Tag Archives: Patryk Boruta

TOMASZ MAZUR WYPUNKTOWAŁ BIAŁORUSINA W WALCE WIECZORU GALI W SIEMIATYCZACH

wschodzacy

W głównej walce wieczoru niedzielnej Siemiatycze Boxing Show boksujący w wadze półśredniej Tomasz Mazur (5-0-1, 2 KO) w dobrym stylu rozprawił się z Andriejem Dolżożjełem (10-16-2, 8 KO). W pierwszej rundzie Polak skarcił Białorusina ciekawą akcją lewy podbródkowy-prawy sierp. W drugiej poprawił lewym hakiem pod prawy łokieć, po którym od razu poszedł lewy podbródek na szczękę, w końcówce zamknął natomiast przeciwnika w narożniku i kto wie, czy tego przed „czasówką” nie wyratował gong. W trzecim i czwartym starciu trwała dominacja podopiecznego Dariusza Snarskiego, który składał swoje akcje z kombinacji trzech-czterech uderzeń, boksując na luzie i szukając każdej luki w defensywie oponenta. W piątej odsłonie Tomek troszkę spuścił z tonu, za to znów podkręcił tempo w ostatnich trzech minutach. Po lewym haku w okolice wątroby Białorusin skrzywił się, cierpiał, lecz dzielnie dotrwał do ostatniego gongu. W nagrodę dostał nawet jeden punkt, niemal na pewno za piąte starcie. Tak więc Mazur zwyciężył 59:55

Coraz ciekawiej rysuje się przyszłość Krzysztofa Koseli (6-0, 5 KO). Dwumetrowy olbrzym szybko odprawił kolejnego rywala, równie dużego co on Aleksandra Nesterenkę (9-6, 4 KO). Początkowo podopieczny Adama Jabłońskiego trochę za bardzo chciał upolować ofiarę mocnym prawym. Nie sięgał, stał za daleko nogami, ale co najważniejsze, potrafił szybko wyciągnąć z tego wnioski. Zamiast szukać nokautującego uderzenia, zaczął boksować lewym prostym i ustawiać sobie Ukraińca. A gdy już go trochę uśpił, trafił długim prawym, doprowadzając przeciwnika do liczenia. Kilkanaście sekund później zabrzmiał gong, ale zaraz po przerwie Krzysiek huknął w półdystansie prawym sierpowym w okolice ucha i było po wszystkim. Włodzimierz Kromka rozpoczął liczenie, ale gdy spojrzał Ukraińcowi w oczy, przerwał liczenie i wstrzymał dalszą rywalizację w obawie przed ciężkim nokautem.

Patryk Boruta (4-0) miał naprawdę trudną przeprawę z Ilją Reutskim (9-9-1, 5 KO). Zwyciężył jednak stosunkiem 39:38. Wyższy i lepiej poukładany technicznie Polak zainkasował jeden lewy sierp, ale generalnie to on kontrolował potyczkę w pierwszych dwóch rundach, boksując w z dystansu i polując bezpośrednim prawym bądź prawym podbródkiem. W końcówce trzeciego starcia zaczęły się małe problemy z kondycją, a w ostatniej odsłonie to już rywal ze swoim chaotycznymi atakami dyktował warunki. Na przestrzeni dwunastu minut minimalnie więcej zrobił jednak Boruta i wygrał jednym punktem.

Wcześniej Michał Bańbuła (12-26-4) udanie powrócił po długiej przerwie i wypunktował w limicie kategorii cruiser 39:36 Ihara Karaweła (8-11, 5 KO).

źródło: bokser.org

BEZ NIESPODZIANEK W RADOMIU. JACKIEWICZ, ŻEROMIŃSKI I SIDORENKO ZWYCIĘZCY

tymex_radom16

Walką wieczoru gali BudWeld Boxing Night w Radomiu było starcie Rafała Jackiewicza (48-14-2, 22 KO) z Bułgarem Stilianem Kostowem (20-5, 16 KO). Wygrał „Wojownik” z Mińska Mazowieckiego wysoko na punkty, po czym… przeprosił radomską publiczność za „słabszy występ”. Pierwsza runda rozpoznawcza. Bułgar schowany za podwójną gardą oddał ją na korzyść Polaka. Druga bardzo czysta, ale też bez większej historii. Kostow szukał silnych pojedynczych uderzeń i bardzo szybko wracał do szczelnego bloku. W ringu momentami więcej było rozmów niż prawdziwego boksu. Ciosów w każdym razie, tych mocnych ciosów, było jak na lekarstwo. Rafał robił tyle ile musiał żeby zgarnąć kolejne 10 punktów, a na uwagę zasługiwały co najwyżej skuteczne prawe na korpus, które dochodziły. Czwarte starcie bez emocji – obustronne ciosy na blok na środku ringu. Niewiele zmieniło się w kolejnej odsłonie, ale to Polak mimo wszystko wyprowadzał więcej celnych ciosów i próbował podjąć walkę. W szóstej Kostow w dalszym ciągu nastawiał się na „bajerowanie”, a Jackiewiczowi było to na rękę, co trochę rozdrażniło i sędziego Brózio i publiczność. Ringowy nawet na chwilę przerwał pojedynek i upomniał obu panów, żeby zaczęli boksować. Kolejna runda dla Jackiewicza, głównie za sprawą aktywnej lewej ręki, ale postawa Bułgara dalej nie zadowalała. Dość powiedzieć, że najciekawszym momentem rundy był bieg Polaka po ringu kilka sekund przed gongiem. Rundy osiem i dziewięć bez historii. Bułgar jedynie raz na jakiś czas starał się odpowiedzieć z bloku. Jackiewicz do końca walki obskakiwał rywala i spokojnie przeboksował tak do końca. Po ostatnim gongu sędziowie jednogłośnie wskazali na Rafała – 100:90, 100:90 i 98:92.

Tuż przed walką wieczoru radomskiej gali zmierzyli się Marcin Cybulski (8-6-2, 7 KO) i boksujący przed swoją publicznością Michał Żeromiński (10-2, 1 KO). Zwyciężył wyraźnie na punkty pupilek miejscowej publiczności, lecz pojedynek był dużo bardziej zacięty niż wskazuje na to punktacja. Na początku walki Cybulski szukał trafień długimi prostymi, ale kompletnie nie mógł złapać dystansu, z czym z kolei nie miał problemu szybszy Żeromiński, który w połowie pierwszej rundy trafił pięknym prawym sierpem i bezdyskusyjnie zgarnął to starcie na swoją korzyść. W drugiej rundzie w dalszym ciągu dominował radomianin, którego nie zdeprymowało nawet przypadkowe zderzenie głowami. Początek kolejnej odsłony także na korzyść bijącego w różnych płaszczyznach Michała, ale od momentu, gdy Cybulski złapał rywala przy linach, runda zaczęła się wyrównywać. Od kolejnego starcia zaczęła się już ringowa wojna. Cybulski chyba na nowo uwierzył w siebie. W piątej rundzie znów Michał był lepszy, chociaż Marcin cały czas próbował nacierać. W końcówce było u niego widać pewien kryzys kondycyjny. Szósta odsłona znów przyniosła sporo emocji. Z początkiem kolejnych trzech minut spadło trochę tempo, ale to Michał był górą, pod koniec tego starcia wsadził dwa mocne podbródkowe, co jednak nie starczyło by wyraźnie naruszyć ambitnego Marcina. Ósma runda w wykonaniu Cybulskiego przeboksowana na ambicji, ale też na wyraźnym zmęczeniu, dlatego wyraźnie wygrywa „Żeroma”. Dziewiąta odsłona chaotyczna, kilka zderzeń głowami, na które skarżył się Żeromiński, jednak sędzia Kromka uznał, iż obaj faulują i dał chłopakom dalej robić swoje. Ostatnia runda miała podobny przebieg do dwóch poprzednich. W przekroju całej walki w oczy rzuca się ambicja i serce do walki Cybulskiego i wciąż niezłe możliwości Żeromińskiego. Problem radomianina polega na tym, że nawet najbardziej soczystymi ciosami nie był w stanie doprowadzić do liczenia naprawdę mocno zmęczonego rywala. Po ostatnim gongu werdykt nie mógł być inny, jak pewna wygrana Żeromińskiego – 100:90, 100:90 i 99:91. Na uwagę zasługuje też fakt, że po walce w ringu pojawił się Mateusz Masternak i przez mikrofon docenił Cybulskiego, który nie mając trenera i profesjonalnych treningów pokazał wielki charakter.

W starciu w wadze lekkiej pań Oleksandra Sidorenko (3-0) zmierzyła się z byłą rywalką Ewy Brodnickiej, Monicą Gentili (4-5, 1 KO). Wygrała Ukrainka zamieszkała na stałe w Polsce, ale musiała wykrzesać z siebie wszystko co najlepsze, by odprawić agresywną Włoszkę. W pierwszej rundzie Sasza świetnie z defensywy kontrolowała pojedynek długimi ciosami prostymi. W drugiej Gentili szukała miejsca, żeby dojść do Sidorenko w półdystans ze swoimi niebezpiecznymi sierpami, ale zawodniczka Tymexu wyraźnie wyprzedzała poczynania rywalki, a jeśli już tej udało się podejść, to skutecznie łapała wszystko na blok. Włoszka podrażniona przebiegiem dwóch pierwszych rund w trzeciej jeszcze bardziej poszła do przodu, zmuszając Sidorenko do szybkiego przemieszczania się po ringu. Czwarta odsłona bardzo podobna do trzeciej, ale Sasza tym razem była trochę aktywniejsza w ataku, przez co pozwoliła przeciwniczce na nieco mniej niż w poprzednich dwóch minutach. Piąta runda mogła pójść na korzyść Włoszki, choćby dlatego, że wyprowadziła sporo ciosów na korpus, których Sidorenko nie była w stanie wyłapać. Ciosy na korpus Gentili wyprowadzone w całej walce przyniosły efekt, bo Sidorenko w ostatnim starciu wyraźnie opadła z sił i przegrała tę odsłonę. A na kartach punktowych wyglądało to tak: 59:55, 59:55 i 60:54. Zasłużenie wygrała Sidorenko, ale Gentili zasłużyła na pewno na to, by ta ostatnia runda była zapisana na jej konto…

W jednej z ciekawszych walk zmierzyli się Michał Leśniak (3-1, 1 KO) oraz Damian Wrzesiński (9-0-1, 4 KO). W czasach amatorskich „Wrzos” dwukrotnie łatwo pokonał „Szczupaka”. Dziś również, ale przeprawę miał tym razem bardzo trudną. Pierwszą rundę zdecydowanie zdominował Wrzesiński, który kilka razy trafił mocno na dół i raz wyraźnie zahaczył Leśniaka lewym sierpem. Bardziej mobilny i skuteczny był Damian, ale Leśniak złapał rywala lewym sierpowym na głowę. Sędzia ringowy długo nie musiał interweniować, co nie zdarza się często i świadczyło to o wysokim poziomie tego pojedynku. Mimo iż podopieczny Piotra Wilczewskiego atakował pojedynczymi ciosami zza podwójnej gardy, to walka zaczęła się powoli wyrównywać. Uderzenia Michała stały się coraz bardziej widoczne. W czwartej odsłonie zaczęła się dobra bokserska bójka z obustronnymi atakami. Piąta runda znów w dobrym tempie, z dużą ilością ciosów z obu stron, a na szczególną uwagę zasłużył soczysty lewy sierpowy Leśniaka w drugiej minucie. Ostatnia odsłona mogła być decydująca i poza jej początkiem, powinna należeć do Wrzesińskiego, który zepchnął rywala do obrony. Leśniak miał już chyba lekki kryzys. Po ostatnim gongu wszyscy sędziowie byli zgodni, punktując 58:56, 58:56 i 58-57 na korzyść Wrzesińskiego.

Mateusz Rzadkosz (2-0-1) i Tomasz Gromadzki (1-0-1, 1 KO) w czasach amatorskich mieli bilans remisowy. Dziś spotkali się już jako zawodowcy i nadal nie rozstrzygnęli, który z nich jest lepszy. Obaj pierwszą minutę zaczęli z dużym respektem do siebie, natomiast przez pozostałe dwie minuty to Gromadzki był agresorem. Prawa ręka Rzadkosza cały czas była jednak przy brodzie i nie dał on sobie zrobić krzywdy, sprawiając wrażenie, że doskonale kontroluje sytuację ringową. W drugiej rundzie obraz walki był podobny do tego z końcówki pierwszej – Gromadzki wchodził z chwilami szalonymi atakami, lecz nie ustrzegł się przy tym błędów. Trzecia odsłona zdecydowanie na korzyść Rzadkosza, który bezkarnie kontrował atakującego rywala, jak również bardzo skutecznie przyjmował jego ataki na szczelny blok. Kolejne starcie też na korzyść Mateusza, który tym razem nie tylko atakował z kontry, ale także szedł do przodu. Gromadzki stracił już trochę energii, jaką miał w pierwszych trzech odsłonach. Piąta runda bez większej historii poza tym, że po dwóch celnych ciosach w pełni rozluźnionego Rzadkosza Gromadzki zgubił ochraniacz na szczękę. Ostatnią odsłonę Tomasz znowu zaczął z animuszem i tym razem przynosiło to efekt, bowiem na tym odcinku to on częściej trafiał i powinien wygrać to starcie. W końcówce po lewym sierpowym Rzadkosz zrobił nawet krok do tyłu. Po ostatnim jeden sędzia typował 58:56 dla Gromadzkiego, ale dwaj pozostali wypunktowali remis. Tak oto dwaj niepokonani zawodnicy Mariusza Grabowskiego dalej pozostają niepokonani..

Wygrane zanotowali też Marcin Siwy (14-0, 6 KO) oraz Adam Balski (4-0, 4 KO). Ten pierwszy wypadł przeciętnie, znów dobrze natomiast zaboksował startujący w kategorii cruiser Adam. Siwy spotkał się z wyższym i zaskakująco dobrze pracujący na nogach Igorem Filipienką (5-25-2, 1 KO). Polak strzelał mocnymi sierpami, ale nie sięgał przeciwnika i większość jego ciosów pruło powietrze. Filipienko kilka razy skontrował bezpośrednim prawym i obraz pojedynku wydawał się naprawdę równy. O wszystkim zadecydowały dwa odjęte punkty Ukraińcowi, które wcale nie musiały być odbierane. Po gongu kończącym szóstą rundę sędziowie wskazali na Marcina 59:53, 58:54 i 59:55.
Naprzeciw Balskiego stanął ambitny i starający się odgryzać do samego końca Eryk Ciesłowski (2-2). Wszystko fajnie się oglądało, lecz szybszy i silniejszy Adam stopniowo zyskiwał coraz większą przewagę. Szturm w drugiej odsłonie jeszcze nie przyniósł wymiernej korzyści, ale kiedy podkręcił znów tempo w czwartym starciu, uderzył kilka razy na zmianę na dół i na górę, zareagował Włodzimierz Kromka i słusznie zastopował potyczkę.

Zwycięstwa odnotowali również Mariusz Runowski (3-0, 2 KO) oraz Patryk Boruta (3-0). Pierwszy między linami krótko po godzinie 18:00 pojawił się Runowski. Grzegorz Sikorski (2-10) starał się boksować cios za cios, jednak silniejszy fizycznie rywal złamał go w końcówce drugiej rundy prawym hakiem na żebra. W trzeciej był dla odmiany lewy hak w okolice wątroby dający drugie nokdaun, a potem lewy sierp na szczękę i trzecie liczenie. W ostatnich trzech minutach Sikorski walczył już tylko o przetrwanie. Jeszcze dwukrotnie znalazł się na macie ringu, ale swój cel osiągnął. Po ostatnim gongu wszyscy sędziowie zgodnie punktowali 40:31 na korzyść Mariusza. Potem do ringu wyszedł Boruta. Doświadczony Czawazi Chacygow (11-14, 7 KO) jeszcze na początku starał się kontrować lewym sierpem, lecz w końcówce drugiej rundy osłabł i coraz częściej zaczął wchodzić głową. Arbiter Mirosław Brózio w trzecim starciu po trzecim ostrzeżeniu zdyskwalifikował byłego mistrza Europy.

źródło: bokser.org
tymex_radom_big

EWA BRODNICKA ZAWODOWĄ MISTRZYNIĄ EUROPY WAGI LEKKIEJ

gala_lomianki15

Ewa Brodnicka (10-0, 2 KO) osiągnęła życiowy sukces podczas gali w Łomiankach. Co prawda nie było łatwo, ale pokonała  Elfi Philips (6-3-3, 2 KO), sięgając tym samym po wakujący tytuł mistrzyni Europy wagi lekkiej. Pierwsze cztery rundy wygrała Brodnicka, chociaż momentami było zbyt dużo klinczu, zwłaszcza w pierwszej odsłonie. Philips z czasem zaczęła wykorzystywać klincz i biła wtedy sporo ciosów na dół, po których można było odnieść wrażenie, że Brodnicka przeżywa lekki kryzys kondycyjny, stąd środkowe rundy można było punktować na dobrą sprawę w obie strony. Najgorsze dla Ewy były odsłony numer siedem i osiem, kiedy rywalka zadawała więcej ciosów, a co najważniejsze, wygrywała również końcówki. Ostatnie cztery minuty mogły być jednak zapisane dla Polki, która tym samym przypieczętowała zwycięstwo. Na kartach punktowych po ostatnim gongu wygrana okazała się dość okazała. Sędziowie byli w miarę zgodni i punktowali – 98:92, 98:93 oraz 98:93.

Nikodem Jeżewski (12-0-1, 7 KO) już w pierwszej odsłonie pokonał Władimira Letra (5-6, 2 KO), udanie rewanżując się mu za dwie porażki w czasach boksu olimpijskiego. Wszystko zakończył bezpośredni prawy krzyżowy na szczękę już w połowie pierwszej rundy! Początek walki wskazywał na to, że może być to dobry pojedynek, bo Letr nie unikał walki. Po prawym Jeżewskiego wstał na siedem, ale sędzia Zwoliński, być może trochę przedwcześnie, podjął decyzję, że nie dopuści Letra do dalszej rywalizacji.

W drugim pojedynku pań Oleksandra „Sasza” Sidorenko (2-0, 0 KO) wypunktowała stosunkiem 60:54 u wszystkich sędziów Karinę Kopińską (4-10-3, 1 KO). Werdykt nie pozostawiał wątpliwości, przeważała nowa zawodniczka stajni Mariusza Grabowskiego, ale rywalka dzielnie atakowała do samego końca. O wszystkim zdecydowała przewaga szybkości i świetna praca nóg. Sidorenko od początku zaczęła wypracowywać przewagę i w dobrym tempie punktowała Kopińską w pierwszej rundzie. W drugiej także przeważała, ale nie ustrzegła się błędu i przyjęła dość mocny lewy sierpowy od przeciwniczki. W trzeciej i czwartej rundzie Sidorenko ustawiała sobie Kopińską przednią ręką i tym zdobywała przewagę, choć zawodniczka ze Śląska nie chciała być jej dłużna i potrafiła postawić opór, polując głównie na ciosy sierpowe. W piątej, najbardziej wyrównanej odsłonie, Kopińska odgryzła się kilkoma atakami w drugie tempo. Szóste starcie mimo dzielnej postawy rywalki w całości pod dyktando Saszy i w pełni zasłużone zwycięstwo.

Bez problemu kolejne zwycięstwo do zawodowego rekordu dopisała Karolina Łukasik (12-1, 3 KO), która pewnie pokonała Borislavę Goranovę (10-43-2). Polka górowała nad rywalką zarówno umiejętnościami czysto bokserskimi, jak i warunkami fizycznymi, co jeszcze dodatkowo powiększało dysproporcje między nimi. Wydawało się, że gdyby trochę podkręciła tempo, prawdopodobnie wygrałaby nawet przed czasem i właśnie jednostajny boks to chyba jedyne, do czego można się u Karoliny przyczepić. Po sześciu jednostronnych rundach wynik mógł być tylko jeden – 3x 60:54.

Robert Parzęczewski (10-1, 4 ko) zaciera powoli złe wrażenie z przegranej walki pół roku temu. Popularny „Arab” zanotował drugie od tego czasu zwycięstwo. Naprzeciw niego stanął Bela Juhasz (12-7, 7 KO). Na jego tle pięściarz z Częstochowy zaprezentował się naprawdę fajnie, choć z pewnością pewien niedosyt pozostaje, bo można było bez problemu pokusić się o zwycięstwo przed czasem. Zwłaszcza, że przeciwnik kilka razy był naruszony, a w piątej rundzie zabrakło kilka sekund, by było po wszystkim. W tej samej odsłonie był zresztą liczony, ale większe szkody wyrządziły mu ciosy Roberta na samym finiszu, gdy Węgier walczył już tylko o przetrwanie. Do nokautu zabrakło kilkudziesięciu sekund. Po ostatnim gongu wszyscy sędziowie mieli łatwą pracę i wliczając jeden nokdaun wypunktowali 60:53 wygraną Parzęczewskiego.

W swoim drugim zawodowym pojedynku Adam Balski (2-0, 2 KO) już w pierwszym starciu znokautował Artsioma Hurbo (4-25-1, 3 KO). Rywal sprawiał wrażenie jakby odczuwał każdy cios dość dobrze poukładanego jak na początek kariery zawodowej Polaka. Balski szybko trafił akcją prawy prosty-lewy sierp, który powalił przeciwnika. Sędzia puścił pojedynek dalej po liczeniu do ośmiu, ale w momencie kiedy Hurbo po ciosie na korpus nie wykazywał chęci kontynuowania walki, wkroczył do akcji i zakończył jego męczarnie.

W pierwszym pojedynku gali, w kategorii półśredniej, Patryk Boruta (2-0) na dystansie czterech rund bez problemu wypunktował Andrieja Hramykę (10-15-3, 9 KO) z Białorusi. Młodziutki Polak nie był w stanie uporządkować pojedynku i często wdawał się w niepotrzebne przepychanki, które były wynikiem jeszcze małego doświadczenia. W pierwszej rundzie sędzia Gortat zabrał punkt Hramyce za ataki głową, stąd werdykt u wszystkich sędziów 40:35. W końcówce rywal opadł z sił i wydawało się nawet, że jest szansa wygranej przed czasem, jednak zabrakło jeszcze jednego starcia.

źródło: bokser.org

lomianki15