Tag Archives: Przemysław Zyśk

W GLIWICACH SZPILKA NIEZNACZNIE LEPSZY OD WACHA. STĘPIEŃ W TARAPATACH ALE WYGRAŁ

szpilka_wach

Po emocjonujących dziesięciu rundach Artur Szpilka (22-3, 15 KO) pokonał niejednogłośnie na punkty Mariusza Wacha (33-4, 17 KO), choć pojedynek skończył półprzytomny, na skraju nokautu. Przekrętu żadnego nie było, ale przez wzgląd na końcówkę rewanż wydaje się być obowiązkowy!

Od pierwszego gongu Mariusz ruszył do przodu. Szybszy Artur tańczył na nogach, bił konsekwentnie lewym na korpus, ale „Waszka” wyczekał i huknął prawym z całej siły. Chybił, ale ten cios przeszedł od celu dosłownie o centymetry. Druga odsłona wyglądała podobnie, lecz dwadzieścia sekund przed gongiem podopieczny Piotra Wilczewskiego trafił mocnym prawym krzyżowym. – Jedziemy! – mobilizował swojego zawodnika „Wilk”. – Doły! – słychać było po drugiej stronie Andrzeja Gmitruka. Trzecia runda nieznacznie dla „Szpili”, który znów uruchomił nogi. I słuchał wskazówek z narożnika. Na starcie czwartego starcia Mariusz trafił rywala dwa razy przy linach. Wach przejął inicjatywę, jednak zmęczył się chyba tym tempem i w końcówce spuścił nieco z tonu. W piątym dla odmiany Artur lepiej zaczął, a Mariusz lepiej finiszował. Znów doszedł długi prawy. – To za mało. Te rundy są jeszcze zbyt równe – pobudzał „Waszkę” Wilczewski. W szóstej rundzie Wach podkręcił tempo. I sprawdziło się co mówił. Podmęczony już lekko Szpilka opuścił ręce przy linach i zainkasował kilka bomb Wacha. Mariusza przytkała widocznie poprzednia runda, bo w siódmej przez dwie minuty oddał inicjatywę rywalowi. Ale trafił długim prawym na korpus, poprawił prawym na górę i znów zrobiło się gorąco. Ale Artur na samym finiszu odpowiedział lewym sierpowym. W ósmym starciu Mariusza dopadł ewidentny kryzys. Przechodził te trzy minuty. Artur za to nabrał wiatru w żagle i choć nie robił większej krzywdy, pewnie wygrał 10:9. Podobnie wyglądało ponad dwie i pół minuty kolejnego starcia. Wach trafił tuż przed gongiem mocnym prawym, lecz nie miał prawa wygrać tego odcinka jedną akcją. Na ostatnią rundę Wach wyszedł zdeterminowany. Zaatakował, dał z siebie wszystko. Przez dwie minuty bez rezultatu, aż w końcu złapał Szpilkę prawym bitym z góry. Artur padł na deski. Powstał z trudem. To było najdłuższe czterdzieści sekund w jego karierze. Zataczał się, był półprzytomny, ale dotrwał jakimś cudem do gongu. Wszyscy czekali w napięciu na werdykt… Sędziowie orzekli – 97:93 Szpilka, 93:96 Wach i 95:94 Szpilka.

Paweł Stępień (12-0, 11 KO) ma za sobą najtrudniejszą walkę, ale i najcenniejszy skalp w karierze. Polak powstał z desek i pokonał przed czasem byłego pretendenta do tytułu mistrza świata wagi półciężkiej, Dimitrija Suchockiego (23-7, 16 KO). Pięściarz ze Szczecina wyszedł do ringu zrelaksowany. Fajnie przepuszczał akcje przeciwnika, samemu kąsając lekkimi, za to celnymi kontrami. W trzeciej rundzie Rosjanin ostrzej natarł, przechodził do półdystansu, ale Paweł w końcówce ostudził nieco jego zapały dwoma kontrami. Suchocki zawsze był znany jednak z mocnego uderzenia i determinacji. Na własnej skórze przekonał się o tym Polak 40 sekund przed końcem czwartej odsłony, gdy poleciał na deski po lewym sierpowym rywala. Nie był bardzo zraniony, ale rundę przegrał 8:10. Suchocki nabrał wiary w sukces, atakował jeszcze śmielej i obraz pojedynku wyrównał się na półmetku. W szóstej rundzie większość ciosów Rosjanina przepuszczał bądź blokował, lecz za bardzo oddał inicjatywę. Ładne uniki to zdecydowanie za mało, by wygrywać rundy. A rozochocony Suchocki bił z całych sił z obu rąk. Rzadko trafiał czysto, ale to on dyktował teraz tempo. Dopiero w siódmym starciu Stępień odzyskał rytm i choć zainkasował parę „obcierek”, to chyba wygrał ten trzyminutowy odcinek. W ósmej rundzie wyglądał jeszcze lepiej. Na początku dziewiątej rundzie nastąpiło przełamanie. Stępień zranił oponenta lewym sierpowym, a za moment posłał na deski bezpośrednim prawym. Suchocki czekał do ośmiu. Za długo. Gdy powstał, sędzia Arek Małek zastopował potyczkę. To był chyba mały błąd arbitra, ale z drugiej strony Suchocki dał mu też pretekst, czekając zbyt długo na kolanie. Tak czy siak Paweł pokazał, że poza umiejętnościami bokserskimi, ma również do tego sportu serducho.

Maciej Sulęcki (27-1, 11 KO) to światowa czołówka wagi średniej. Jean Michel Hamilcaro (26-10-3, 6 KO) to średniak, ale Francuzi znani są z twardych charakterów, liczyliśmy więc na dłuższą walkę. Nic z tego. „Striczu” szybko rozprawił się z przeciwnikiem. Po pierwszej spokojnej, trochę rozpoznawczej rundzie, egzekucja nastąpiła w drugiej. Podopieczny Andrzeja Gmitruka napoczął przeciwnika hakiem na korpus. Ten chciał szybko odpowiedzieć, lecz Sulęcki skontrował go prawym krzyżowym na szczękę, po raz drugi posyłając na deski. Potem rozwinął skrzydła, zasypywał oponentami ciosami z obu rąk i po dwóch kolejnych liczeniach sędzia zatrzymał jednostronne bicie.

Ewa Piątkowska (12-1, 4 KO) w dobrym stylu pokonała Ornellę Domini (13-2, 3 KO) i po raz drugi obroniła tytuł mistrzyni świata federacji WBC w wadze junior średniej. W pierwszej rundzie podopieczna Andrzeja Liczika jeszcze sondowała rywalkę, ale w drugiej poczęstowała ją lewym hakiem na górę, poprawiła długim prawym krzyżowym, a jej jab kąsał coraz częściej. Po przypadkowym zderzeniu głowami po czwartej odsłonie Polce zaczęło jednak puchnąć lewe oko. To ją rozproszyło, wybiło z rytmu i boks wyglądał trochę gorzej, ale w połowie szóstego starcia trafiła mocnym lewym sierpowym i wróciła do gry. Urodziwa Szwajcarka w dziewiątej odsłonie już mocno cierpiała, a Ewa czując krew podkręciła tempo. Pretendentka wykazała się charakterem i dzielnie zaboksowała do końca. Sędziowie punktowali na korzyść Polki 100:90, 98:92 i 99:91.

W polsko-polskiej walce wagi półciężkiej Marek Matyja (15-1-1, 7 KO) pokonał Remigiusza Woza (11-4, 6 KO). Początek dość niespodziewany. Przez dwie i pół minuty nieznacznie przeważał Wóz, ale na trzydzieści sekund przed końcem nadział się na kontrę prawym sierpowym. Pięściarz z Oleśnicy poszedł za ciosem, wyprowadził długą serię i zmusił sędziego Leszka Jankowiaka do liczenia. Ale gdy walka została wznowiona, zabrzmiał zbawienny gong. Drugie starcie wyrównane, lecz w trzecim Matyja znów mocno trafił, poprawił kilkoma bombami i tym razem arbiter zatrzymał już dalszą rywalizację.

Zwycięstwa do swoich rekordów dopisali Przemysław Zyśk (9-0, 3 KO) w wadze junior średniej oraz Łukasz Różański (10-0, 9 KO). Przemek pewnie wypunktował Igora Fanijana (16-17-3, 8 KO) na dystansie ośmiu rund, choć można mu zarzucić, że momentami niepotrzebnie chciał się bić zamiast boksować. Na Łukasza natarł przez kilkadziesiąt sekund Eugen Buchmueller (13-4, 10 KO), lecz Polak spokojnie to przetrzymał i prawym sierpowym w okolice ucha zmusił do przyklęknięcia. Za moment taki samy prawy sierp Różańskiego zakończył walkę.

źródło: bokser.org

W ŁOMŻY KAMIL SZEREMETA SKUTECZNIE BRONI PASA EBU. STĘPIEŃ EFEKTOWNIE NOKAUTUJE

szeremeta01

To nie był może boks na najwyższym poziomie, ale takie walki też trzeba się nauczyć wygrywać. Najważniejsze, że Kamil Szeremeta (18-0, 4 KO) znokautował w Łomży Rubena Diaza (25-2-2, 16 KO) i tym samym po raz pierwszy obronił tytuł mistrza Europy wagi średniej!

Pierwsza runda spokojna i na konto pięściarza z Białegostoku, niestety od drugiej między linami zapanował chaos. Winnym był Hiszpan, ale trzeba też dodać, że podopieczny Fiodora Łapina nie potrafił opanować i ustawić sobie niepoukładanego pretendenta. Były przebłyski, kilka fajnych kontr po odchyleniu, lecz za mało, by porwać kibiców. W czwartej rundzie Szeremeta dwukrotnie trafił mocnym lewym hakiem w okolice wątroby i te akcje wyraźnie zrobiły wrażenie na Diazie. W piątej do celu doszło kilka lewych prostych. Brakowało trochę ponowienia akcji, trzeba jednak dodać, że z takimi „psujami” każdemu pewnie ciężko by się boksowało… A w „brudnym boksie” lepiej czuł się Hiszpan. W siódmej odsłonie Kamil w końcu dwa razy trafił mocniejszą, prawą ręką. Nie zrobił jednak większych szkód. Ambicji obu nie można było odmówić, niestety walka była szarpana, chaotyczna, a że rozgrywana już grubo po północy, wielu ludzi po prostu się nudziło. Na szczęście Szeremeta wziął sprawy w swoje ręce w końcówce dziesiątej rundy i zamazał gorsze wrażenie. Wykazał się instynktem „killera” i gdy w końcu mocno trafił lewym hakiem, to już poszedł na całego i efektownie skończył pojedynek. Dłuższą serię zakończył lewym sierpowym na szczękę. Diaz padł ciężko na matę ringu, a sędzia nawet nie liczył. Zresztą z narożnika pretendenta poleciał w tym samym momencie ręcznik na znak poddania.

Paweł Stępień (11-0, 10 KO) wyrasta powoli na jednego z najciekawszych polskich zawodników, mogących osiągać jakieś sukcesy w przyszłości. Dziś ofiarą jego ciosów okazał się twardy przecież i ceniony w środowisku Jewgienij Machtiejenko (10-11, 8 KO). Polak wyszedł opanowany, boksując od początku z luzu. Szybko okazało się, że jest dużo szybszy od przeciwnika, a nawet gdy się zagapił, dobrym balansem tułowia i głowy przepuszczał pojedyncze próby Ukraińca. W drugiej rundzie dodał kilka haków na korpus, otwierając sobie drogę do sierpów na górę. W trzeciej po mocnym prawym krzyżowym przyjął akcję rywala na blok i błyskawicznie skontrował krótkim lewym sierpem na szczękę. W czwartym starciu zaskoczył oponenta zmianą pozycji na mańkuta. Po kolejnym lewym sierpowym poszła cała seria i na dobrą sprawę gong na przerwę trochę uratował twardego journeymana zza naszej wschodniej granicy. Fajnie też różnicował siłę uderzeń, bawiąc się momentami z Machtiejenką. Koniec nastąpił w szóstym starciu. Paweł po dwóch lżejszych ciosach na górę strzelił potężnym lewym hakiem w okolice wątroby, posyłając rywala na deski. Po liczeniu do ośmiu Stępień dopadł zranioną ofiarę przy linach, najpierw kilka razy strzelił sierpami na głowę, by dokończyć dzieła zniszczenia prawym hakiem na korpus. Machtiejenko został wyliczony do dziesięciu – nokaut.

Pół roku po porażce przed czasem Michał Syrowatka (20-2, 7 KO) wrócił i odbudował rekord zwycięstwem w Łomży, ale na pewno zaboksował poniżej swoich realnych możliwości. Niejaki Artem Ajwazidi (11-13-1, 5 KO) przegrał co prawda praktycznie każdą rundę, ale zaskakująco często trafiał Michała, wykorzystując jego luki w obronie. To na pewno nie był jego najlepszy występ. Sędziowie nie mieli wątpliwości, bo i mieć ich nie mogli, punktując na korzyść naszego rodaka 60:54 i dwukrotnie 59:55, ale coś trzeba chyba będzie zmienić w boksie Syrowatki, by ten wrócił na dobre tory.

Przemysław Zyśk (8-0, 3 KO) pokonał Pawla Hryszkiawieca (3-7, 2 KO). To był pojedynek do jednej bramki i bez historii. W zasadzie od początku jedyne pytanie brzmiało, czy Polak da radę zastopować wolniejszego, gorzej wyszkolonego i słabszego fizycznie przeciwnika. Wygrał każde starcie, lecz martwić może siła rażenia Przemka, a w zasadzie jej brak. W czwartej i ósmej rundzie głowa Białorusina odskakiwała jak żonglowana piłeczka, a mimo wszystko nie został złamany.

źródło: bokser.org

KRZYSZTOF „DIABLO” WŁODARCZYK WRACA DO GRY. POLACY GÓRĄ W RZESZOWIE

diablo_durodola

Krzysztof Włodarczyk (55-4-1, 38 KO) wrócił do gry i wciąż można go zaliczyć do szerokiej czołówki kategorii junior ciężkiej. W głównej walce wieczoru w Rzeszowie były dwukrotny mistrz świata pokonał jednogłośną decyzją Olanrewaju Durodolę (27-6, 25 KO).

„Diablo” rozpoczął dobrą pracą nóg i lewym prostym, ale przeciwnik od drugiej rundy zaczął coraz ostrzej nacierać. Podopieczny Fiodora Łapina zbyt bardzo oddawał momentami inicjatywę, choć trzeba dodać, że gardę miał szczelną i mało zbierał czystych akcji. Z upływem czasu łapał jednak rytm i fajnie wchodził w tempo swoimi kontrami. W szóstej rundzie firmowy lewy sierp Krzyśka wstrząsną Durodolą, ale Polak nie podpalał się i konsekwentnie boksował swoje. W siódmej po zakroku w tył huknął prawym podbródkowym i znów zachwiał przeciwnikiem. Do końca trwała fajna, techniczna walka, a gdy zabrzmiał ostatni gong sędziowie jednogłośnie wskazali na „Diablo”, punktując 98:92 i dwukrotnie 97:93.

Łukasz Różański (9-0, 8 KO) kolekcjonuje ostatnio skalpy zawodników po najlepszym okresie swojej kariery, ale ze znanym nazwiskiem. Tym razem do swojego rekordu dopisał nazwisko Michaela Sprotta (42-29, 17 KO). Polak bez zbędnych podchodów od razu ruszył na doświadczonego Anglika. Akcje rozpoczynał zawsze lewym prostym, ale służył on bardziej do skrócenia dystansu. A z bliska bił już z całych sił hakami i sierpami z obu rąk. Już w pierwszej rundzie Sprott był dwukrotnie liczony, lecz z opresji wyratował go gong. Było to jednak tylko odroczenie wyroku. Na początku drugiej odsłony Różański złapał przeciwnika w narożniku i po kolejnym nokdaunie sędzia nawet nie liczył, ogłaszając zwycięstwo miejscowego pięściarza przez TKO.

Fiodor Czerkaszyn (10-0, 7 KO) jak sam kiedyś przyznał lubi wątróbki” i zawsze ich szuka w ringu. Powoli staje się to jego znakiem firmowym, o czym właśnie boleśnie przekonał się Ayoub Nefzi (26-11-2, 5 KO). Już w końcówce pierwszej rundy Ukrainiec z polskimi korzeniami uderzył lewym hakiem na wątrobę i doświadczony przeciwnik przyklęknął. Za moment nastąpił zbawienny gong, lecz minuta przerwy niezbyt posłużyła się Tunezyjczykowi. Na początku drugiej rundy chronił prawej strony, więc Czerkaszyn strzelił dla odmiany prawym hakiem na splot słoneczny, który zadziałał z opóźnionym zapłonem. Dwie sekundy później rywal przyklęknął i dał się wyliczyć.

Przemysław Zyśk (7-0, 3 KO) pokonał w niezłym stylu Pavla Semjonovsa (22-10-2, 8 KO). Podopieczny Fiodora Łapina dążył do półdystansu. Kilka razy próbował prawego podbródka, lecz nie wyczuwał dystansu. Trafiał za to akcją lewy-prawy, a gdy rywal połapał się w tym, Polak uderzał bezpośrednim prawym krzyżowym. Szukał też dołów długim prawym bądź lewym hakiem pod prawy łokieć. Zyśk zagapił się w końcówce czwartej i szóstej rundy na lewy sierp, ale te uderzenia nie zrobiły na nim większego wrażenia. W siódmym starciu Przemek wydłużył swoje kombinacje, bił więcej z luzu i wszystko wróciło do normy. Na pewno Zyśk nie olśnił tym występem, ale dał pokaz solidnego boksu. No i po raz drugi w karierze zaboksował na dystansie ośmiu rund. Po ostatnim gongu sędziowie jednogłośnie wskazali na naszego rodaka, punktując 80:72 i dwukrotnie 79:73.

Rafał Jackiewicz (50-19-2, 22 KO) zanotował jubileuszowe zwycięstwo, pokonując po trudnym w sumie boju Aliaksandra Dzemkę (5-5, 1 KO). Początkowo Rafał kontrolował przeciwnika skutecznym lewym prostym, ale w drugiej rundzie oddał przeciwnikowi inicjatywę. Białorusin bił najczęściej na gardę, jednak był dużo aktywniejszy i na pewno wyrównał straty z pierwszej odsłony. Od trzeciej obraz potyczki już się wyrównał. Jackiewicz wciąż bił rzadziej, jednak jego ciosy miały większą wymowę. Trafił raz w zwarciu ładnym prawym podbródkowym, choć spektakularnych akcji brakowało w tym pojedynku. W ostatniej, szóstej rundzie, Jackiewicz zaczął bić częściej i wyciągnął wygraną na finiszu. Sędziowie przyznali mu ją stosunkiem głosów dwa do remisu – 58:56, 59:55 i 57:57.

Wcześniej Maksim Hardzeika (4-0, 2 KO) zastopował w drugim starciu Tomasza Golucha (6-13, 4 KO). Białorusin aż czterokrotnie doprowadzał Polaka do nokdaunu ciosami na korpus.

źródło: bokser.org

KRÓTKIE WALKI PODCZAS GALI W NYSIE. KRZYSZTOF GŁOWACKI ZWYCIĘSKI, CHOĆ NA DESKACH

gala nysa

W pojedynku wieczoru gali Sferis Knockout Promotion w Nysie Krzysztof Głowacki (29-1, 18 KO) skrzyżował rękawice z niepokonanym Sergeyem Radchenką (6-1, 1 KO). Kibice spodziewali się, że popularny „Główka” zdominuje rywala i zakończy walkę przed czasem, ale tak się nie stało. Wręcz przeciwnie – Głowacki w piątej rundzie był w tarapatach i zaliczył deski.

Od pierwszych minut walka była dynamiczna. Głowacki szukał pomysłu na walkę, bił lewe proste na tułów, uderzał prawe z dołu. Radchenko znał doskonale „Główkę” i w ringu zaczął ostrożnie, jednak w drugiej odsłonie dał sygnał, że nie przyjechał tutaj w takiej formie jak pewien pięściarz z Tanzanii. W kolejnych odsłonach Ukrainiec był coraz bardziej aktywny i wykorzystywał przestoje byłego mistrza świata. W piątej rundzie było zdecydowanie najwięcej emocji. Po ciosach sierpowych Radchenki 31-letni Głowacki wylądował na deskach i Ukrainiec miał niecałą minutę na dokończenie roboty. Wtedy jednak doszło do ostrych wymian i było blisko, aby wszystko się odwróciło. Pogromca Marco Hucka wrócił jednak do siebie, choć podmęczony rywal do końca walki kilkakrotnie próbował jeszcze swoich sił. Po ośmiu rundach zdaniem sędziów jednogłośnie na punkty (77-74 x3) zwyciężył Głowacki.

Krzysztof Włodarczyk (54-4-1, 38 KO) walką z Adamem Gadayevem (17-15, 8 KO) miał powrócić po bolesnej porażce z rąk Murata Gassiyeva. Powrót się odbył, „Diablo” wygrał, ale niesmak pozostał, głównie przez rywala polskiego pięściarza. Pierwsze trzy minuty – tak jak w większości walk „Diablo” – bardzo rozpoznawcze. Były mistrz świata WBC i IBF wagi junior ciężkiej od początku kontrolował pojedynek swoim firmowym lewym prostym. Gadayev na prawie każdy atak reagował tylko szczelnym blokiem, brakowało balansu tułowia i przygotowania ataku w wykonaniu Rosjanina. Po zakończeniu drugiej rundy Gadayev zasygnalizował kontuzję barku i walka została przerwana ku rozczarowaniu kibiców oraz wszystkich zgromadzonych na hali.

Niepokonany Paweł Stępień (8-0, 7 KO) nie bierze jeńców. Zawodnik stajni Sferis Knockout Promotions odprawił z kwitkiem Bensona Mwakyembe (11-4-1, 6 KO) i dopisał do swojego rekordu kolejne zawodowe zwycięstwo. Walka zakończyła się bardzo szybko, bo już w pierwszej rundzie. Mający świetny refleks Stępień czuł się pewnie już od pierwszych chwil po rozpoczęciu walki. Polski pięściarz po dwóch rozpoznawczych minutach zadał cios na korpus i jego rywal padł z grymasem bólu na twarzy. Sędzia ringowy Leszek Jankowiak wyliczył do dziesięciu i pojedynek się zakończył.

Łukasz Różański (8-0, 6 KO) zmierzył się z Węgrem Andrasem Csomorem (18-19-2, 14 KO). Akurat przy tym starciu spodziewaliśmy się szybkiego zakończenia i tego oczywiście nie zabrakło. Polski pięściarz po pokonaniu Alberta Sosnowskiego ma coraz to większe aspiracje, zadeklarował nawet chęć walki z Krzysztofem Zimnochem. Opis walki będzie krótki, ponieważ nie ma czego tak naprawdę opisywać. Różański zasypał Csomora serią ciosów, szczerze powiedziawszy nie było to zbyt trudne, ale mimo wszystko trzeba to odnotować. Walka zakończyła się w drugiej rundzie i chyba tyle wystarczy.

Przemysław Zyśk (6-0, 3 KO) szybko rozprawił się ze swoim przeciwnikiem Kevinem Ongenae (10-5-1, 1 KO). Mający przydomek „Nauczyciel” belgijski pięściarz dostał bolesną lekcję od niepokonanego Zyśka. Od pierwszych chwil po gongu Zyśk dominował Ongenae, nie dał ani przez chwilę rozkręcić się Belgowi, który po pierwszej przegranej rundzie, w drugiej zainkasował kilka uderzeń na korpus, po których przyklęknął. Sędzia ringowy zaczął go liczyć, ale przeciwnik Zyśka miał już zdecydowanie dość i nie chciał kontynuować pojedynku.

W pierwszej walce Fedir Cherkashyn (8-0, 5 KO) szybko rozprawił się z Artemem Karasevem (9-33-2, 7 KO), nokautując Rosjanina już w pierwszej rundzie. To debiut Ukraińca na zawodowych ringach na terenie Polski i być może nie był to ostatni występ. Dziś może być z siebie zadowolony. Walka była króciutka. Cherkashyn pokazał dosyć solidną pracę nóg i po kilku ciosach posłał na deski Rosjanina, który nie miał większej ochoty na kontynuowanie pojedynku i szybko się poddał. Warto nadmienić, że Ukrainiec sam opłacił swój dzisiejszy występ, co pokazuje, że prawdopodobnie będzie chciał kontynuować swoją karierę na terenie Polski i podtrzymywać aktywność na ringach zawodowych.

źródło: bokser.org

gala_nysa_2018

WŁODARCZYK LEPSZY OD GEVORA. ŚWIETNA WALKA RUNOWSKIEGO. DEBIUT „WIERZBY”

diablo01

To była gra o wysoką stawkę. Krzysztof Włodarczyk (53-3-1, 37 KO) i Noel Gevor (22-1, 10 KO) spotkali się w Poznaniu w ostatecznym eliminatorze do tronu federacji IBF wagi junior ciężkiej, ale również o prawo do startu w atrakcyjnym turnieju World Boxing Super Series z wielką pulą nagród.

Panowie nie narzucali wysokiego tempa, choć Niemiec cały czas pozostawał ruchliwy na nogach. Krzysiek wywierał pressing, ale nie wydłużał serii i nie poza kilkoma mocnymi prawymi na korpus nie potrafił dosięgnąć szczęki przeciwnika. W końcówce czwartej rundy Gevor złapał Polaka prawym krzyżowym w narożniku, na szczęście jednak bez większych szkód. Niemiec dobrze rozegrał również szóstą odsłonę. Czekał na Krzyska, przepuszczał jego akcje i wtedy szybko odpowiadał kombinacją dwóch-trzech ciosów. „Diablo” wrócił do gry trochę lepszym ósmym starciem. Podkręcił tempo i trafił prawym sierpowym przy linach. Poderwał się również w przedostatniej, jedenastej rundzie, ale nie mógł złamać ruchliwego i sprytnego przeciwnika. W ostatnich trzech minutach to Gevor pokazał się z lepszej strony i w napięciu oczekiwaliśmy na werdykt. Sędziowie stosunkiem głosów dwa do jednego opowiedzieli się za „Diablo” – 113:115, 116:112 i 115:114.

Patryk Szymański (18-0, 9 KO) dopisał do swojego rekordu znane nazwisko Rafała Jackiewicza (48-17-2, 22 KO), ale w drugiej walce z rzędu był zraniony i wydaje się, że na tym najwyższym poziomie odporność na ciosy może stanowić spory problem dla zawodnika z Konina. Pojedynek jeszcze na dobre się nie zaczął, a stary lis już był liczony. Szymański po podwójnym lewym strzelił prawym krzyżowym w okolice ucha. Na szczęście dla widowiska Rafał dzięki olbrzymiemu doświadczeniu przetrwał kryzys. Przewaga warunków fizycznych oraz siły były jednak zbyt duże. Patryk swoimi ciosami przebijał się przez szczelną zazwyczaj gardę Rafała, narzucał swój boks i nawet na moment nie pozwalał mu zbliżyć się do półdystansu. – Nie mogę go kurde złapać – mówił podirytowany Jackiewicz do Roberta Złotkowskiego przed trzecią odsłoną. W trzecim starciu Rafał rzeczywiście zaczął trafiać, jego problem polegał natomiast na tym, że nawet gdy trafił czysto, to na Patryku nie robiło to wrażenia. W drugą stronę natomiast każde uderzenie bolało. I nagle… Jackiewicz pokazał to, z czego znany był przez całą karierę. Przepuścił lewy prosty rywala i po odchyleniu natychmiast skontrował prawym krzyżowym. Szymański zatańczył, Jackiewicz poprawił jeszcze jednym prawym i byliśmy o krok od sensacji. Zabrakło trochę czasu. Rundę piątą wygrał Patryk, lecz obraz potyczki już znacznie się wyrównał. – Czekam na kontrę – mówił w narożniku Jackiewicz. – No OK, ale czekasz trochę za długo – ripostował jego szkoleniowiec. W szóstej rundzie byłego mistrza Europy dopadł chyba lekki kryzys, być może odłożyło się te kilkadziesiąt ciosów na korpus i stanął. Kiedy jednak zabrzmiał gong na siódmą, wyszedł odmieniony. I znów zranił przeciwnika kontrą w tempo. Szymański sprytnie sklinczował i za moment doszedł do siebie. Po równym ósmym starciu, w dziewiątym pełną kontrolę przejął młodszy Patryk. Żeby było śmieszniej i ciekawiej, to Rafał znów lepiej wyglądał na finiszu i złapał jeszcze dwoma efektownymi kontrami Szymańskiego. Oczywiście przegrał, ale i obnażył niedociągnięcia młodszego o szesnaście lat rodaka. Po ostatnim gongu sędziowie punktowali na korzyść Patryka 95:92, 98:92 i 98:91.

To prawdopodobnie najlepsza walka w karierze Przemysława Runowskiego (15-0, 3 KO). Popularny „Kosiarz” w wielkim stylu odprawił przed czasem niepokonanego dotąd Alaina Cherveta (13-1-2, 10 KO). Szwajcar zaczął bardzo ostro, lecz Polak dobrą pracą nóg i szybkim lewym prostym skutecznie stopował jego zapały. A do tego od początku czyhał na kontrę akcją prawy na prawy. W pierwszej rundzie jeszcze się nie udało, za to w drugiej złapał rywala na kontrę prawym krzyżowym, posyłając go na deski. Chervet powstał na osiem i cofnął się na liny. Ale to był wieczór Przemka. Kilkadziesiąt sekund później kolejnym prawym krzyżowym doprowadził oponenta do drugiego nokdaunu. Pięć sekund przed końcem drugiego starcia Runowski – tym razem prawym sierpowym, wysłał przeciwnika na deski po raz trzeci i ostatni. Wygrana przez TKO i rozbudzone nadzieje na przyszłość.

To miał być jeden z ważniejszych debiutów w polskim boksie zawodowym od kilkunastu miesięcy. I nie zawiedliśmy się. Paweł Wierzbicki – wielokrotny mistrz Polski wagi super ciężkiej, srebrny medalista Mistrzostw Świata Juniorów, szybko odprawił pierwszego przeciwnika na ringach profesjonalnych. Naprzeciw podopiecznego Tomasza Potapczyka stanął silny fizyczny, ale dopiero zaczynający przygodę z boksem Paweł Sowik (0-2). Pięściarz z Sokółki zaczął spokojnie lewym prostym i mocnymi hakami na korpus, którymi omijał szczelną gardę rywala. A gdy już uśpił jego czujność, kombinacją prawy podbródkowy-prawy sierp doprowadził oponenta do liczenia. Ten powstał na osiem, a za moment zabrzmiał zbawienny gong na przerwę. Zaraz po niej było już jednak po wszystkim. Wierzbicki naruszył rywala prawym sierpowym na szczękę, doskoczył do zranionej ofiary i po kilku kolejnych bombach Sowik zawisł na linach. Sędzia Włodzimierz Kromka nawet nie liczył i w obawie przed ciężkim nokautem zastopował dalszą rywalizację.

Faworyt był jeden i nie zawiódł. Przemysław Zyśk (5-0, 2 KO) pokonał ambitnego, ale po prostu mało potrafiącego Tomasza Golucha (4-7, 2 KO). Podopieczny Fiodora Łapina i Łukasza Malinowskiego pod koniec drugiej minuty huknął lewym hakiem w okolice wątroby, po którym rywal z grymasem bólu boksował aż do przerwy. W drugiej rundzie Zyśk kombinacją lewy-prawy dwukrotnie doprowadził przeciwnika do nokdaunu i choć Goluch wstawał, to na pół minuty przed końcem drugiej odsłony arbiter zdecydował się zastopować nierówny pojedynek.

Kamil Gardzielik (3-0, 1 KO) przeżył chwilę grozy, lecz wybrnął z opresji obronną ręką i pokonał słabszego technicznie, za to silniejszego fizycznie Przemysława Gorgonia (3-1, 1 KO). Dwukrotny mistrz kraju wagi średniej – bez wątpienia faworyt na papierze, wyszedł do ringu jakby zaspany, nierozgrzany, i dał się kilka razy złapać prawym sierpem ponad lewą ręką. Na minutę przed końcem pierwszej rundy dla odmiany lewy sierp Przemka posłał niespodziewanie Kamila na deski! Ten jednak szybko się poderwał i opanował kryzys, a w drugim starciu przejął kontrolę nad pojedynkiem. W trzecim przeważał już bardzo wyraźnie, bijąc celnie z daleka prawym na korpus na zmianę z prawym krzyżowym na górę. Dokładał do tego groźny prawym podbródkowy, gdy Gorgoń starał się skrócić dystans. Gdy zabrzmiał ostatni gong, werdykt mógł być tylko jeden – 38:37 dla Gardzielika. I na szczęście każdy z sędziów tak właśnie typował.

Wcześniej Aleksander Strecki (4-0, 2 KO) w ładnym stylu odprawił przed czasem Andrieja Abramenkę (20-9-2, 4 KO). Już w pierwszej odsłonie ciosami na korpus doprowadził Białorusina dwukrotnie do liczenia, a w drugiej dokończył dzieła zniszczenia.

źródło: bokser.org

EFEKTOWNY BOKS MACIEJA SULĘCKIEGO W ZAKOPANEM. REMIS KOPYTKA ZE ŚWIERZBIŃSKIM

sulecki01

W głównym pojedynku wieczoru gali Sferis Knockout Promotions w Zakopanem jeden z najlepszych polskich pięściarzy bez podziału na kategorie, Maciej Sulęcki (24-0, 9 KO) zmierzył się z doświadczonym Meksykaninem Michi Munozem (25-7, 16 KO). Zdecydowanym faworytem starcia był popularny „Striczu”, a jedyną niewiadomą miał być tylko efekt końcowy – zwycięstwo Sulęckiego na punkty lub efektowne przed czasem.

Pięściarz z Warszawy już po pierwszym gongu ruszył i skutecznie obijał broniącego się Munoza, a kiedy Meksykanin próbował odpowiedzieć został  „podłączony” po ciosach „Stricza”. W drugiej odsłonie Sulęcki podkręcił tempo. Pierwszy nokdaun nastąpił tuż po rozpoczęciu tej rundy. Krótki lewy sierpowy pięściarza Andrzeja Wasilewskiego położył na deski „El Matadora”, by później po kolejnej akcji i kończącym lewym podbródkowym jego rywal ponownie zapoznał się z deskami. Munoz dotrwał do końca rundy drugiej, ale już w trzeciej czekał na niego kolejny grad ciosów polskiego pięściarza. Po jednej z tych kombinacji Meksykanin padł po raz trzeci i tym sposobem Maciej Sulęcki odniósł efektowne zwycięstwo przed czasem. Trzeba przyznać, że był to świetny debiut w nowej kategorii wagowej dla „Stricza”. Ogromne brawa!

Krzysztof Kopytek (13-1-1, 2 KO) zremisował po ośmiu rundach (76:77, 78:74, 76:76) z doświadczonym Robertem Świerzbińskim (18-6-2, 3 KO). Trzeba przyznać, że obaj panowie dali bardzo dobrą walkę, ale wydaje się, że to Kopytek powinien zostać ogłoszony zwycięzcą. W pierwszych minutach w ringu podopieczny Sferis Knockout Promotions przeważał nad Świerzbińskim, bił szybkie kombinacje ciosów, a na uwagę zasługiwał zdecydowanie lewy prosty Kopytka, który wielokrotnie lądował na twarzy zawodnika z Białegostoku. Wydawało się, że trzy pierwsze rundy na kartach sędziów powinny zostać przyznane na konto młodszego pięściarza. Świerzbiński jednak nie ustępował, miał swoje momenty w tej walce, m.in. w rundzie czwartej, gdzie wpadało sporo prawych sierpowych „Nieśmiałego”. Zawodnik Dariusza Snarskiego zaczął śmielej atakować, unikając również sporej ilości ciosów ze strony Kopytka. Ten z kolei trafiał świetnie mocnymi hakami i rozbijał Świerzbińskiego. W końcówce zaatakował Świerzbiński, który w szóstej i siódmej rundzie bił coraz więcej mocniejszych uderzeń. Kopytek – podobnie jak w swoim ostatnim pojedynku – miał ciężką końcówkę, choć większość uważa, że powinien zostać ogłoszony zwycięzcą. Wydaje się, że miał przewagę, był aktywniejszy.

Wcześniej kolejne zawodowe zwycięstwo dopisał do swojego rekordu Przemysław Runowski (14-0, 2 KO), zwyciężając jednogłośnie na punkty Ivana Njegaca (8-3, 1 KO). Był to bardzo solidny występ pięściarza Andrzeja Wasilewskiego, który napawa optymizmem i tylko czekać na pojedynki Runowskiego z mocniejszymi rywalami.

Marek Matyja (13-1, 5 KO) powoli odbudowuje swoją pozycję sprzed porażki z „Norasem”. Przed momentem odprawił przed czasem przeciętnego Emmanuela Feuzeu (8-5-2, 3 KO), Kameruńczyka z hiszpańskim paszportem. Od początku przeważał pięściarz z Oleśnicy, ale brakowało w jego boksie zmiany tempa. Niby prowadził, lecz walczył w trochę jednostajny sposób. Jak zwykle groźnie bił na korpus, lecz po trzech wygranych rundach, w czwartej jakby na moment stanął. Na szczęście było to tylko złudzenie i już w kolejnej odsłonie było po wszystkim. Matyja trafił mocnym prawym, poszedł za ciosem, wydłużył serię i zmusił arbitra do zatrzymania potyczki.

Boksujący w umownym limicie 69 kilogramów Przemysław Zyśk (4-0, 1 KO) pokonał niezwyciężonego dotąd Aleksandra Dzemkę (4-1, 1 KO). Białorusin lepiej zaczął pojedynek, ale od drugiego starcia większy i silniejszy fizycznie Polak zaczął dochodzić do głosu. Miał trochę luki w obronie i przyjął kilka niepotrzebnych ciosów, lecz jego akcje robiły większe wrażenie. W piątej rundzie kilka razy trafił mocno po dole, czym ewidentnie zranił przeciwnika. Ale nie posłał na deski. Po gongu kończący ósmą odsłonę sędziowie punktowali jednogłośnie na korzyść podopiecznego Fiodora Łapina – 80:72, 80:73 i 78:74.

źródło: bokser.org

ZWYCIĘSKI WŁODARCZYK I KONTROWERSJE W WALCE CIEŚLAKA Z JEŻEWSKIM

Wroclawgala2016

W głównej walce wieczoru gali boksu zawodowego we Wrocławiu Krzysztof Włodarczyk (52-3-1, 37 KO) pokonał na punkty Leona Hartha (14-2, 10 KO) i obronił interkontynentalny pas organizacji IBF kategorii junior ciężkiej.

Pierwsza runda typowo rozpoznawcza, choć to Ormianin z niemieckim paszportem trafił swoim prawym sierpem. Druga odsłona to dalsze badanie, mało ciosów i praktycznie żadnych spięć. Mijały kolejne minuty, a my ciągle czekaliśmy na coś więcej niż kilka ciosów na rundę. „Diablo” wywierał co prawda presję nogami, lecz był mało aktywny. Dodajmy jednak, że jeszcze mniej robił przeciwnik, który nawet zadając ciosy bił je w taki sposób, by od razu móc szybko uciec. Krzysiek starał się atakować i zbierał małe punkty, lecz brakowało błysku, zmiany tempa. Rywal przede wszystkim przeszkadzał i być może powinien dostać ostrzeżenie. Polak walcząc w ten sposób na wyjeździe z pewnością by je otrzymał. Włodarczyk starał się przełamać przeciwnika hakami na korpus, ale jak na byłego dwukrotnego mistrza świata pokazywał za mało. Harth nawet po lewym prostym klinczował, a od dziewiątego starcia przeżywał chyba jeszcze kryzys kondycyjny. Oddychał coraz ciężej, momentami stawał w miejscu, co otwierało szansę Krzyśkowi na efektowne zakończenie tej nudnej walki. Niestety „śliski” i nastawiony wybitnie defensywnie rywal konsekwentnie unikał prawdziwej walki. Gdy zabrzmiał ostatni gong sędziowie na swoich kartach mieli przewagę Włodarczyka 116:112, 115:113 i 116:112.

Wiele emocji, ale i kontrowersji przyniosła walka Michała Cieślaka (15-0, 11 KO) z Nikodemem Jeżewskim (12-1-1, 7 KO). Wygrał ten pierwszy i sięgnął po tytuł mistrza Polski kategorii junior ciężkiej. Pięściarz z Radomia zaczął od mocnych prawych haków w okolice żeber, czym zrobił sobie miejsce na prawy sierp już w pierwszej rundzie. Ale Nikodem przyjął to bez zmrużenia oka. Pół minuty przed końcem drugiego starcia Michał przepuścił prawy rywala, skontrował swoim krótkim prawym i natychmiast doskoczył. To był huraganowy, ale krótki szturm. Cieślak ostro ruszył od początku trzeciej odsłony. Trafił lewym hakiem, poprawił prawym sierpem i gdy wydawało się, że zaraz dokończy dzieła zniszczenia, sensacja. Mocny prawy Jeżewskiego sprawił, że bombardier z Radomia po raz pierwszy w karierze był liczony! Szybko jednak zripostował. W zwarciu trafił krótkim prawym i tym razem to Nikodem przyklęknął. A wtedy zaczęły się kontrowersje… Michał poprawił jeszcze jednym prawym, gdy Jeżewski już klęczał. Włoski sędzia nie dość, nie zwrócił na to uwagi, to jeszcze stanowczo zbyt wcześnie przerwał walkę. Wielki niedosyt. Wszak jeśli ma już sędziować ktoś spoza Polski, to niech przynajmniej zna się na rzeczy. Fajna walka, spore emocje i fatalny sędzia…

Dojrzały i mądry boks pokazał dzisiaj Przemysław Runowski (13-0, 2 KO). Pewnie uporał się z groźnym Mykolą Vovkiem (12-2, 8 KO) i zrewanżował się mu za jego niespodziewaną wygraną nad Krzyśkiem Kopytkiem. A wszystko to w wyższej niż zazwyczaj wadze. Popularny „Kosiarz” już na samym początku powitał rywala mocnym prawym podbródkowym, a chwilę później po przypadkowym zderzeniu głowami z prawego łuku brwiowego Ukraińca mieszkającego w naszym kraju poleciała krew. W drugiej rundzie Przemek dwukrotnie przycelował szybkim i dynamicznym prawym krzyżowym. Vovk po przerwie ruszył do ostrego szturmu, jednak podopieczny Fiodora Łapina wyprzedzał go i zanim ten uderzył, Runowski zdążył skontrować i uciec. Dopiero w czwartym starciu Vovk doszedł bardziej do głosu, wykorzystując przewagę w sile. Spychał Polaka, starając się wciągnąć go w wymiany w półdystansie. Po trochę słabszej czwartej odsłonie, w piątej Runowski wrócił do tego, co robił na początku i co przynosiło efekty. Był aktywniejszy, wyprzedzał Ukraińca, a niemal równo z gongiem huknął prawym podbródkowym idealnie na punkt – brodę przeciwnika. Vovk był odłączony od prądu i z najwyższym trudem, trzymając się lin, doszedł do narożnika. Gdyby Przemek miał kilka sekund więcej, zapewne wszystko skończyłoby się nokautem. W szóstym starciu przewaga nadal utrzymywała się po stronie naszego rodaka, choć Mykola od czasu do czasu starał się zrewanżować czymś mocnym. Ambitny Vovk do samego końca dzielnie odgryzał się i atakował, jednak dobrze poukładany technicznie Przemek spokojnie, inteligentnie, boksował swoje i kontrolował pojedynek. A dwie minuty przed ostatnim gongiem bezpośrednim prawym na dół dostał bonus w postaci nokdaunu. Ukrainiec powstał, chciał szybko się odgryźć, jednak Runowski w akcji prawy na prawy po raz drugi na przestrzeni pół minuty doprowadził oponenta do liczenia. Wszystko zakończył kapitalnym lewym sierpem na szczękę i znów gong uratował Vovka. Bardzo dobra walka, ale w sumie dominacja Przemka nie podlegała żadnej dyskusji – 80:71, 79:72 i 79:71.

Dobry boks i pewne zwycięstwo zanotował Przemysław Zyśk (3-0, 1 KO), który pokonał we Wrocławiu Rusłana Mokryckija (1-2, 1 KO). Od początku uwidoczniła się przewaga fizyczna Polaka. Nacierał ostro na rywala, starał się go spychać na liny, gdzie polował mocnym uderzeniem. Z bliska przedzierał się prawym podbródkowym, a w piątej rundzie zachwiał przeciwnikiem lewym sierpowym. Boksował na wysokim tempie, a w ostatniej, szóstej rundzie jeszcze bardziej zwiększył intensywność. Zabrakło czasu. Po ostatnim gongu sędziowie punktowali jednomyślnie – wszyscy trzej w stosunku 60:54, oczywiście na korzyść Zyśka.

Udanie po pierwszej porażce powrócił Marek Matyja (12-1, 4 KO), który pewnie odprawił Olegsa Fedotovsa (21-28, 15 KO). Pięściarz z Oleśnicy zaczął w swoim stylu uderzeniami na korpus, które są jego znakiem firmowym. Gdy już trochę naruszył przeciwnika, w połowie drugiej rundy wstrząsnął nim prawym krzyżowym, a zaraz potem lewym sierpowym. W czwartej Marek znów był blisko wygranej przed czasem. Tym razem doświadczony oponent wyratował się klinczem. Na tym etapie wiadomo już było, że jedyne pytanie brzmi – walka potrwa na pełnym dystansie, czy skończy się wcześniej? Twardy Łotysz dotrwał do końca, ale trójka sędziów nie mogła go wynagrodzić za jego ambicję i zgodnie typowała przewagę podopiecznego Fiodora Łapina 60:54.

Konrad Dąbrowski (8-2, 1 KO) przegrał praktycznie do jednej bramki z Nadzirem Bakhshyieu (3-4-1). Rywal od razu ruszył do szturmu, ale lepiej wyszkolony młody Polak dobrą pracą nóg i celnymi kontrami stopował jego zapał. Przez pięć minut wszystko wyglądało dobrze, ale już końcówka drugiej rundy była słabsza. W trzeciej i czwartej całkowicie dominował już Białorusin, który ładował w Konrada serie po kilka ciosów. W przerwie przed piątą rundą Dąbrowski mocno krwawił z ust i nosa, a do tego miał wyraźny kryzys kondycyjny. W piątym starciu było jeszcze gorzej i aż dziwne, że pięściarz z Warszawy ustał te wszystkie uderzenia. W ostatniej odsłonie przeciwnik trafił lewym hakiem na szczękę, poprawił prawym sierpowym i Dąbrowski dotrwał do ostatniego gongu tylko dzięki pomocy sędziego Arka Małka, który ewidentnie dwukrotnie mu pomógł. Sędziowie nie mogli mieć wątpliwości, typując jednogłośnie przewagę gościa – 55:59, 54:60 i 55:59.

źródło: bokser.org

aa_wroclaw

W MIĘDZYZDROJACH KAMIL SZEREMETA POKONAŁ BYŁEGO MISTRZA ŚWIATA

szeremeta01

Walka wieczoru gali w Międzyzdrojach miała przynieść największe emocje. Do Polski na walkę z Kamilem Szeremetą (14-0, 2 KO) przyjechał bowiem były mistrz świata IBF wagi super super półśredniej Kassim Ouma (29-10-1, 18 KO), który najlepsze lata ma już oczywiście za sobą, ale wydawało się, że może się postawić podopiecznemu Fiodora Łapina.

Szeremeta od pierwszych chwil po gongu słuchał wskazówek ze swojego nowego narożnika, nie chciał ryzykować, bowiem doświadczony Ouma mógłby wykorzystać moment i zranić otwartego polskiego pięściarza. Pięściarz z Białegostoku we wcześniejszych pojedynkach miał przebłyski, potrafił mądrze boksować, miał jednak problem, ponieważ  zadawał ciosy na siłę, podpalał się. Po zmianie trenera widać zdecydowaną poprawę. Bokser z Ugandy w ringu nie pokazywał jednak formy sprzed kilku lat, miał problemy z kondycją, zapewne przez co nie zaryzykował i nie podyktował mocnego tempa. Walka może nie zawierała wiele emocji, ale za to sporo mądrego boksu. Co najważniejsze, Szeremeta wyciąga wnioski ze swoich walk. Niespełna 27-letni polski bokser punktował Oumę, nie miał większych problemów ze swoim rywalem. W dziewiątej rundzie zadał kilka mocniejszych ciosów, a w dziesiątej po zderzeniu głowami pękł łuk brwiowy Ugandyjczyka. Po dziesięciu rundach werdykt mógł być tylko jeden – wysokie zwycięstwo Kamila Szeremety. Trzej sędziowie wypunktowali 98:92, 100:90, 99:92 na korzyść Polaka.

W przedostatniej walce gali Seaside Boxing Show zmierzyli się na dystansie dziesięciu rund Przemysław Runowski (12-0, 2 KO) oraz Elmo Traya (11-2, 8 KO). Stawką starcia było młodzieżowe mistrzostwo federacji WBC wagi super lekkiej w wersji Intercontinental. Od pierwszych sekund walki było już pewne, że Filipińczyk nie przyjechał po wypłatę. Ruszył na Runowskiego, chciał zepchnąć go do defensywy. Pięściarz Sferis Knockout Promotion radził sobie jednak świetnie, zadawał ciosy proste, przez co zatrzymywał ofensywę Trayi. Więcej uderzeń wyprowadzał gość z Filipin, choć wiele z nich nie dochodziło celu i były zbyt czytelne. Po dziesięciu rundach jednogłośną decyzją sędziów (99:92, 99:91, 100:90) ręce w geście zwycięstwa podniósł Runowski, dla którego był to zapewne najtrudniejszy test w dotychczasowej karierze.

Nowy nabytek grup Sferis Knockout Promotions i Babilon Promotion Przemysław Zyśk (2-0, 1 KO) nie miał żadnych problemów pokonać Tomasza Piątka (1-1-1). Po sześciu jednostronnych rundach sędziowie byli jednomyślni (wszyscy trzej punktowali 60-52) i wskazali na Zyśka. Punktacja była jeszcze wyższa, ponieważ Piątek dostał od ringowego dwukrotnie ostrzeżenie. Promocja walki była spora, ale jak się okazało przesadzono, bo Zyśk był o dwie klasy wyżej od ambitnego Piątka. Podopieczny Andrzej Wasilewskiego świetnie operował ciosami prostymi, nie miał problemów ze skracaniem dystansu i biciem na korpus. Jego rywal z rundy na rundę opadał z sił, zaczął wypluwać szczękę, by mieć czas na odpoczynek. Sędzia wyrozumiały dla Piątka jednak nie był i dwa razy ukarał go odjęciem punktu.

W pierwszej walce gali Siergiej Werwejko (2-0, 1 KO) pokonał po czterech rundach na punkty Artsioma Czarniakiewicza (2-13, 2 KO), zaś w drugiej naprzeciw siebie stanęli po raz drugi Krzysztof Rogowski (10-20, 5 KO) oraz Piotr Gudel (5-1-1). Po niejednogłośnej decyzji sędziów (39:38, 39:38, 38:38) zwycięzcą okazał się być znowu pięściarz Tomasza Babilońskiego. Cztery rundy wydają się dość kuriozalne, jeśli mówimy o rewanżu za starcie… sześciorundowe. Tak czy siak, Gudel przyłożył się, choć trzeba przyznać, że nie zachwycił. Ale chyba nie warto dosadnie go krytykować, skoro na jedyne 12 minut wyszedł do ringu na starcie z typowym walczakiem. Było więc jasnym, że walka będzie wyrównana i na kartach punktowych będzie blisko. Rogowski poniżej oczekiwań, ale też nie oczekiwaliśmy cudów. „Roguś” przespał początek, próbował bić w półdystansie, klinczu. W ostatniej odsłonie po bardzo mizernej z obu stron trzeciej rundzie podopieczny Dariusza Snarskiego poszedł na całość, zaatakował Gudela, kilka ciosów doszło celu. Werdykt nie był jednomyślny, ręce w geście wygranej podniósł 26-latek.

źródło: bokser.org

MOLLO ZNOKAUTOWAŁ ZIMNOCHA. DESTRUKCYJNY SZEREMETA I CIEKAWE DEBIUTY W LEGIONOWIE

zimnoch krzysztof 01

Tego chyba nikt się nie spodziewał… Wracający do boksu po trzech latach Mike Mollo (21-5,1, 13 KO) podczas walki wieczoru gali boksu zawodowego w Legionowie szybko rozprawił się z faworyzowanym Krzysztofem Zimnochem (18-1-1, 12 KO)! Pierwsze osiemdziesiąt sekund nie zapowiadało trzęsienia ziemi. Polak był dużo szybszy, kontrolował rywala lewym prostym i polował na prawy. Obaj wpadli w klincz, wydawało się, że jest to niegroźna sytuacja, ale Amerykanin nagle wystrzelił krótkim lewym sierpem na szczękę, być może ułamek sekundy po komendzie stop, choć nie był to faul. Pod Krzyśkiem ugięły się nogi i szybko sklinczował. Mike zrobił krok w tył i za moment skosił pięściarza z Białegostoku prawym sierpem. Zimnoch ciężko wstawał i za wszelką cenę próbował przykleić się do przeciwnika. Był jednak zraniony i kolejny krótki lewy sierp w okolice skroni zupełnie odciął naszego rodaka od prądu. Klasyczny nokaut i przykra niespodzianka.

Kamil Szeremeta (13-0, 2 KO) pokazał ciekawy i konsekwentny boks, pokonując przed czasem niezwyciężonego dotąd Artioma Karpetsa (21-1, 6 KO). Ukrainiec zgodnie z oczekiwaniami boksował na wstecznym, ładnie pracując nogami i szukając swej szansy w lewym sierpie z doskoku. Pięściarz z Białegostoku z kolei podążał za nim, trafiał mocnym lewym dyszlem, a w połowie drugiej rundy wstrząsnął rywalem prawym krzyżowym. Kolejne minuty upływały, a obraz walki się nie zmieniał. Karpets boksował ostrożnie dla siebie, oddając jednak przy tym inicjatywę podopiecznemu Andrzeja Liczika, który systematycznie zbierał małe punkciki. W piątym starciu Szeremeta panował już niepodzielnie. Przeciwnik krwawił z nosa i powieki, histerycznie zaczął klinczować, a Polak włączył piąty bieg i spychał go do głębokiego odwrotu. Gdy zabrzmiał zbawienny gong, twarz Karpetsa przypominała już krwawą maskę. Nikt nie był więc zdziwiony, kiedy nie wyszedł do szóstej rundy.

Andrzej Sołdra (12-2-1, 5 KO) odczarował ring w Legionowie, gdzie dotąd startował dwukrotnie, raz remisując, a raz przegrywając boleśnie przed czasem. Po blisko rocznej przerwie spowodowanej poważną kontuzją i długiej rehabilitacji pokonał jak zwykle walecznego Sebastiana Skrzypczyńskiego (11-13-2, 5 KO). Ale łatwo nie było. Andrzej dobrze rozpoczął ten pojedynek, kontrolując przeciwnika ciosami prostymi, lecz ułamek sekundy po gongu kończącym pierwszą rundę przyklęknął po prawym na ucho. Leszek Jankowiak nie liczył, jednak zapaliła się lampka, że wszystko będzie sprawą otwartą do samego końca. I druga odsłona rzeczywiście była już dużo bardziej wyrównana niż pierwsza. W trzeciej przeważał nawet Skrzypczyński, a między zawodnikami zaiskrzyło w samej końcówce. Do tego stopnia, że bili się nawet po gongu. Sołdra w końcu opanował emocje i nerwy, zaczął boksować zamiast się bić z niewygodnym rywalem i odzyskał kontrolę w czwartym starciu. Na początku piątego złapał w akcji prawy na prawy Sebastiana, zachwiał nim, lecz obyło się bez liczenia. Zamiast jednak powiększać swoją przewagę, opadł z sił i oddał szóstą odsłonę. Po ostatnim gongu sędziowie punktowali nie tylko niejednogłośnie, ale również z wielkim rozrzutem – 55:59, 60:54 i 60:54.

Jordan Kuliński (1-0, 1 KO), jeden z ciekawszych amatorów ostatnich lat, również efektownie zadebiutował w gronie zawodowców. Startujący w wadze półciężkiej Polak zastopował w drugim starciu Dennisa Kronemanna (2-2, 1 KO). Jordan już na początku ustalił warunki potyczki mocnym lewym hakiem w okolice wątroby, po którym przeciwnik wyraźnie się skrzywił i od razu cofnął do defensywy. Polak zmienił pozycję na mańkuta, uderzył lewym sierpowym na górę, przewracając Niemca po raz pierwszy. Za moment ponowił tę akcję i mieliśmy drugi nokdaun. Kronemanna wyratował jednak gong. Po przerwie Kuliński najpierw dwa razy strzelił długim prawym i mieliśmy dwa następne liczenia. Potem znów zmienił pozycję, dla odmiany trafił długim lewym, Kronemann padł na matę po raz piąty… i na szczęście ostatni.

Efektownie wyglądał debiut zawodowy startującego w kategorii junior średniej Przemysława Zyśka (1-0, 1 KO), który przed czasem rozmontował Kamila Wybrańca (3-1, 3 KO). Wyższy Przemek, aktualny wicemistrz Polski w boksie olimpijskim, już na starcie zatrzymał ataki rywala prawym podbródkiem, a pod koniec pierwszego starcia poczęstował go mocnym prawym prostym. Po przerwie zawodowy debiutant trafił prawym sierpem, dwukrotnie akcją lewy-prawy i w tym momencie jedynym pytaniem było, czy pojedynek potrwa na pełnym dystansie, czy nie? W końcówce drugiej rundy kolejny prawy krzyżowy Zyśka, kilka poprawek przez gardę i sędzia musiał liczyć po raz pierwszy. Za moment zabrzmiał gong. Co się nie udało w drugiej odsłonie, udało się już w trzeciej. Kilka mocnym bomb, kolejny prawy na szczękę i po drugim liczeniu Grzegorz Molenda zatrzymał walkę.

źródło: bokser.org

zimnoch_mollo

TRZY PORAŻKI POLAKÓW W HALLE. DAWID JAGODZIŃSKI WALCZY O FINAŁ

tryc03

Nie mamy dobrych wiadomości z niemieckiego Halle, gdzie trwa 42. Międzynarodowy Turniej Bokserski o Puchar Chemii (Chemiepokal). Wczoraj w ringu wystąpiło trzech reprezentantów Polski – Daniel Adamiec (64 kg), Przemysław Zyśk (69 kg) i Mateusz Tryc (81 kg – na zdjęciu), którzy niestety musieli uznać wyższość swoich rywali, przygrywając swoje walki jednogłośnie na punkty.

Adamiec przegrał z Duńczykiem Enockiem Mwandila Poulsenem, Zyśk z Ukraińcem Ihorem Nesterovem, zaś Tryc ze Szwajcarem Uke Smajili. W turnieju pozostał zatem tylko Dawid Jagodziński (49 kg), który wylosował półfinał i dzisiaj zmierzy się w nim z doskonale znanym z ringów ligi WSB Uzbekiem Hasanboyem Dusmatovem.

MIĘDZYNARODOWA OBSADA 5. TURNIEJU IM. ZYGMUNTA CHYCHŁY W GDAŃSKU

gdansk_mini

W atrakcyjnej międzynarodowej obsadzie odbędzie się 5. Turniej Bokserski im. Zygmunta Chychły. W niepowtarzalnej scenerii Długiego Targu w Gdańsku, tuż obok fontanny Neptuna, jednego z najważniejszych symboli miasta, stanie bokserski ring, na którym w dniach od 29 do 31 maja (codziennie od godz. 12.00 i bezpłatnie) wszyscy zainteresowani boksem olimpijskim zobaczą rywalizację zawodników z ośmiu ekip: Bawarii i Meklemburgii (Niemcy), Czech, Danii, Litwy, Rosji, Słowacji i Polski.

Wśród zawodników, którzy zaprezentują się trójmiejskiej publiczności zobaczymy m.in.: świetnych Niemców – Roberta Harutyunyana (60 kg), Abu-Lubdeha Abdulrahmana (75 kg), Albona Pervizaja (91 kg) i Floriana Schulza (+91 kg), braci Erika i Viktora Agateljanów (60 i 64 kg) z Czech oraz Vladimira Milevskija (75 kg) z Litwy. W ekipie Polski zobaczymy świeżo upieczonych mistrzów kraju seniorów Daniela Adamca (64 kg) i Pawła Wierzbickiego (+91 kg), wicemistrzów Przemysława Zyśka (69 kg) i Michała Olasia (91 kg), brązowego medalistę Pawła Rumińskiego (75 kg) oraz doskonale znanego trójmiejskiej publiczności Kasjusza Życińskiego (81 kg).

Kibiców boksu zapewne zainteresuje informacja, że na gdańskim ringu wystąpią również reprezentantki Polski seniorek, które szykują się do startu w 1. Igrzyskach Europejskich w Baku. W piętek, tuż przed rozpoczęciem głównego turnieju, czyli przed godz. 12.00, tegoroczna mistrzyni Polski i dwukrotna brązowa medalistka Mistrzostw Europy, Kinga Siwa (60 kg), skrzyżuje rękawice z brązową medalistką krajowego czempionatu, Kingą Szlachcic. Z kolei w niedzielę w ringu zobaczymy ponownie Kingę Siwą oraz wicemistrzynię Europy z Bukaresztu (2014), Ewelinę Wicherską. Nasze kadrowiczki zmierzą się z ubiegłorocznymi mistrzyniami Czech – Ewelina z Lenką Kardovą, zaś Kinga z Petrą Simackovą.

Dodajmy, że organizatorem imprezy jest – jak co roku – Klub Sportowy SAKO, przy współpracy z Urzędem Miasta Gdańsk oraz Pomorski Okręgowy Związek Bokserski.

chychla15