Tag Archives: Przemysław Gorgoń

REMIS SĘKA Z MATYJĄ. STĘPIEŃ NOKAUTUJE KUBAŃCZYKA W MIĘDZYZDROJACH

miedzyzdroje17a

Jeśli tytuły mistrza Polski mają być rozdawane, to właśnie za takie walki jak pojedynek wieczoru gali w Międzyzdrojach. Po ciekawym boju Marek Matyja (13-1-1, 5 KO) zremisował z Dariuszem Sękiem (26-3-3, 8 KO). Tak więc mamy bezkrólewie w wadze półciężkiej. Obaj panowie rozpoczęli w wysokim tempie, choć krótki prawy sierp Darka zrobił chyba większe wrażenie w pierwszej rundzie. W drugiej było jeszcze ciekawiej, bo obaj „podłączyli się do prądu”. Najpierw w wymianie Darek strzelił prawym sierpowym, ale minutę później to Marek zranił go prawym krzyżowym na szczękę. Mijały kolejne minuty, a żaden z nich nie zamierzał odpuścić. Tak oto oglądaliśmy zażarty, dramatyczny i ciekawy pojedynek i obustronne akcje w półdystansie. W końcówce szóstej rundy podopieczny Fiodora Łapina złapał przeciwnika w narożniku na dłuższy moment i ulokował na jego głowie mocny prawy sierp. I gdy wydawało się, że zaczyna przełamywać Darka, ten wrócił dla odmiany lepszą siódmą rundą. Wszystko pozostawało więc sprawą otwartą. Optycznie mocniej bił chyba Matyja, ale to Sęk złapał swój rytm, uciekał z lin na środek ringu i wyprzedzał ataki rywala. Pięściarz z Oleśnicy rzucił wszystko na szalę w ostatnim starciu, Sęk podjął rękawicę i końcówka – jak zresztą cały pojedynek, rozgrzała publiczność zgromadzoną w Amfiteatrze w Międzyzdrojach. Gdy zabrzmiał ostatni gong, obaj zawodnicy nie mogli być pewni swego i w napięciu oczekiwali na werdykt sędziów. A ci byli niejednomyślni – 96:94 Sęk, 94:96 Matyja i 95:95. Remis!

To miał być najtrudniejszy dotąd test Pawła Stępnia (7-0, 6 KO), ale zdał go celująco. Bojowo nastawiony podczas ceremonii ważenia Dayron Lester (9-1, 5 KO) został poskromiony na półmetku i wyliczony do dziesięciu. Kubańczyk ostro zaczął, ale Paweł spokojnie zbierał jego akcje na blok. Kilka sekund przed przerwą po prawym krzyżowym zrobił zakrok w prawo, huknął lewym sierpem na szczękę i zachwiał przeciwnikiem, tego jednak uratował gong. Druga runda wyrównana, choć Polak zakończył ją ciekawym bezpośrednim prawym krzyżowym. Kłopoty zaczęły się w trzecim starciu. Lester złapał swój rytm i wygrał ten odcinek, ale już w czwartym było po wszystkim. Pod koniec pierwszej minuty Stępień uderzył lewym hakiem w okolice wątroby, zmuszając oponenta do przyklęknięcia. Po liczeniu do ośmiu Stępień czekał na swój moment, wyczekał, zamarkował lewy sierp, uderzył znów lewym hakiem na wątrobę i znokautował ciekawego, niewygodnego rywala. Sędzia Włodzimierz Kromka mógł liczyć nawet do dwudziestu, a osłabiony Lester i tak by nie powstał.

Damian Wrzesiński (12-1-1, 5 KO) zdominował trochę bezradnego w tej potyczce Tomasza Króla (4-2-1, 1 KO), pewnie zwyciężając na pełnym dystansie. „Wrzos” od pierwszego gongu ostro ruszył pressingiem. Skracał dystans i już w pierwszej rundzie trafił mocno najpierw lewym sierpowym, a potem prawym krzyżowym. Drugą rozpoczął obszernym, ale celnym prawym sierpem, zakończył natomiast prawym na dół, po którym poszedł bezpośredni prawy na głowę. Pojedyncze kontry pięściarza ze Szczecina nie robiły większego wrażenia i po sześciu minutach werdykt musiał brzmieć 20:18. W trzecim starciu ta przewaga wzrosła jeszcze bardziej. Ambitny Król dwukrotnie „zatańczył” po prawym sierpowym na szczękę, ale szybko dochodził do siebie. Tomek przegrał również czwartą odsłonę, choć na pewno radził sobie w niej dużo lepiej niż w poprzedniej. W pierwszej połowie piątej rundy sprawy się wyrównały, jednak w drugiej jej części znów Wrzesiński przejął kontrolę nad pojedynkiem, a jego prawa ręka namierzała cel i spadała na głowę rywala. Król ładnie chodził na nogach, niestety dla siebie nie miał argumentów w pięściach i nie potrafił zatrzymać nacierającego Damiana. Na samym finiszu siódmego starcia Wrzesiński złapał przeciwnika przy linach serią kilku bomb na głowę i aż dziwne, że te uderzenia nie skumulowały się i Król nadal stał na nogach. W ostatniej rundzie nic się nie zmieniło i gdy zabrzmiał ostatni gong, wątpliwości być nie mogło. Dwa sędziowie punktowali po 80:72, a pan Zwoliński jakimś cudem „wyciągnął” obijanemu Królowi dwie rundy na 78:74. W jaki sposób? Wie chyba tylko on…

Odchudzony i debiutujący w kategorii super średniej Mateusz Tryc (2-0, 2 KO) łatwo i efektownie rozprawił się z Przemysławem Gorgoniem (4-2, 2 KO). Obaj panowie – czego znając ich style można było się spodziewać – szybko przeszli do roboty i ostrych wymian. W pierwszej rundzie Mateusz trafił mocnym lewym sierpowym. W drugiej Przemek odpowiedział ładnym lewym podbródkiem, ale w ostatnich sekundach zebrał przy linach sporo mocnych uderzeń. W trzecim starciu ruch był już tylko jednostronny. Tryc rozbijał przeciwnika lewymi hakami na korpus w połączeniu z prawym podbródkiem. Po dwóch potężnych prawych sierpach w okolice ucha. W ostatnich sekundach trzeciej odsłony sędzia wkroczył do akcji w obawie przed ciężkim nokautem.

Paweł Wierzbicki (2-0, 2 KO) sprawił sam sobie prezent na 23. urodziny. Boksujący w wadze ciężkiej zawodnik szybko odprawił Mishę Manukyana (8-6, 7 KO). Już pod koniec pierwszej minuty pięściarz z Sokółki zranił przeciwnika lewym sierpowym w wymianie. Dopadł go przy linach, dołożył potężnych bomb, rozbijając gardę i doprowadził do nokdaunu. Po liczeniu do ośmiu poszedł za ciosem, nie wypuścił już z narożnika i po drugim nokdaunie sędzia Kromka zatrzymał potyczkę.

źródło: bokser.org

miedzyzdroje karta

WŁODARCZYK LEPSZY OD GEVORA. ŚWIETNA WALKA RUNOWSKIEGO. DEBIUT „WIERZBY”

diablo01

To była gra o wysoką stawkę. Krzysztof Włodarczyk (53-3-1, 37 KO) i Noel Gevor (22-1, 10 KO) spotkali się w Poznaniu w ostatecznym eliminatorze do tronu federacji IBF wagi junior ciężkiej, ale również o prawo do startu w atrakcyjnym turnieju World Boxing Super Series z wielką pulą nagród.

Panowie nie narzucali wysokiego tempa, choć Niemiec cały czas pozostawał ruchliwy na nogach. Krzysiek wywierał pressing, ale nie wydłużał serii i nie poza kilkoma mocnymi prawymi na korpus nie potrafił dosięgnąć szczęki przeciwnika. W końcówce czwartej rundy Gevor złapał Polaka prawym krzyżowym w narożniku, na szczęście jednak bez większych szkód. Niemiec dobrze rozegrał również szóstą odsłonę. Czekał na Krzyska, przepuszczał jego akcje i wtedy szybko odpowiadał kombinacją dwóch-trzech ciosów. „Diablo” wrócił do gry trochę lepszym ósmym starciem. Podkręcił tempo i trafił prawym sierpowym przy linach. Poderwał się również w przedostatniej, jedenastej rundzie, ale nie mógł złamać ruchliwego i sprytnego przeciwnika. W ostatnich trzech minutach to Gevor pokazał się z lepszej strony i w napięciu oczekiwaliśmy na werdykt. Sędziowie stosunkiem głosów dwa do jednego opowiedzieli się za „Diablo” – 113:115, 116:112 i 115:114.

Patryk Szymański (18-0, 9 KO) dopisał do swojego rekordu znane nazwisko Rafała Jackiewicza (48-17-2, 22 KO), ale w drugiej walce z rzędu był zraniony i wydaje się, że na tym najwyższym poziomie odporność na ciosy może stanowić spory problem dla zawodnika z Konina. Pojedynek jeszcze na dobre się nie zaczął, a stary lis już był liczony. Szymański po podwójnym lewym strzelił prawym krzyżowym w okolice ucha. Na szczęście dla widowiska Rafał dzięki olbrzymiemu doświadczeniu przetrwał kryzys. Przewaga warunków fizycznych oraz siły były jednak zbyt duże. Patryk swoimi ciosami przebijał się przez szczelną zazwyczaj gardę Rafała, narzucał swój boks i nawet na moment nie pozwalał mu zbliżyć się do półdystansu. – Nie mogę go kurde złapać – mówił podirytowany Jackiewicz do Roberta Złotkowskiego przed trzecią odsłoną. W trzecim starciu Rafał rzeczywiście zaczął trafiać, jego problem polegał natomiast na tym, że nawet gdy trafił czysto, to na Patryku nie robiło to wrażenia. W drugą stronę natomiast każde uderzenie bolało. I nagle… Jackiewicz pokazał to, z czego znany był przez całą karierę. Przepuścił lewy prosty rywala i po odchyleniu natychmiast skontrował prawym krzyżowym. Szymański zatańczył, Jackiewicz poprawił jeszcze jednym prawym i byliśmy o krok od sensacji. Zabrakło trochę czasu. Rundę piątą wygrał Patryk, lecz obraz potyczki już znacznie się wyrównał. – Czekam na kontrę – mówił w narożniku Jackiewicz. – No OK, ale czekasz trochę za długo – ripostował jego szkoleniowiec. W szóstej rundzie byłego mistrza Europy dopadł chyba lekki kryzys, być może odłożyło się te kilkadziesiąt ciosów na korpus i stanął. Kiedy jednak zabrzmiał gong na siódmą, wyszedł odmieniony. I znów zranił przeciwnika kontrą w tempo. Szymański sprytnie sklinczował i za moment doszedł do siebie. Po równym ósmym starciu, w dziewiątym pełną kontrolę przejął młodszy Patryk. Żeby było śmieszniej i ciekawiej, to Rafał znów lepiej wyglądał na finiszu i złapał jeszcze dwoma efektownymi kontrami Szymańskiego. Oczywiście przegrał, ale i obnażył niedociągnięcia młodszego o szesnaście lat rodaka. Po ostatnim gongu sędziowie punktowali na korzyść Patryka 95:92, 98:92 i 98:91.

To prawdopodobnie najlepsza walka w karierze Przemysława Runowskiego (15-0, 3 KO). Popularny „Kosiarz” w wielkim stylu odprawił przed czasem niepokonanego dotąd Alaina Cherveta (13-1-2, 10 KO). Szwajcar zaczął bardzo ostro, lecz Polak dobrą pracą nóg i szybkim lewym prostym skutecznie stopował jego zapały. A do tego od początku czyhał na kontrę akcją prawy na prawy. W pierwszej rundzie jeszcze się nie udało, za to w drugiej złapał rywala na kontrę prawym krzyżowym, posyłając go na deski. Chervet powstał na osiem i cofnął się na liny. Ale to był wieczór Przemka. Kilkadziesiąt sekund później kolejnym prawym krzyżowym doprowadził oponenta do drugiego nokdaunu. Pięć sekund przed końcem drugiego starcia Runowski – tym razem prawym sierpowym, wysłał przeciwnika na deski po raz trzeci i ostatni. Wygrana przez TKO i rozbudzone nadzieje na przyszłość.

To miał być jeden z ważniejszych debiutów w polskim boksie zawodowym od kilkunastu miesięcy. I nie zawiedliśmy się. Paweł Wierzbicki – wielokrotny mistrz Polski wagi super ciężkiej, srebrny medalista Mistrzostw Świata Juniorów, szybko odprawił pierwszego przeciwnika na ringach profesjonalnych. Naprzeciw podopiecznego Tomasza Potapczyka stanął silny fizyczny, ale dopiero zaczynający przygodę z boksem Paweł Sowik (0-2). Pięściarz z Sokółki zaczął spokojnie lewym prostym i mocnymi hakami na korpus, którymi omijał szczelną gardę rywala. A gdy już uśpił jego czujność, kombinacją prawy podbródkowy-prawy sierp doprowadził oponenta do liczenia. Ten powstał na osiem, a za moment zabrzmiał zbawienny gong na przerwę. Zaraz po niej było już jednak po wszystkim. Wierzbicki naruszył rywala prawym sierpowym na szczękę, doskoczył do zranionej ofiary i po kilku kolejnych bombach Sowik zawisł na linach. Sędzia Włodzimierz Kromka nawet nie liczył i w obawie przed ciężkim nokautem zastopował dalszą rywalizację.

Faworyt był jeden i nie zawiódł. Przemysław Zyśk (5-0, 2 KO) pokonał ambitnego, ale po prostu mało potrafiącego Tomasza Golucha (4-7, 2 KO). Podopieczny Fiodora Łapina i Łukasza Malinowskiego pod koniec drugiej minuty huknął lewym hakiem w okolice wątroby, po którym rywal z grymasem bólu boksował aż do przerwy. W drugiej rundzie Zyśk kombinacją lewy-prawy dwukrotnie doprowadził przeciwnika do nokdaunu i choć Goluch wstawał, to na pół minuty przed końcem drugiej odsłony arbiter zdecydował się zastopować nierówny pojedynek.

Kamil Gardzielik (3-0, 1 KO) przeżył chwilę grozy, lecz wybrnął z opresji obronną ręką i pokonał słabszego technicznie, za to silniejszego fizycznie Przemysława Gorgonia (3-1, 1 KO). Dwukrotny mistrz kraju wagi średniej – bez wątpienia faworyt na papierze, wyszedł do ringu jakby zaspany, nierozgrzany, i dał się kilka razy złapać prawym sierpem ponad lewą ręką. Na minutę przed końcem pierwszej rundy dla odmiany lewy sierp Przemka posłał niespodziewanie Kamila na deski! Ten jednak szybko się poderwał i opanował kryzys, a w drugim starciu przejął kontrolę nad pojedynkiem. W trzecim przeważał już bardzo wyraźnie, bijąc celnie z daleka prawym na korpus na zmianę z prawym krzyżowym na górę. Dokładał do tego groźny prawym podbródkowy, gdy Gorgoń starał się skrócić dystans. Gdy zabrzmiał ostatni gong, werdykt mógł być tylko jeden – 38:37 dla Gardzielika. I na szczęście każdy z sędziów tak właśnie typował.

Wcześniej Aleksander Strecki (4-0, 2 KO) w ładnym stylu odprawił przed czasem Andrieja Abramenkę (20-9-2, 4 KO). Już w pierwszej odsłonie ciosami na korpus doprowadził Białorusina dwukrotnie do liczenia, a w drugiej dokończył dzieła zniszczenia.

źródło: bokser.org