Tag Archives: Andrzej Wawrzyk

POLACY W ŚWIATOWYCH RANKINGACH ZAWODOWCÓW – GRUDZIEŃ 2016

wbc_belt

Co słychać w grudniowych rankingach zawodowców? Oczywiście tradycyjnie najwięcej polskich nazwisk (13) odnajdziemy w szerokim zestawieniu federacji WBC, która co miesiąc klasyfikuje po 40 zawodników w każdej z kategorii wagowych, ale nazwiska Polaków znajdziemy również w zestawieniach WBA (2), WBO (8) oraz IBF (4).

FEDERACJA WBC

CIĘŻKA
7  Artur Szpilka (20-2, 15 KO)
11 Mariusz Wach (32-2, 17 KO)
12 Andrzej Wawrzyk (33-1, 19 KO)
37 Izu Ugonoh (17-0, 14 KO)

JUNIOR CIĘŻKA
4 Krzysztof Włodarczyk (52-3-1, 37 KO)
7 Krzysztof Głowacki (26-1, 16 KO)
9 Mateusz Masternak (37-4, 26 KO)
17 Michał Cieślak (15-0, 11 KO)

PÓŁCIĘŻKA
8 Andrzej Fonfara (28-4, 16 KO)

ŚREDNIA
7 Maciej Sulęcki (23-0, 8 KO)
22 Kamil Szeremeta (14-0, 2 KO)

JUNIOR ŚREDNIA
40 Łukasz Maciec (23-3-1, 5 KO)

PIÓRKOWA
32 Kamil Łaszczyk (23-0, 8 KO)

WBO belt 01FEDERACJA WBO

CIĘŻKA
11 Izu Ugonoh (17-0, 14 KO)
14 Andrzej Wawrzyk (33-1, 19 KO)

JUNIOR CIĘŻKA
4 Krzysztof Głowacki (26-1, 16 KO)
6 Krzysztof Włodarczyk (52-3-1, 37 KO)
14 Michał Cieślak (15-0, 11 KO)

ŚREDNIA
7 Maciej Sulęcki (23-0, 8 KO)
14 Kamil Szeremeta (14-0, 2 KO)

PIÓRKOWA
3 Kamil Łaszczyk (23-0, 8 KO)

IBF beltFEDERACJA IBF

CIĘŻKA
11 Izu Ugonoh (17-0, 14 KO)

JUNIOR CIĘŻKA
6 Krzysztof Włodarczyk (51-3-1, 37 KO)
8 Mateusz Masternak (37-4, 26 KO)

ŚREDNIA
11 Maciej Sulęcki (23-0, 8 KO)

wbabeltFEDERACJA WBA

JUNIOR CIĘŻKA
4 Mateusz Masternak (37-4, 26 KO)
10 Krzysztof Włodarczyk (51-3-1, 37 KO)

KRZYSZTOF GŁOWACKI ZDETRONIZOWANY. EWA PIĄTKOWSKA MISTRZYNIĄ ŚWIATA

usyk_glowacki

W głównej walce wieczoru Polsat Boxing Night w gdańskiej Ergo Arenie nastąpiła zmiana na tronie federacji WBO wagi junior ciężkiej. Olexandr Usyk (10-0, 9 KO) wypunktował Krzysztofa Głowackiego (26-1, 16 KO), zadając mu pierwszą porażkę i zrzucając go z tronu WBO.

Pierwsza runda dla pretendenta. Co prawda to „Główka” wywierał pressing, ale Ukrainiec ustawiał go trochę prawym jabem i dwukrotnie skarcił kontrą z lewej ręki. Po przerwie Krzyśkowi udało się dwukrotnie zapędzić rywala na liny i tak wsadzić krótką serię, lecz na środku ringu panował Usyk, szczególnie za sprawą prawego prostego. W trzeciej odsłonie z jednej strony dominacja Usyka, który wyboksowywał naszego mistrza kapitalnym jabem. Z drugiej strony światełko w tunelu – 45 sekund przed końcem potężny i w końcu celny lewy sierpowy Krzyśka. Po okresie przewagi challengera Głowacki wrócił dobrym czwartym starciem. Skracał dystans, konsekwentnie bił po dole, otwierając sobie tym drogę do dwóch lewych sierpów na górę. Zacięta i wyrównana była piąta odsłona. W szóstej niestety Usyk wydłużył dystans i ciosami prostymi znów przejął kontrolę w ringu. – Musisz go Krzysiek spychać na liny – krzyczał w przerwie trener Fiodor Łapin. Siódma runda już lepsza w wykonaniu Krzyśka, nie było już takiej dominacji, ale wciąż nieznacznie przeważał słabiej bijący, za to celniej rozluźniony Ukrainiec. Kolejne trzy minuty to bokserskie szachy. Działo się mało, bo jeden i drugi czekali na błąd rywala. Dwie pierwsze minuty dziewiątej rundy na korzyść pięściarza z Wałcza, ale Usyk w końcówce trafił prawym sierpem i lewym podbródkiem. W dziesiątej rundzie Usyk złapał swój rytm, przepuszczał akcje Krzyśka i kontrował. Uderzenia Polaka robiły większe wrażenie, lecz to Ukrainiec czyściej i częściej trafiał. I niestety w jedenastej rundzie ta przewaga wzrosła. Głowacki na moment się zagapił na środku ringu, inkasując całą kombinację lekkich, rzucanych z luzu ciosów. Zmotywowany Krzysiek rzucił się do szturmu na początku ostatniego starcia. Przewrócił nawet Usyka serią przy linach, lecz arbiter nie dopatrzył się czystej akcji i nie liczył. Po minutowym zrywie, z niesamowitą ripostą wrócił Olexandr. Świetnymi kombinacjami bił zmęczonego Krzyśka, przypieczętowując swój sukces. Po ostatnim gongu sędziowie punktowali jednogłośnie – 119:109, 117:111 i 117:111, wszyscy na korzyść Usyka.

Ewa Piątkowska (10-1, 4 KO) pokonując Aleksandrę Magdziak Lopes (16-4-2, 1 KO) zdobyła wakujący tytuł mistrzyni świata federacji WBC w wadze junior średniej. Ewa już w pierwszej rundzie trafiła mocnym lewym sierpowym, ale Ola odpowiedziała za moment długim prawym prostym. Po pierwszej rundzie dla „Tygrysicy”, w drugiej „amerykańska Polka” wyboksowała ją kontrami z defensywy. Piątkowska po przerwie zmieniła więc trochę taktykę i swoje akcje zaczynała od akcji na korpus. Biła ewidentnie mocniej niż rywalka, choć wpadała czasem nieprzygotowana na kontry. W szóstym starciu Piątkowska mocnym prawym na splot przewróciła przeciwniczkę. Ta tłumaczyła się, że po prostu źle stała na nogach, jednak sędzia zaliczył to jako nokdaun i liczył do ośmiu. To dodało animuszu Ewie, która w siódmym oraz ósmym starciu zaczęła też trafiać prawym sierpowym. Na pół minuty przed końcem dziewiątego starcia Piątkowska huknęła na punkt lewym sierpem, ale Magdziak przyjęła tę bombę bez zmrużenia oka. W ostatnich dwóch minutach Ewa podkręciła jeszcze bardziej tempo i przypieczętowała swój sukces. Po gongu kończącym walkę sędziowie jednomyślnie wskazali na Polkę – 96:93, 97:93 i 96:93.

Andrzej Wawrzyk (33-1, 19 KO) pokonał przed czasem Alberta Sosnowskiego (49-8-2, 30 KO), zdobywając przy okazji na ringu w Gdańsku tytuł Mistrza Polski wagi ciężkiej. Były mistrz Europy próbował zaczynać akcje ciosami na korpus i skracać dystans, lecz dużo szybszy Andrzej dobrze chodził na nogach i kontrował – zarówno w półdystansie przy linach, jak i w dystansie. W pierwszej rundzie nie było czystych ciosów, ale już w drugiej pod koniec pierwszej minuty Andrzej trafił akcją lewy-prawy. Zachwiał „Dragonem”, ten jednak sprytnie sklinczował i przetrwał krótki kryzys. Niemal równo z gongiem Wawrzyk cofając się skontrował jeszcze mocno prawą ręką. I gdy wydawało się, że to powoli początek końca, po pół minuty trzeciego starcia w wymianie w półdystansie to Sosnowski trafił lewym sierpowym, po którym rywal cofnął się i teraz to on przez moment sklinczował. Doszedł do siebie szybko, ale równo z gongiem to Albert zaakcentował ten odcinek, tym razem prawym sierpem. Ta runda była jego. Andrzej wziął się szybko w garść. W połowie czwartej odsłony odchylił się na zakrocznej nodze i ładnie skontrował prawym podbródkiem. W końcówce złapał przeciwnika przy linach serią kilku uderzeń, rozcinając mu lewy łuk brwiowy. Po przerwie Albert wciąż krwawił, co dodatkowo utrudniało mu zadanie. Wawrzyk dominował przez te trzy minuty, choć nadział się w pewnym momencie na podwójny jab Sosnowskiego. Gdy zabrzmiał gong na szóstą rundę, Albert poddał walkę. Miał po prostu problemy ze wzrokiem. Mimo wszystko pokazał się z dobrej strony i choć przegrywał wyraźnie, to również miał swoje krótkie momenty.

Trzecia walka gali Polsat Boxing Night była pierwszą o charakterze mistrzowskim. W stawce był bowiem tytuł młodzieżowego mistrza świata federacji WBC wagi junior średniej. A w niej Patryk Szymański (17-0, 9 KO) kontrowersyjnie pokonał Jose Antonio Villalobosa (9-2-2, 5 KO). Patryk pokazał serducho, ale dziś dostał mały prezent. Już w pierwszej rundzie doszło do kilku spięć. Rywal pozostawał groźny, ale od razu rzuciła się w oczy przewaga fizyczna Polaka. Nieoczekiwanie Patryk kompletnie pogubił się w drugiej rundzie. Villalobos najpierw zaskoczył go lewym sierpowym, za moment był szybszy w akcji prawy na prawy. Minutę później był jeszcze jeden czysty lewy sierp, a po lewym haku w okolice wątroby Patryk z grymasem bólu szybko sklinczował. Na szczęście po przerwie pięściarz z Konina wszystko sobie poukładał i znów to on dyktował warunki. Sędzia nawet liczył Argentyńczyka, choć ten nokdaun wziął z kosmosu. Ciosu nie było. Ale najważniejsze, że stery znów miał Patryk, rozbijając przeciwnikowi prawy łuk brwiowy. Czwarta odsłona znów zrobiła się trochę chaotyczna i wyrównana, bo w tym chaosie Jose czuł się jak ryba w wodzie. Mało tego, Szymańskiego złapał jakiś kryzys w piątym starciu. Bił rzadko, w dodatku na siłę, próbując jakby ustrzelić przeciwnika. Villalobos natomiast „pykał” i punktował. Szczególnie groźne były bite z luzu ciosy na korpus. Pierwsze dwie minuty szóstej rundy również nie były najlepsze, aż w końcu Patryk strzelił prawym krzyżowym. Kilkanaście sekund później poprawił czystym lewym sierpowym i wydawało się, że zachwiał oponentem z Ameryki Południowej. Niestety nie wykorzystał okazji. W kolejnej odsłonie Polak w końcu zaczął boksować zamiast bić się z niekonwencjonalnym rywalem. Ustawiał go sobie lewym prostym, konsekwentnie szukał dołów i zaczął zyskiwać przewagę. Przez dwie minuty ósmego starcia dalej przeważał i jakby stanął w miejscu, pozwalając przeciwnikowi odrobić straty. I niestety to pozwoliło mu nabrać wiatru w żagle. Rozpędzony Villalobos pogonił Polaka w dziewiątej rundzie, rozcinając mu przy okazji głęboko lewą powiekę. Ostatnie trzy minuty wyglądały już lepiej, ale nieznacznie więcej sił wykazał jednak Argentyńczyk. Sędziowie punktowali niejednogłośnie – 96:94 Szymański, 94:95 Villalobos i 95:94 Szymański. Punktacja trochę kontrowersyjna, tym bardziej, że liczenie było po prostu błędne. Ale tak inteligentny chłopak jak Patryk powinien chyba wyciągnąć odpowiednie wnioski i wrócić silniejszy.

Michał Cieślak (14-0, 10 KO) nie miał problemów z demolką nad doświadczonym Giulianem Ilie (21-11-2, 7 KO). Pojedynek zakończył się już w drugiej rundzie. Michał w swoim stylu zaczął ostro i bezkompromisowo. Rumun był szczelnie zakryty, więc po dwóch-trzech przestrzelonych sierpach pięściarz z Radomia zaczął mocno i konsekwentnie obijać tułów swoimi hakami. Na początku drugiej rundy Cieślak w zwarciu trafił krótkim prawym. Ilie żalił się, że dostał w tył głowy, przyklęknął, ale Leszek Jankowiak liczył do ośmiu. Michał polował, trochę chybiał, aż w końcu wystrzelił prawym krzyżowym. Tym razem rywal już z wielkim trudem powstał na dziewięć. Polak doskoczył, bił już gdzie popadnie, nawet przez gardę, powalając go po raz trzeci. Ilie powstał, przyjął postawę, do przerwy pozostawało już tylko dziesięć sekund, ale i tak z jego narożnika poleciał ręcznik na znak poddania. Szybko łatwo i przyjemnie – przynajmniej dla kibiców, bo Rumun zapewne Michała nie będzie wspominał z przyjemnością.

W pojedynku rozpoczynającym galę w wadze półciężkiej Paweł Stępień (5-0, 4 KO) pokonał na punkty po trudnym boju Norberta Dąbrowskiego (18-5-1, 7 KO). Obaj zaczęli w spokojnym tempie, szukając przede wszystkim ciosów na korpus, jakie miały odłożyć się w późniejszych minutach. Dużo ciekawiej było w drugiej rundzie. Początkowo nieznacznie przeważał „Noras”, ale pół minuty przed końcem prawym krzyżowym trafił Stępień. Norbert dobrze rozpoczął trzecie starcie, dwukrotnie wciągając rywala na kontrę lewą ręką. Ale to znów Paweł zaakcentował końcówkę. W czwartym ładnie trafił prawym podbródkowym, poprawiając za moment prawym sierpem. Dąbrowski zaskoczył oponenta na początku piątej odsłony przy linach krótkim lewym na szczękę. Wyczuł swoją szansę i ruszył do ataku. Nie zrobił większej krzywdy, ale swoją aktywnością na pewno przekonał do siebie sędziów. Z kolei w szóstej rundzie większy pressing wywierał Dąbrowski, to on zadał więcej uderzeń, ale krótki zryw Stępnia dał jemu ten odcinek. Trafił opierając się o liny i natychmiast ponowił akcję dłuższą kombinacją. Podobnie było w następnym starciu. Niby pressing wywierał Norbert, ale to uderzenia Pawła robiły większe wrażenie. Ostatnie trzy minuty jak cała potyczka. Równe, ale mocne kontry po odchyleniu Pawła zdawały się przesądzić o punktacji 10:9. Po obu stronach była jednak niepewność. A sędziowie byli jednogłośni – 79:73, 79:73 i 77:75, wszyscy na korzyść Stępnia.

źródło: bokser.org

plakat pbn16gdansk

MOLINA ZNOKAUTOWAŁ ADAMKA W WALCE WIECZORU PBN W KRAKOWIE. ŚWIETNY CIEŚLAK

adamek_molina

Eric Molina (25-3, 19 KO) znokautował jak zwykle dzielnego i twardego Tomasza Adamka (50-5, 30 KO) podczas gali Polsat Boxing Night w Krakowie. Amerykanin z meksykańskimi korzeniami zaczął bardzo zachowawczo. Tomek natomiast uruchomił lewą rękę. To nie były mocne uderzenia, ale jab pracował niczym automat. Tak minęły trzy minuty. Molina wyraźnie usypiał i czekał na mocną kontrę. Na początku drugiej rundy przestrzelił prawym krzyżowym, również prawym podbródkiem, ale w środku w końcu namierzył głowę Tomka prawym sierpowym, wyraźnie nim wstrząsając. Rzucił się na Polaka, ale po chwilowym szturmie znów oddał zupełnie inicjatywę. Bardzo podobnie wyglądało starcie numer trzy. Dwie minuty i pięćdziesiąt sekund to pełna kontrola „Górala”, ale na samym finiszu Molina znów nim wstrząsnął bombą ze swojej prawej ręki. – Mówiłem ci, uważaj na to, on czeka tylko na kontrę z prawej ręki – grzmiał w narożniku Roger Bloodworth. Amerykanin podkręcił trochę tempo w piątym starciu, lecz kiedy on atakował. Adamek zachowywał większą czujność i okazało się, że nieaktywny Molina jest groźniejszy niż Molina aktywny. Mimo wszystko Eric się rozkręcał z każdą minutą i w piątej odsłonie atakował jeszcze ostrzej, próbując mocnym prawym sierpem przełamać gardę Tomka. Amerykanin miał bardzo udaną szóstą rundę. Konsekwentnie bił mocnym prawym hakiem na żebra, robiąc sobie coraz częściej miejsce na ulokowanie czegoś na górze. W siódmej Tomek musiał coś pozmieniać i zaczął powoli przyjmować wymiany z dużo większym i silniejszym oponentem. Wydawało się, że Molina po prostu łamie naszego „Górala”, ten jednak po raz kolejny udowodnił, że gdy jest zraniony i naruszony, bywa najgroźniejszy. Po słabszym okresie wyszedł do ósmej rundy i to on przejął stery, kilka razy soczyście lokując swój prawy na głowie przeciwnika. Najciekawsza, najdramatyczniejsza była dziewiąta odsłona. Tomek poszedł z silniejszym Moliną na wyniszczenie. Sam przyjął kilka mocnych bomb, jednak to on miał inicjatywę, a dwa razy swoim prawym krzyżowym zrobił wyraźnie wrażenie nad Ericem. Niestety boks, a szczególnie waga ciężka, bywa brutalna. Molina przestał boksować, zaczął znów czekać na szansę punchera i niestety doczekał się. Niemal równo z gongiem huknął prawym krzyżowym, idealnie na szczękę Tomka. Ten padł ciężko, lodując już za linami. Runda się skończyła, ale gong nie ratuje i Leszek Jankowiak zmuszony był wyliczyć dzielnego „Górala” do dziesięciu.

Michał Cieślak (12-0, 8 KO) demoluje jednego zawodnika po drugim, nawet pomimo wzrastającej klasy jego rywali. Tym razem o sile Polaka na własnej skórze przekonał się ceniony Francisco Palacios (23-4, 14 KO)! Bombardier z Radomia zaczął w swoim stylu. Ostry pressing i potężne uderzenia z obu rąk, na zmianę na górę i na dół. Portorykańczyk podjął rękawicę i choć był cały czas na wstecznym, starał się odpowiadać. W połowie drugiej rundy krótki lewy sierp Michała zamroczył przeciwnika, ale ten szybko sklinczował i przetrwał chwilowy kryzys. „Śliski” przeciwnik ostro obrywał, ale przy tym również przepuszczał sporo ciosów Michała, który zmienił taktykę i coraz częściej obijał hakami żebra dwukrotnego pretendenta do tytułu mistrza świata. W czwartym starciu po dwóch ciosach na korpus Cieślak trafił mocnym lewym sierpowym, lecz Portorykańczyk sprytnie wykorzystał liny i znów przetrwał. Ale tylko na kilkadziesiąt sekund. Michał przepuścił lewy prosty rywala i huknął prawym sierpowym na szczękę. Palacios padł na matę i z wielkim trudem powstał na osiem. Sędzia puścił pojedynek, jednak po kolejnych dwóch ciosach w obawie przed ciężkim nokautem wkroczył do akcji.

W ciekawej konfrontacji na szczycie polskiej wagi ciężkiej Andrzej Wawrzyk (32-1, 18 KO) pokonał przed czasem Marcina Rekowskiego (17-3, 14 KO). „Reks” rozpoczął niby agresywnie, ale po krótkim zrywie obaj stanęli na środku ringu, szukając jakiejś szansy na mocną bombę. Andrzej trochę uśpił rywala i po kilku „leniwych” lewych wystrzelił szybkim prawym na szczękę, rzucając Marcina na deski. Gdy Leszek Jankowiak doliczył do ośmiu, zabrzmiał gong. Po przerwie Marcin za wszelką cenę starał się skrócić dystans, ale nie był w stanie podejść pod znacznie wyższego, a przy tym dobrze pracującego nogami i jabem. W czwartym starciu Rekowski zaczynał ataki ciosami na korpus, ale nadal nie znajdywał recepty na „Guliwera”. Wawrzyk piątą odsłonę zaczął ładnym jabem, potem dodał dwa bardzo mocne prawe krzyżowe, mocno rozkwaszając nos przeciwnika. To rozwścieczyło Marcina, który na finiszu przeprowadził skomasowany szturm. Wszystko wyglądało dla niego bardzo dobrze przez dwie i pół minuty szóstej rundy. W końcu zepchnął Wawrzyka do lin i zaczął zyskiwać przewagę, lecz nagle… Cofający się Andrzej huknął nagle prawym podbródkiem i pod Marcinem ugięły się nogi. Padł i z wielkim trudem powstał, mając jeszcze wyraźnie problemy z błędnikiem. Sędzia Jankowiak puścił walkę, bo do gongu zostało kilka sekund, zanim on jednak zabrzmiał, Marcin zainkasował jeszcze dwie mocne bomby i ledwo co doszedł do narożnika. Minuta odpoczynku okazała się zbyt krótka. Wawrzyk na początku siódmego starcia strzelił lewym sierpem, Rekowski znów „zatańczył” i szybko do akcji wkroczył Leszek Jankowiak w obawie przed ciężkim nokautem.

W dobrym stylu na polski ring, ale również pod skrzydła Andrzeja Gmitruka powrócił Mateusz Masternak (37-4, 26 KO), który pewnie wypunktował Erica Fieldsa (24-4, 16 KO). „Master” rozpoczął od ciosów na korpus, ale już w pierwszej rundzie dwa razy dosięgnął Amerykanina prawym krzyżowym. W drugiej polował dla odmiany akcją prawy na prawy, czując się odrobinę szybszym, a także prawym overhandem. Na starcie trzeciej odsłony były mistrz Europy dołożył skuteczny lewy prosty, którym ustawiał sobie przeciwnika na prawą ręką. Po przerwie Masternak konsekwentnie obijał tułów i bezpiecznie boksował jabem. Spuścił trochę z tonu, ale już w piątej rundzie podkręcił tempo i karcił Fieldsa prawymi krzyżowymi oraz sierpami. W szóstej obraz pojedynku się nie zmieniał, choć Fields próbował momentami przechodzić do pressingu i ofensywy. Polak jednak wszystkie ciosy przyjmował spokojnie na szczelną gardę. W końcówce siódmego starcia Fields na dobrą sprawę po raz pierwszy naprawdę mocno trafił – prawym sierpem, lecz na Mateuszu to uderzenie nie zrobiło większego wrażenia. Dalej kontrolował wydarzenia w ringu i swoimi akcjami złożonymi z trzech-czterech ciosów, nawet gdy bił na gardę, to za każdym razem przynajmniej jedno uderzenie dochodziło celu. W końcówce dziewiątej odsłony Mateusz naruszył przeciwnika krótkim lewym sierpem, jednak zaraz potem zabrzmiał gong i nie udało się mu dobić zranionej ofiary. Ostatnie trzy minuty to dalsza dominacja „Mastera”. Jedyne czego zabrakło, to chyba tylko „czasówki”. Przy werdykcie oczywiście emocji już nie było żadnych. Największą tajemnicą tej walki okazał się sędzia Tuszyński, który jakimś cudem wyciągnął jedną rundę na korzyść Fieldsa (99:91). Dwaj pozostali typowali 100:90, bo inaczej po prostu nie dało się tego punktować…

Cztery długie miesiące musiał czekać Michał Syrowatka (14-1, 4 KO) na rewanż z Rafałem Jackiewiczem (48-15-2, 22 KO) za niespodziewaną porażkę przed czasem. Znany ze specyficznego poczucia humoru i wyjść do ringu z muzyką pod konkretnego rywala Rafał tym razem wybrał wiele mówiący utwór „Zatańczysz ze mną jeszcze raz”… Już na starcie było więc ciekawie. Michał zaczął ostrożnie ciosami na korpus, choć w końcówce pierwszej rundy zaatakował troszkę odważniej. Z kolei Rafał polował obszernym prawym w okolice ucha. Po przerwie Jackiewicz musnął tylko brodę przeciwnika długim prawym prostym, ten jednak za moment odpowiedział lewym sierpowym. Syrowatka rozluźnił się w trzeciej rundzie, uruchomił nogi, konsekwentnie obijał prawym hakiem lewą stronę korpusu oponenta, a wszystko zaakcentował ładnym prawym sierpowym. Jackiewicz nieźle zaczął czwarte starcie, ale końcówkę znów lepiej zaakcentował Syrowatka, która ponawiał akcje i bił seriami dwóch-trzech ciosów. Tuż po rozpoczęciu piątej rundy Michał potężnym prawym hakiem pod lewy łokieć zabrał oddech Rafałowi, który na dobrą minutę stanął w miejscu. Dodatkowo tuż przed gongiem po przypadkowym zderzeniu głowami pękł mu lewy łuk brwiowy. Syrowatka złapał odpowiedni rytm i czując chwilowy kryzys rywala podkręcił dodatkowo tempo w kolejnej odsłonie. W siódmym starciu deja vu z ich pierwszej walki, tylko z odwróconymi rolami. To Jackiewicz polował na jeden, nokautujący cios, a Syrowatka niczym weteran boksował swoje, co umożliwiała mu doskonała praca nogami. W ósmym przewaga podopiecznego Andrzeja Liczika jeszcze bardziej się powiększyła. W dziewiątej rundzie obraz walki się nie zmieniał. Szybszy i dokładniejszy Syrowatka zaczynał kombinacje prawym na dół, by poprawiać od razu lewym i prawym sierpem na górę. W ostatnich trzech minutach Jackiewicz rzucił się do ataku, lecz nauczony doświadczeniami z grudnia ubiegłego roku Syrowatka boksował rozsądnie i uważnie w defensywie. Przyjął jeden mocny lewy sierp, ale na więcej Rafała już nie było stać. Po ostatnim gongu sędziowie punktowali 96:94, 96:94 i 98:93 – wszyscy na korzyść Syrowatki!

Ze łzami w oczach Ewa Brodnicka (10-0, 2 KO) tłumaczyła swoją decyzję o wycofaniu się z potyczki z Anitą Torti (9-5-1, 3 KO). – Wielki dramat. Jest mi naprawdę przykro. Okazało się, że kontuzja kolana jest naprawdę poważna. Lekarze robili wszystko co się da. Zastrzyki, blokady, ale nic nie pomogło. Wypłakałam się już trochę dzisiaj, przepraszam wszystkich. Ten uraz wykluczy mnie od czterech tygodni w takiej łagodnej wersji, aż do pół roku przy najgorszym scenariuszu. Dzisiejszy start mógłby prowadzić do jeszcze gorszej kontuzji. Na pewno spotkam się z Torti, ale dopiero wtedy, gdy pozwoli mi na to zdrowie – powiedziała Brodnicka. Ewa Piątkowska oraz Sasza Sidorenko zgodziły się na walkę z Włoszką, ale ta z kolei po krótkim namyśle odmówiła. Czeka na „Kleo”.

źródło: bokser.org

KTO W GÓRĘ, A KTO W DÓŁ? POLACY W RANKINGACH ZAWODOWYCH FEDERACJI

wbc_belt

Dawno nie zaglądaliśmy do światowych rankingów. Oczywiście tradycyjnie najwięcej polskich nazwisk odnajdziemy w szerokim zestawieniu federacji WBC, która co miesiąc klasyfikuje po 40 zawodników w każdej z kategorii wagowych. W wadze ciężkiej swoje pozycje utrzymali siódmy Artur Szpilka (20-1, 15 KO) oraz jedenasty Mariusz Wach (31-1, 17 KO). Na samej górze widnieje nazwisko Alexandra Povetkina (29-1, 21 KO), z którym Wach spotka się 4 listopada w Kazaniu. Skok o trzy oczka zanotował Andrzej Wawrzyk (31-1, 17 KO), który zamyka drugą dziesiątkę. Do zestawienia po wielu miesiącach powrócił dwudziesty trzeci aktualnie Tomasz Adamek (50-4, 30 KO).

W kategorii junior ciężkiej Krzysztof Włodarczyk (49-3-1, 35 KO) spadł z piątego na szóste miejsce, zaś Mateusz Masternak (36-3, 26 KO) awansował z siedemnastego na piętnaste. Trzeci w wadze półciężkiej nadal jest Andrzej Fonfara (27-3, 16 KO), lecz jeśli w piątkową noc pokona Nathana Cleverly’ego, będzie pewniakiem do walki o mistrzostwo świata. Skok zanotował Dariusz Sęk (24-2-1, 8 KO), który otwiera czwartą dziesiątkę, zaś Maciej Miszkiń (18-3, 5 KO) znajduje się dwa oczka niżej (33).

Choć Maciej Sulęcki (21-0, 6 KO) boksuje w wadze średniej, to włodarze WBC uparcie klasyfikują go w super średniej – we wrześniu na dwudziestej siódmej pozycji. W dywizji junior średniej boksujący bardzo rzadko Damian Jonak (39-0-1, 21 KO) jest dwudziesty ósmy. W kategorii półśredniej Przemysław Runowski (9-0, 2 KO) zajmuje trzydziestą ósmą lokatę, a w junior półśredniej naszym jedynakiem pozostaje dwudziesty pierwszy Michał Syrowatka (13-0, 4 KO). To także ostatni polski pięściarz w tym rankingu.

Tylko czterech Polaków znajduje się w najnowszym rankingu federacji IBF. W wadze ciężkiej Artur Szpilka jest siódmy, zaś Mariusz Wach – trzynasty. Co ciekawe ten drugi sparuje obecnie w Zakopanem z Wiaczesławem Głazkowem (21-0-1, 13 KO), aktualną jedynką w zestawieniu. Drugą dziesiątkę w kategorii cruiser otwiera Mateusz Masternak, przy czym dwie pierwsze lokaty w tym limicie pozostają nieobsadzone. W dywizji półciężkiej piątą lokatę utrzymał Andrzej Fonfara.

Tak jak w zeszłym miesiącu, również i w tym zaledwie dwa nazwiska polskich pięściarzy znajdziemy w rankingu federacji WBA. W kategorii junior ciężkiej Mateusz Masternak awansował z dziewiątego na siódme miejsce. Bez zmian natomiast u Andrzeja Fonfary, który utrzymał drugą lokatę.

TRZYNASTU POLAKÓW W RANKINGU WBC. AWANS ARTURA SZPILKI

wbc_belt

W grudniowych rankingach federacji WBC znalazło się trzynastu polskich pięściarzy, w tym sześciu w czołowych piętnastkach. Najwyższą lokatę zajmuje Andrzej Fonfara (26-3, 15 KO), który jest czwarty w wadze półciężkiej.

„Polski Książę” ustępuje tylko Eleiderowi Alvarezowi, Isaacowi Chilembie i Umberto Savigne. Za 27-latkiem jest m.in. Dmitrij Suchocki, który nadchodzącej nocy zaboksuje o pas z Adonisem Stevensonem. W dywizji średniej sklasyfikowani są dwaj Polacy – Przemysław Opalach (28) i Maciej Sulęcki (31).

Wciąż wysoko w rankingu jest Krzysztof Włodarczyk (49-3-1, 35 KO). „Diablo” zajmuje piątą lokatę w kategorii junior ciężkiej, której jeszcze niedawno był czempionem. Włodarczyk nie jest w doborowym towarzystwie sam. W sumie w pierwszej piętnastce kategorii cruiser znajduje się aż czterech Polaków – są to jeszcze Mateusz Masternak (34-2, 24 KO), który jest dwunasty, plasujący się tuż za nim Łukasz Janik (28-2, 15 KO), a także czternasty Krzysztof Głowacki (23-0, 15 KO).

Po pokonaniu Tomasza Adamka do pierwszej dziesiątki wagi ciężkiej coraz głośniej puka Artur Szpilka (17-1, 12 KO). Pięściarz z Wieliczki jest już jedenasty i wyprzedza m.in. Carlosa Takama, Chrisa Arreolę i Derecka Chisorę. Na bardziej odległych miejscach znajdują się Mariusz Wach (29), Andrzej Wawrzyk (33) i Marcin Rekowski (37).

W junior średniej do piętnastki zbliża się natomiast Damian Jonak (38-0-1, 21 KO). W kategorii, której mistrzem jest Floyd Mayweather Jr, Polak jest siedemnasty. Jedyny polski akcent w niższych wagach to Kamil Łaszczyk (19-0, 7 KO), który w rankingu dywizji piórkowej jest 32.

źródło: bokser.org

UBYWA POLSKICH NAZWISK W CZOŁÓWKACH ZAWODOWYCH RANKINGÓW

diablo01

Coraz mniej polskich zawodowców odnajdujemy w rankingach światowych federacji. W najnowszym zestawieniu WBA widnieją nazwiska czterech Polaków, w rankingu WBO – trzech, zaś zdaniem WBC na pierwszą „15″ zasługuje tylko czterech pięściarzy znad Wisły.

W rankingu WBA na 8. miejscu pojawiło się nazwisko Pawła Głażewskiego (23-2, 5 KO), który podpisał kontrakt na walkę o tytuł mistrza świata tej federacji z czempionem WBA Juergenem Braehmerem. Wyżej od „Głaza” sklasyfikowani są Mateusz Masternak (33-2, 24 KO) i Krzysztof Głowacki (23-0, 15 KO) – zajmujący miejsca nr 6 i 7 w kategorii junior ciężkiej. Ostatni Polak w rankingu to dziesiąty w „cruiser” Paweł Kołodziej (33-1, 18 KO).

Federacja WBO najwyraźniej uwzględniła porażkę Tomasza Adamka (49-3, 29 KO) z Arturem Szpilką (17-1, 12 KO). „Góral”, który dotąd zajmował 13. miejsce w wadze ciężkiej, wypadł z „15″ a w jego miejsce w czołówce zameldował się „Szpila”, którego nazwisko odnajdujemy na miejscu nr 14. Najlepsze notowania ma Krzysztof Głowacki, który nadal otwiera ranking pretendentów w wadze junior ciężkiej. Znakomita pozycje wyjściowa do walki o tytuł Kamil Łaszczyk (18-0, 7 KO), który awansował na 4. miejsce w limicie wagi piórkowej.

Nowy ranking federacji WBC jest nieco bogatszy w polskie nazwiska ale tylko czterech naszych rodaków znajdziemy w pierwszych „15″. Nieznaczny spadek zanotowali zarówno Tomasz Adamek jak i Artur Szpilka, ale ich niedawna rywalizacja nie została jeszcze uwzględniona w zestawieniu. Na razie więc „Góral” spadł na 15. miejsce, a „Szpila” jest dwudziesty drugi w wadze ciężkiej. Inny polski „ciężki”, Andrzej Wawrzyk (29-1, 15 KO) spadł na pozycję nr 28. Były mistrz świata wagi junior ciężkiej, Krzysztof Włodarczyk (49-3-1, 35 KO) zajmuje aktualnie 5. miejsce. W tym samym limicie nieznaczny awans na 15. miejsce zaliczył Krzysztof Głowacki. W zestawieniu jest jeszcze dwóch polskich „cruiserów” - Łukasz Janik (27-2, 14 KO) na 19. miejscu i oczko niżej Mateusz Masternak. Poprawił swoje notowania Andrzej Fonfara (26-3, 15 KO) – piąty w wadze półciężkiej. W wadze super średniej czwartą dziesiątkę otwiera Przemysław Opalach (15-2, 13 KO), zaś nieaktywny od blisko roku Damian Jonak (37-0-1, 21 KO) spadł na lokatę nr 12 w kategorii junior średniej. Ostatnim Polakiem w rankingu WBC jest trzydziesty piąty w wadze piórkowej Kamil Łaszczyk.

DZIEWIĘCIU POLAKÓW WE WRZEŚNIOWYM RANKINGU WBC, ALE TYLKO TRZECH W „15″

fonfara_andrzej12

Federacja World Boxing Council (WBC) opublikowała wrześniowy ranking, w którym odnajdujemy nazwiska dziewięciu Polaków. Najwyższą lokatę – szóstą w wadze półciężkiej – zajmuje mający znakomitą markę w USA, Andrzej Fonfara (25-3, 15 KO).

W wadze ciężkiej czternasty jest Tomasz Adamek (49-3, 29 KO), jego najbliższy rywal, Artur Szpilka (16-1, 12 KO), awansował na siedemnastą lokatę, zaś na 26. miejsce wspiął się Andrzej Wawrzyk (29-1, 15 KO), który przechodzi rehabilitację po wypadku samochodowym. W kategorii jr. ciężkiej, w której od lat mistrzem WBC jest Krzysztof Włodarczyk (49-2-1, 35 KO), na liście rankingowej najwyższe miejsce z naszych zawodników zajmuje szesnasty Krzysztof Głowacki (22-0, 14 KO). Trzy oczka niżej sklasyfikowano Łukasza Janika (27-2, 14 KO).

Dwudziesty dziewiąty w kategorii super średniej jest Przemysław Opalach (15-2, 13 KO), a jedenasty w junior średniej Damian Jonak (37-0-1, 21 KO), którego nie widzieliśmy w ringu od wielu miesięcy. Ostatnim naszym przedstawicielem na liście rankingowej WBC jest trzydziesty dziewiąty w limicie wagi piórkowej Kamil Łaszczyk (17-0, 7 KO).

WBC DOCENIA POLSKICH PIĘŚCIARZY. 11 RODAKÓW W NAJNOWSZYM RANKINGU

wbc_belt

Federacja WBC uaktualniła swój ranking za lipiec, a na tej liście znalazło się sporo nazwisk polskich bokserów. Niektórzy zanotowali spadek, inni awansowali, ale o wszystkim poniżej.

W wadze ciężkiej na 14. miejscu umieszczono Tomasza Adamka (49-3, 29 KO), zaś na 19. Artura Szpilkę (16-1, 12 KO), który wciąż ma nadzieję, że to właśnie on 8 listopada w Krakowie skrzyżuje rękawice z „Góralem” z Gilowic. Chętny jednak jest również nieaktywny od ponad półtora roku Mariusz Wach, ale jego w tym zestawieniu nie ma. Czwartą dziesiątkę otwiera kontuzjowany po wypadku samochodowym Andrzej Wawrzyk (29-1, 15 KO).

W kategorii cruiser, gdzie na tronie od dawna zasiada Krzysztof Włodarczyk (49-2-1, 35 KO), 17. jest Krzysztof Głowacki (22-0, 14 KO), 22. Paweł Kołodziej (33-0, 18 KO), a 28. Łukasz Janik (27-2, 14 KO).

W dywizji półciężkiej 5. lokatę w porównaniu z poprzednim miesiącem utrzymał Andrzej Fonfara (25-3, 15 KO), który pod koniec maja o mały włos nie sprawił sensacji w walce mistrzowskiej.

W wadze super średniej minimalny spadek na 29. miejsce zanotował Przemysław Opalach (15-2, 13 KO). Z kolei w średniej mały awans stał się udziałem 35. obecnie Przemysława Majewskiego (21-3, 13 KO).

W kategorii junior średniej na 12. miejscu pozostaje Damian Jonak (37-0-1, 21 KO), a ostatnim naszym przedstawicielem na liście pretendentów WBC jest 39. w limicie dywizji piórkowej Kamil Łaszczyk (17-0, 7 KO).

źródło: bokser.org

ANDRZEJ WAWRZYK BYŁ KROK OD ŚMIERCI. REKOWSKI RYWALEM SOSNOWSKIEGO

wawrzyk_andrzej04

Ostatniego dnia maja w Lublinie Andrzej Wawrzyk miał walczyć z Albertem Sosnowskim. Wystarczyła jednak chwila i prawie pożegnał się ze światem.

W sobotę pięściarz miał wypadek na drodze krajowej numer 7, na odcinku Kielce – Jędrzejów.

– Zostałem wypchnięty przez autobus, który nagle zaczął zmieniać pas. Wszedłem na czołowe zderzenie z innym samochodem. Potem dopiero obudziłem się gdy rozcinali mój samochód, ponieważ miałem zaklinowane nogi. Na pewno mam złamaną nogę, prawdopodobnie także nos. Jak przypominam sobie siłę tego uderzenia, to cieszę się, że żyję – powiedział, a niedzielę dostaliśmy informację, że kierowca autobusu przyznał, że do wypadku doszło z jego winy.

Wawrzyk trafił do szpitala, później przetransportowano go do warszawskiej kliniki Carolina Medical Center. Od razu było wiadomo, że ma pokruszone zęby i złamany nos, ale najpoważniej wygląda sprawa nogi. Kość pęknięta w kilku miejscach, odpryski i pozrywane ścięgna. Dzisiaj wiadomo, że we wtorek Wawrzyk przejdzie operację, a później czeka go co najmniej dziesięć miesięcy przerwy. I nie ma żadnej gwarancji, że wróci do pełnej sprawności, pozwalającej wejść do ringu. O sporcie jednak nie myśli.

Gala, podczas której miał wystąpić jednak się odbędzie. Wawrzyka, byłego pretendenta do tytułu mistrza świata wagi ciężkiej, w starciu z Albertem Sosnowskim zastąpi Marcin Rekowski. Ten ostatni 26 kwietnia walczył w Legionowie z Oliverem McCallem, ale szybko udało się dojść do porozumienia (rozważano jeszcze ściągnięcie do Polski znanego polskim fanom ze starcia z Tomaszem Adamkiem Nagiego Aguilerę).

W Lublinie oprócz tej walki przewidziano także inne pojedynki, m.in. o mistrzostwo Polski kategorii junior średniej między Rafałem Jackiewiczem a Łukaszem Maćcem , a także występy Ewy Piątkowskiej, Michała Cieślaka i Michała Chudeckiego.

Kamil Wolnicki, przegladsportowy.pl

WAWRZYK UPOLOWAŁ BOTHĘ NA GALI W ARŁAMOWIE. MATYJA LEPSZY OD DĄBROWSKIEGO

arlamow

Andrzej Wawrzyk (29-1, 15 KO) dość niepewnie wszedł w walkę z 45-letnim Fransem Bothą (48-11-3, 28 KO), jednak zakończył swój występ pięknym nokautem notując drugą wygraną od czasu porażki z Aleksandrem Powietkinem. Wawrzyk rozpoczął walkę bardzo spięty i praktycznie nie zadawał ciosów w pierwszej rundzie. „Biały Bawół” sporadycznie przeprowadzał ataki, które dawały mu optyczną przewagę, jego ciosy nie dochodziły jednak celu. W drugiej odsłonie nadal atakował Botha, a Polak rozluźnił się nieco w końcówce i w końcu zaczął trafiać. W ostatniej minucie trzeciej rundy podopieczny Fiodora Łapina nareszcie zaczął trafiać czysto i przeszedł do odważniejszej ofensywy. Po kolejnym gongu „Guliwer” wyraźnie przejął inicjatywę i kilkakrotnie mocno trafił prawą ręką, nie zrobiło to jednak wrażenia na rywalu. Przełom przyniosła runda piąta – Wawrzyk trafił lewym prostym, poprawił prawym krzyżowym i „Biały Bawół” wylądował ciężko na deskach. Przeciwnik był mocno zamroczony i został poddany przez swój narożnik.

Marcin Rekowski (13-1, 11 KO) udanie powrócił po pierwszej porażce w zawodowej karierze i znokautował Mateusza Malujdę (4-3-1, 1 KO). Rekowski rozpoczął spokojnie przejmując inicjatywę dzięki ciosom prostym z dystansu. W drugiej rundzie „Reks” zaznaczył swoją przewagę i na koniec trafił kapitalnym krótkim prawym prostym i rzucił rywala na deski. Malujda wstał i przed nokautem uratował go gong. W kolejnej odsłonie rywal „Reksa” boksował już bardzo asekuracyjnie i wyraźnie odczuwał cios z poprzedniej rundy. Rekowski wyczuł to, delikatnie przyspieszył i mocnym hakiem na korpus posłał Malujdę na deski po raz drugi. Przeciwnik nie był w stanie kontynuować walki i został wyliczony.

Zestawienie w ringu Norberta Dąbrowskiego (14-2, 6 KO) z Markiem Matyją (5-0, 2 KO) okazało się świetnym pomysłem. Wygrał pięściarz grupy KnockOut Promotions, jednak obaj pięściarze zasługują na wielkie brawa – dali kibicom wielkie emocje i pokazali kawał dobrego boksu. Dąbrowski który przez wielu był skazywany na porażkę świetnie zaprezentował się w pierwszej rundzie i wyraźnie chciał coś udowodnić. Pod koniec tej odsłony Matyja doznał rozcięcia nad prawym łukiem, co z pewnością nie ułatwiało mu boksowania. Od drugiej rundy rozpoczęła się typowa wojna na wyniszczenie. Matyja w końcówce przyspieszał, co dawało mu optyczną przewagę nad rywalem. Podopieczny Fiodora Łapina był silniejszy fizycznie, co miało kluczowe znaczenie w tej walce, jednak Dąbrowski pokazał ogromne serce do walki i udowodnił, że nadal liczy się na polskim podwórku. Po sześciu rundach sędziowie punktowali 58-57, 59-55 dla Matyi oraz 58-56 dla Dąbrowskiego. Miejmy nadzieję, że promotorzy doprowadzą do rewanżu i ponownie zobaczymy pięściarzy w ringu.

Kamil Szermeta (6-0, 1 KO) pewnie pokonał Ivana Gogosevica (4-2-1, 1 KO) kończąc go w czwartej rundzie. Od pierwszego gongu w oczy rzuciła się duża różnica w wyszkoleniu technicznym na korzyść Polaka. Gogosevic co jakiś czas atakował serią „cepów”, jednak był karcony przez szybszego i precyzyjniejszego Polaka. W drugiej odsłonie Szeremeta rozbijał rywala ciosami prostymi i pod koniec trafił mocnym prawym. Jego rywal odczuł ten cios, jednak chciał dać do zrozumienia, że nic się nie stało i przeszedł do kontrofensywy. W kolejnej odsłonie Polak lewym sierpowym po raz pierwszy rzucił Chorwata na deski. Przeciwnik wstał, ale był wyraźnie zamroczony. Doświadczony Szeremeta nie wypuścił okazji z rąk, trafił w narożniku podwójnym hakiem na wątrobę i doprowadził do kolejnego liczenia. Sędzia ringowy postanowił zakończyć nierówne zawody i ogłosił wygraną podopiecznego Andrzeja Liczika przez techniczny nokaut.

Krzysztof Cieślak (22-5, 7 KO) miał problemy w początkowej fazie walki z Chawazim Chacygowem (10-6, 6 KO), jednak ostatecznie przełamał doświadczonego rywala z Białorusi i wygrał przez techniczny nokaut w czwartej rundzie. Pierwsza runda nie przebiegała po myśli Polaka – przyjezdny rywal walczący z odwrotnej pozycji parokrotnie mocno trafił i przeważał przez pierwsze trzy minuty, a „Skorpion” upadł nawet na deski, jednak ringowy nie zdecydował się na liczenie pięściarza. Chacygow utrzymał tempo w rundzie drugiej oraz trzeciej i nadal „szachował” Polaka prawym prostym. Cieślak miał swoje momenty, jednak jego akcje ofensywne były zbyt czytelne dla Białorusina. Czwarta runda rozpoczęła się od szarży „Skorpiona”, który wyraźnie odebrał ochotę do walki Białorusinowi, który tak jak w poprzednich występach po prostu był źle przygotowany kondycyjnie. Chacygow przyklęknął i oznajmił Robertowi Gortatowi, że nie chce kontynuować pojedynku.

Ewa Piątkowska (3-0, 3 KO) nie dała żadnych szans Dasie Gaborowej (0-2) nokautując rywalkę w niespełna 40. sekund. Był to jej debiut w barwach grupy KnockOut Promotions. „Tygrysica” w swoim stylu rozpoczęła bardzo agresywnie i już w dziesiątej sekundzie przeciwniczka ze Słowacji znalazła się na deskach. Gaborowa wstała, ale pewna siebie Polka ruszyła do ataku i po kolejnym bardzo mocnym prawym prostym znów rzuciła rywalkę na deski. Robert Gortat spojrzał jej w oczy i postanowił nie liczyć jej do końca ogłaszając klasyczny nokaut.

Adam Jarecki, bokser.org

„STARY” MASTERNAK I „NOWY” WAWRZYK

wawrzyk

Dwóch znanych polskich bokserów „po przejściach” z rosyjskimi rywalami wróciło na ring w sobotę 1 lutego 2014 roku. Andrzej Wawrzyk pierwszą walkę po przegranej z Aleksandrem Powietkinem stoczył w Opolu z Dannym Williamsem, natomiast Mateusz Masternak w duńskim Frederikshavn zmierzył się z Sandro Siproshvilim „na przetarcie” po porażce z rąk Grigorija Drozda. Obydwaj Polacy odnieśli tym razem efektowne zwycięstwa nad kiepskiej klasy rywalami, ale ważniejsze od wyników były styl i forma, jaką zaprezentowali.

Masternak przed walką obiecywał, że będzie boksował ofensywnie i starał się walczyć w półdystansie, co dotąd nie było jego mocną stroną. Słowa dotrzymał i dało się dostrzec postęp na tym polu, chociaż z drugiej strony sporo pracy jeszcze przed nim. Można też było się dopatrzyć w postawie naszego cruisera innych mankamentów w postaci niemrawego rozpoczęcia walki, nie najlepszej ruchliwości i luk w gardzie, ale wszystkie one bledną wobec ciężkiego i efektownego nokautu, jaki zafundował Mateusz w 4 rundzie dzielnie do tej chwili spisującemu się Gruzinowi. Takiej dynamiki nie widzieliśmy u niego od dawna. To był znowu stary, dobry Mateusz Masternak z czasów sprzed kryzysu formy, król nokautu i postrach ringów.

Na Andrzeju Wawrzyku jako perspektywicznym bokserze postawiłem krzyżyk na długo przed jego klęską z rąk Powietkina. Co z tego, że dysponował dobrymi warunkami fizycznymi, niezłą szybkością i przyzwoitą techniką, skoro wata w pięściach i chwiejna psychika dyskwalifikowały go jako boksera wagi ciężkiej. Zmianę u Wawrzyka zauważyłem, słuchając wywiadu, jakiego udzielił przed walką z Williamsem. To nie był wystraszony, niepewny siebie chłopaczyna, do jakiego przywykliśmy, to był stanowczy mężczyzna, który zapewniał o wielkim postępie w zakresie siły fizycznej, jakiego dokonał w ostatnim czasie. Nie wierzyłem, ale wczoraj w Opolu ujrzałem innego Wawrzyka. Nie anemicznego wymoczka, ale atletycznego, bojowego boksera z dynamitem w pięści, który zmiótł z ringu swego rywala w ciągu 2 minut. Zwycięstwo nad schyłkowym Dannym Williamsem nie jest miarodajne jako wyznacznik bokserskiej klasy, ale śmiem twierdzić, że na ringu w Opolu mieliśmy do czynienia z nową, znacznie lepszą wersją Andrzeja Wawrzyka, której warto się przyglądać.

Po ubiegłotygodniowych batach, jakie zebrali Szpilka i Majewski w USA, pierwszego dnia lutego 2014 powiało odrobiną optymizmu. Warto reaktywować hasło „Nie ma kozaka na Masternaka”, a może nawet warto stworzyć nowe „Nie ma byka na Wawrzyka”.

Dariusz Chmielarski, bokserzy.cba

SKANDAL PRZY ODCZYTYWANIU KART PUNKTOWYCH W WALCE WIECZORU. PORAŻKI POLAKÓW

rekowski

Do kuriozalnej sytuacji doszło podczas odczytywania werdyktu po walce Marcina Rekowskiego z Oliverem McCallem. Według słów Marka Mateli niejednogłośnie na punkty (75-77, 76-75, 76-75) zwyciężył Rekowski, jednak sędzia ringowy Mirosław Brózio zagapił się i podniósł w górę ręce McCalla. Później zrobiło się bardzo niezręcznie, bo całą aferę trzeba było odkręcić – ku zdziwieniu i bezradności obozu Amerykanina. Jeszcze dziwniej zrobiło się po paru minutach, kiedy Paweł Wójcik przeprowadzał wywiad z „Rexem”. Właśnie wtedy do dziennikarza Polsatu Sport dotarła informacja o tym, że karty punktowe zostały źle podliczone. Okazało się, że zwycięzcą walki został mimo wszystko „Atomowy Byk”. Skąd więc zamieszanie z kartami? Albo dodawanie dziewiątek i dziesiątek przerasta profesjonalistów, którzy zajmują się tym od lat, albo za kulisami działo się coś trudnego do wyjaśnienia i tutaj możemy się tylko domyślać. Miejmy nadzieję, że wygrana McCalla (57-13, 37 KO) to ostateczny wynik i nie będziemy mieli do czynienia z kolejnymi zmianami. W takiej sytuacji Rekowski (12-1, 10 KO) poniósł dziś pierwszą porażkę na zawodowych ringach, ale w żaden sposób nie przekreśla to jego szans na ciekawą karierę w Polsce, natomiast „Atomowego Byka” zapewne jeszcze zobaczymy w naszym kraju – prawdopodobnie w walce z Andrzejem Wawrzykiem. Jeśli zaś chodzi o sam przebieg pojedynku wieczoru gali w Opolu: McCall bardzo leniwie rozpoczął walkę i pierwsze dwie rundy oddał swojemu rywalowi. Obraz potyczki zmienił się w trzeciej odsłonie, kiedy amerykański weteran wrzucił wyższy bieg, wstrząsnął Rekowskim i po chwili zafundował mu nokdaun po prawym bitym z góry. Polak wstał i podjął dalszą walkę, ale wyraźnie odczuł te uderzenia i jego kryzys trwał aż do gongu. Ofensywa „Atomowego Byka” trwała w rundzie czwartej, ale po dojściu do siebie Rekowski zaczął odpowiadać. Jego celne ciosy nie robiły jednak żadnego wrażenia na McCallu, którego szczęka uważana jest za najmocniejszą w historii. Blisko 49-letni dawny mistrz toczył wyrównaną walkę z Rekowskim w kolejnych starciach, ale przed ósmą rundą wynik wciąż był sprawą otwartą. W ostatniej odsłonie inicjatywa należała do McCalla, a Rekowski przeboksował tę rundę na wstecznym i wyraźnie unikał wymian, starając się trzymać bezpieczny dystans. Po ostatnim gongu Oliver natychmiast zaczął manifestować swoją radość, natomiast Polak nie był przekonany co do tego, czy należała mu się wygrana. Obydwaj zawodnicy bardzo ładnie zachowali się, gdy ogłoszono ostateczny werdykt. Należy to pochwalić chociażby dlatego, że całe zamieszanie kosztowało obydwu sporo nerwów.

- Danny Williams był w tej walce agresywny jak 15-letni Reksio śpiący przy kominku – powiedział komentujący tę potyczkę dla Polsatu Sport Andrzej Kostyra. Trafił w samo sedno. Andrzej Wawrzyk (28-1, 14 KO) nie miał najmniejszych problemów z rozbiciem 40-letniego Danny’ego Williamsa (45-21, 34 KO), który powinien zawiesić rękawice na kołku, jeżeli chce cieszyć się jako takim zdrowiem na sportowej emeryturze. „Brixton Bomber” jest już tylko smutnym cieniem zawodnika, który wygrywał z Mikiem Tysonem i przez pewien czas zaliczał się do najlepszych ciężkich na Wyspach Brytyjskich. Zwycięstwo nad nim nie daje Wawrzykowi absolutnie nic, ale może to i dobrze, że po ciężkiej porażce z rąk Aleksandra Powietkina nasz 26-letni zawodnik odbudował się efektownym zwycięstwem w pierwszej rundzie. Cały „pojedynek” trwał niestety tylko kilkadziesiąt sekund, a Williams zdążył w tym czasie dwa razy wylądować na deskach.

Rzucenie Andrzeja Sołdry (9-1-1, 5 KO) na mocno bijącego Vincenta Feigenbutza (9-1, 8 KO) nie było dobrym pomysłem. Polak przegrał przed czasem już w pierwszej rundzie. Sołdra dobrze wszedł w walkę i z dystansu trafiał rywala ciosami prostymi. Ograniczony, aczkolwiek piekielnie silny Feigenbutz wyczekał moment i przeszedł do ataku. Widać było ogromną przewagę w sile fizycznej między zawodnikami. Niemiec szybko zamroczył Sołdrę i poczuł krew, a po chwili mieliśmy pierwsze liczenie. Polak wstał, jednak był mocno wstrząśnięty. Robert Gortat zezwolił na kontynuowanie walki, a Niemiec nie wypuścił już szansy z rąk i zmusił ringowego do przerwania zawodów. Tym samym Sołdra poniósł pierwszą porażkę na profesjonalnym ringu.

Marek Matyja (4-0, 3 KO) zaliczył dziś kolejne zwycięstwo przed czasem, jednak sposób przerwania jego walki z Harisem Colakovicem (5-1, 4 KO) budzi spore kontrowersje. Matyja od początku nie mógł złapać właściwego rytmu walki. Serb przyjechał do Opola bardzo zmotywowany, jednak jego chaotyczne ataki i dziury w obronie nie wróżyły mu sukcesu. W połowie starcia Polak trafił rywala i Colakowicz zatoczył się na liny. Druga runda była już znacznie lepsza w wykonaniu zawodnika KnockOut Promotions, jednak Serb nadal nie pozwalał mu na rozkręcenie się w ringu. W trzeciej odsłonie Serb wyraźnie stracił ochotę do walki, a także sporo przetrzymywał, za co został ukarany odjęciem punktu. Między rundami w narożniku przyjezdnego rywala zawrzało i sprawiał wrażenie bliskiego rezygnacji z kontynuowania zawodów. Wyszedł on jednak do kolejnej odsłony i zaczął bardzo agresywnie zasypując Polaka chaotycznymi ciosami. Wtedy do akcji wkroczył Mirosław Brózio, który jak słusznie zauważyli komentatorzy Polsatu, był dziś zbyt surowy dla pięściarzy. Postanowił on zdyskwalifikować Serba za bicie nasadą, jednak zdecydowanie była to decyzja przedwczesna.

Łukasz Janik (10-4-1, 5 KO) wysoko postawił poprzeczkę utalentowanemu Przemysławowi Runowskiemu (5-0, 1 KO). Pojedynek pomiędzy młodymi polskimi pięściarzami dał wiele emocji kibicom oglądającym galę z cyklu „Wojak Boxing Night”. Faworyzowany Runowski od pierwszego gongu przeszedł do ofensywy i zasypywał podopiecznego Irosława Butowicza seriami ciosów, szczególnie często trafiając na korpus. Janik, który znany jest ze swojej niezłomności, ambitnie próbował odpowiadać na ataki rywala, jednak wyraźnie spóźniał się z akcjami i był wolniejszy. W drugiej rundzie pojedynek wyraźnie się wyrównał. Janik przetrzymał szarże zawodnika KnockOut Promotions i pod koniec starcia dwukrotnie mocno trafił. Trzecia runda mogła podobać się kibicom. Janik przyjmował ciosy Runowskiego na blok i przechodził do kontrataku. W czwartej odsłonie „Kosiarz” zaczął przełamywać zawodnika Silesia Boxing. Skutek zaczęły przynosić bardzo dynamiczne ciosy na korpus. Podopieczny Fiodora Łapina podłączył rywala, który w pewnym momencie był blisko liczenia. Niesamowicie twardy Janik chciał wrócić do gry w piątej rundzie, jednak wyraźnie stracił impet. Tempo spadło, ale to Runowski miał inicjatywę. Na 20. sekund przed gongiem trafił mocnym lewym sierpowym i zaakcentował końcówkę. Do połowy szóstego starcia „Kosiarz” wyraźnie dominował, jednak sędzia Mirosław Brózio postanowił odjąć mu punkt za ataki głową. To wyraźnie pobudziło Janika, który znów przystąpił do ataku. „Kosiarz” podjął rękawice i wdał się w wymiany, w których był precyzyjniejszy. Sędziowie po sześciu rundach punktowali 58-56, 59-56, 60-55 dla zawodnika KnockOut Promotions.

Włodzimierz Letr (1-2, 1 KO) po raz kolejny poniósł porażkę przed czasem na zawodowym ringu. Agit Kabayel (9-0, 7 KO) okazał się dla niego zbyt wymagającym rywalem i nawet nie dał mu rozkręcić się między linami. Niemiec o tureckich korzeniach znokautował podopiecznego Dariusza Snarskiego już w 12. sekundzie! Już w drugiej sekundzie Letr został trafiony lewym hakiem na wątrobę i upadł na deski. Sędzia wyliczył go i ogłosił zwycięstwo rywala przez nokaut. Ta dotkliwa porażka powinna skłonić pochodzącego z Kazachstanu pięściarza do ciężkiej pracy na sali treningowej i zbicia zbędnych kilogramów.

Leszek Dudek, bokser.org