie serducho, za sędziów zganić za skandaliczny werdykt. Każdy z nich punktował inaczej – 75:76, 77:76 i 76:76. Własne ściany niby chronią, lecz tym razem to już było niesmaczne… I tylko szkoda ambitnego Vidala. Tak po ludzku.

Tomasz Gargula (17-0-1, 5 KO) pokonał ambitnego Sebastiana Skrzypczyńskiego (11-11-2, 5 KO). Tym samym zapewnił sobie walkę z Maciejem Miszkiniem podczas gali Polsat Boxing Night za pięć tygodni. Zaczęło się bardzo ostro. Już na początku Sebastian trafił mocno prawym sierpowym. Tomasz poleciał na liny, lecz zaraz sam odpowiedział swoim prawym. Potem inicjatywę miał Skrzypczyński, za to tuż przed gongiem na przerwę Gargula dwukrotnie odpowiedział ładną kontrą. Jeszcze więcej emocji było w drugiej rundzie. Pierwsza połowa to skomasowany atak Skrzypczyńskiego, lecz piękna kontra lewym sierpem posłała go na deski. Teraz do głosu doszedł „Tomera”. W trzeciej odsłonie to on zaczął wywierać pressing, ale w końcówce zmienił trochę taktykę i zaczął boksować na wstecznym, co również wychodziło mu na dobre. W czwartym starciu było więcej boksu niż bitki. Lepiej wyglądał Gargula, jednak kilka uderzeń też przyjął i do narożnika schodził z podbitym prawym okiem. Pięściarz z Kalisza poczuł krew i w piątej rundzie podkręcił tempo, zrywając się do kolejnego szturmu. Doświadczony przeciwnik miał wszystko pod kontrolą i choć oddał trochę pola, miał podbite oko, to nie dawał sobie zrobić większej krzywdy. Ostatnie trzy minuty to zażarte wymiany na zmęczeniu. Boksu technicznego już nie było dużo, za to emocji sporo, więc po ostatnim gongu obaj dostali zasłużone brawa. A sędziowie punktowali 58:55, 59:54 i 60:53 – wszyscy na korzyść Garguli.

Wcześniej Artiom Karpets (21-0, 6 KO) wypunktował na dystansie sześciu starć Łukasza Janika (14-13-1, 8 KO). Każdy z sędziów typował przewagę Ukraińca w rozmiarach 60:54.

źródło: bokser.org

miedz15