Tag Archives: Bartłomiej Grafka

PAWEŁ STĘPIEŃ WYPUNKTOWAŁ MARKA MATYJĘ. UDANY POWRÓT BALSKIEGO W AUGUSTOWIE

augustow_gala

Wydarzeniem wieczoru gali organizowanej przez grupę Knockout Promotions w Augustowie było rewanżowe starcie pomiędzy Markiem Matyją i Pawłem Stępniem. Faworytem tak jak przed ich pierwszym pojedynkiem był ten drugi, kibice mieli jednak nadzieję, że będzie zdecydowanie więcej emocji niż przed rokiem w Rzeszowie.

Pojedynek rozpoczął się tak jak każdy się spodziewał. Stępień ostrożny, walczył na dystans, czekał na odpowiedni moment, by skontrować rywala. Paweł wydłużał lewą rękę i szukał ciosów na dół, tak aby ręce rywala z rundy na rundy zaczynały wędrować bardziej w dół, za to Matyja starał się skracać dystans, próbował napierać na przeciwnika. Stępień zmieniał pozycje, walczył nieszablonowo, czym pokazywał, że nie jest go tak łatwo trafić. Swoją przewagę Stępień świetnie zaznaczył w rundzie drugiej – wpadało w niej z jego strony dużo lewych i prawych prostych. Trener Fiodor Łapin namawiał Matyję do wzmożonego działania, gdy ten znajdował się w półdystansie oraz przy linach ze Stępniem. W trzeciej odsłonie Matyja był już dużo bardziej odważniejszy, uruchomił swój pressing, szukał miejsca dla swojego prawego sierpowego. Największe szanse Matyja upatrywał właśnie będąc w półdystansie i w narożnikach, przy linach. Dla Stępnia kluczem była walka na dystans, szybkie zejścia z linii ciosu, uniki i obijanie dołów, zaskakiwanie Marka. Przegląd sytuacji Stępnia dawał się jednak Matyi we znaki. Pięściarz ze Szczecina w kilku aspektach wyciągnął wnioski z pierwszej walki, choć momentami widoczny był u niego brak agresji, której zabrakło w lipcu rok temu. W ostatniej rundzie Matyja starał się odrabiać straty, Stępień miał już wtedy walkę pod kontrolą. Mimo tego Marek urwał Pawłowi kilka rund. Ostatecznie po dziesięciu miłych dla oka rundach dwaj sędziowie wypunktowali 97-93 na korzyść Stępnia, za to jednemu z sędziów (prawdopodobnie z problemami ze wzrokiem) wyszedł wynik 98-93 dla Marka Matyi, co jest absolutną kompromitacją.

Nikt się raczej nie spodziewał cudów ze strony Adama Balskiego (14-0, 8 KO), który w Augustowie wrócił po 18 miesiącach rozbratu z ringami zawodowymi. Andrzej Wasilewski dogadał się kilka dni temu z Mariuszem Grabowskim i Balski spotkał się w walce na dystansie sześciu rund z Mateuszem Kubiszynem (3-4, 2 KO). Zwycięstwo na punkty, rdza u Balskiego jednak jest, a pojedynek bardzo wyrównany. Zardzewiały Balski walczył na samym początku bardzo spokojnie i zachowawczo. Wprawdzie wykorzystywał błędy rywala i zadał kilka soczystych sierpowych, ale nie szedł tak prężnie do przodu. Kubiszyn miał problem z pracą nóg, które przy atakach zostawały i przez to nie mógł odpowiednio skrócić dystansu. Gdy już tego próbował, inkasował od Balskiego m.in. krótkie lewe sierpowe. Ciekawiej zrobiło się w drugiej połowie walki. Pod koniec czwartej rundy Balski wdał się w bijatykę z Kubiszinem, ten próbował wykorzystać dłuższą chwilę walki w półdystansie, ale nie zdążył zadać więcej ciosów, bo wybrzmiał gong kończący odsłonę. Kubiszynowi nie brakowało jednak ambicji i szczególnie w końcowych rundach starał się zaskakiwać Balskiego, próbował skracać dystans, narzucać swoje tempo. Tak też było w rundzie szóstej, gdzie Kubiszyn nie czekał na ruch ze strony podopiecznego Fiodora Łapina tylko parł do przodu, by wymieniać uderzenia. Ostatnie odsłony starcia były pod dyktando Kubiszyna. Werdykt sędziów był jednomyślny: wszyscy trzej wypunktowali 58-56 na korzyść Adama Balskiego. Trzeba uczciwie przyznać, że nie był to dobry występ Adama, ale zważając na wszystkie perturbacje związane z jego osobą w ostatnich miesiącach można go w pewnym stopniu usprawiedliwić. Duży szacunek dla Mateusza Kubiszyna, który sprawił Balskiemu wiele problemów i dla wielu kibiców to właśnie on wygrał ten pojedynek.

W oczach Kamila Bednarka podczas oficjalnego ważenia przed galą w Augustowie widać było ogień. Jego rywal, Bartłomiej Grafka, walczył jednak w swojej karierze z wieloma świetnymi pięściarzami i przestraszyć się na pewno nie przestraszył. To była bardzo dobra walka i ostatecznie koncert Bednarka. Spodziewano się grzmotów, zaczęło się jednak od szachów. Bednarek przyznał po walce, że wiedział, że boksersko i technicznie jest lepszym pięściarzem od Grafki i chciał to w tym aspekcie skrzętnie wykorzystywać w ringu. Było wiadomym, że każde spięcie daje pewne szanse zawodnikowi Silesii Boxing. Podopieczny Piotra Wilczewskiego świetnie punktował Grafkę, czuł dystans, znakomicie go skracał i unikał ciosów rywala. W pewnym momencie poczuł krew i mocniej zaatakował Grafkę, u którego pojawiła kontuzja łuków brwiowych. Wtedy też do gry starał się wkraczać doświadczony zawodnik Irosława Butowicza i gdy tylko Bednarek próbował urwać mu głowę w półdystansie to Grafka szukał kontrataków – głównie obszernych prawych i lewych sierpowych. Z marnym skutkiem. Ostatecznie pojedynek został przerwany przez sędziego po reakcji lekarza.

Kolejne zwycięstwo do zawodowego rekordu dopisał Przemysław Zyśk (13-0, 4 KO), który po sześciu rundach pokonał na punkty Ivansa Levickisa (31-35, 19 KO). Jak to w walkach Zyśka bywa – mocne tempo, ciosy na dół, momenty nieuwagi, luki w obronie. Szału nie było, aktywność podtrzymana. Trzynaste zwycięstwo Zyśka na zawodowstwie nie porwało kibiców, ale nie było to złe starcie. Pięściarz Knockout Promotions bił dużo ciosów na dół, próbował kończyć uderzeniami na górę – najczęściej były to podbródki. Gubił się jednak wtedy, gdy kończył swoje akcje i nie wracał z rękami do góry, szczególnie w półdystansie. Łotewski rywal nie był mu dłużny i zadawał swoje uderzenia. Wygrana Zyśka zasłużona, choć trzeba sobie zadać pytanie: czy w jego boksie widać jakikolwiek progres? Trudno stwierdzić.

Najlepszy pojedynek w zawodowej karierze stoczył Damian Kiwior (7-1-1), a efektownie w gronie profesjonalistów zadebiutował Maciej Kiwior (1-0). Damian zaczął bardzo dobrze. Z daleka punktował Octaviana Gratiego (5-7-1, 3 KO) swoim jabem, a gdy skrócił dystans polował hakami i sierpami. Na początku drugiej rundy rywal odgryzł się podbródkiem, ale w rewanżu Kiwior dwukrotnie wstrząsnął nim lewym sierpowym. W trzecim starciu obraz potyczki wyrównał się. W drugiej połowie czwartej odsłony Polak znów doszedł do głosu, sięgając twardego przeciwnika długim prawym krzyżowym. Piąta runda popisowa dla Kiwiora, który trzy razy zachwiał Gratiim swoim lewym sierpowym. W końcówce dodał jeszcze bombę z prawej ręki. Ostatnie trzy minuty w spokojniejszym tempie, lecz wciąż pod dyktando Damiana. Sędziowie punktowali 58:56, 58:56 i 60:54 – wszyscy na korzyść Damiana. Maciek Kiwior już w pierwszej wymianie krótkim prawym sierpowym przewrócił Marcina Ficnera (2-27-4), ale ten minutę później swoim prawym zachwiał Kiwiorem. Zanim zabrzmiał gong na przerwę, Maciek po raz drugi posłał na deski oponenta, tym razem kombinacją lewy podbródek-prawy sierp. Druga i trzecia runda już nieco spokojniejsza, choć pod całkowitą kontrolą młodszego z braci. W ostatniej minucie walki Kiwior spuchł i na samym finiszu zrobiło się gorąco. Ale punktacja mogła być tylko jedna – 3x 40:34.

Denis Krotiuk (3-0, 2 KO) sprawił Sylwestrowi Bidzińskiemu lanie w jego zawodowym debiucie. Na początku drugiej rundy posłał go na deski lewym sierpowym, a po liczeniu kolejnymi ciosami rozciął powiekę i na wniosek lekarza potyczka została zastopowana.

źródło: bokser.org

ZWYCIĘSTWA FAWORYTÓW PODCZAS GALI KNOCKOUT BOXING NIGHT 6 W ŁOMŻY

diablo01

W pojedynku wieczoru gali Knockout Boxing Night 6 w Łomży były mistrz świata wagi junior ciężkiej Krzysztof Włodarczyk (57-4-1, 39 KO) skrzyżował rękawice z Alexandru Jurem (18-3, 7 KO). Walka nie porwała – odbyła się na pełnym dystansie, przewaga Polaka była jednak w niej widoczna prawie na każdym kroku.

Tradycyjnie Włodarczyk zaczął walkę spokojnie, szukał precyzyjnych ciosów. Kilka lewych prostych ze strony Polaka zapoznało się z twarzą jego rumuńskiego przeciwnika. W trzeciej odsłonie, po solidnym początku „Diablo”, do głosu doszedł przez chwilę Rumun, któremu kilka razy udało się trafić polskiego pięściarza. Jur wystrzelił lewy sierpowy, wszedł w półdystans. Jego ofensywa nie trwała zbyt długo. Już w czwartej rundzie „Diablo” ponownie był stroną przeważającą, Rumun szedł do przodu za podwójną gardą i oszczędnie zadawał ciosy. Nie wolno jednak zganiać na pasywność rywala. Warto nadmienić, że podopieczny Fiodora Łapina zmagał się z problemami zdrowotnymi. Trzeba bowiem przyznać, że Włodarczyk – co jest niezwykle częste w jego występach – również nie był bardzo aktywnie boksującym pięściarzem. Na ringu w Łomży starał się do perfekcji doszlifowywać każdą akcję, stawiał na jakość, nie ilość. Odbiło się to jednak chyba na widowisku. Druga połowa walki była z kolei ze strony Włodarczyka bardziej interesująca. W dziesiątej rundzie Jur wykonał 2-3 szarże w stronę Polaka próbując go zaskoczyć, po chwili zabrzmiał gong. Włodarczyk wygrał z Jurem jednogłośnie na punkty (96-94, 97-93, 99-92). Wszyscy czekamy jednak na duże, zagraniczne potyczki „Diablo”. Kiedy jednak one nadejdą?

Fiodor Czerkaszyn (12-0, 8 KO) miał pierwotnie zawalczyć z innym, mocniejszym przeciwnikiem. Do Łomży przyleciał jednak Kassim Ouma (29-13-1, 18 KO). Walka trwała krótko i chyba nikt nie jest z niej zadowolony. Duży niedosyt. – I my, i kibice zostaliśmy zrobieni w trąbę – tak promotor Andrzej Wasilewski skwitował ten pojedynek. Co dokładnie wydarzyło się w Łomży? Czerkaszyn rozpoczął walkę w swoim stylu, czujnie szukając luki w boksie Oumy. W drugiej rundzie Fiodor zaatakował, miał przewagę i po jednej z akcji narożnik rywala… rzucił ręcznik. Co ciekawe, Ouma wykazywał chęć dalszego kontynuowania walki. Do tego jednak nie doszło i pojedynek został przerwany.

Marek Matyja (16-1-1, 7 KO) pokonał niejednogłośnie na punkty Bartłomieja Grafkę (22-33-3, 10 KO), z którym zmierzył się już w 2015 roku. Dziś, tak jak ponad trzy lata temu, górą okazał się Matyja. W pojedynek dobrze wszedł podopieczny Fiodora Łapina, który świetnie zachodził Grafkę, wyprzedzał i unikał jego ciosów. Zawodnik Silesia Boxing nie był mu dłużny, starał się skracać dystans, ale Matyja odrobił lekcję i dziś nie był łatwym do trafienia pięściarzem. Po sześciu rundach sędziowie nie byli jednak jednomyślni. Z jednej z kart punktowych wyczytano wynik 59-56 na korzyść Bartłomieja Grafki, co można odebrać jako przedwczesny primaaprilisowy żart. Dwaj inni sędziowie wypunktowali 59-55 dla Matyji i to on został – słusznie – ogłoszony zwycięzcą.

Dziesiąte zawodowe zwycięstwo zanotował podczas gali Knockout Boxing Night 6 w Łomży niepokonany Przemysław Zyśk (10-0, 3 KO). Polski pięściarz pokonał jednogłośnie na punkty Artioma Karpeca (21-12, 6 KO). Zdaniem sędziów wszystkie z rund wygrał Zyśk. Nie za wiele możemy napisać o tym pojedynku. Zyśk był zdecydowanym faworytem i mniej więcej wiedzieliśmy, czego spodziewać się po jego rywalu. Karpec przegrał bowiem ostatnich 11 walk. Dziś w ringu ponownie włączył tryb defensywny. Jego rywal, pięściarz Knockout Promotions nie miał problemu z wypunktowaniem go. Czekamy na wyzwania dla Przemka.

Mateusz Tryc (7-0, 5 KO) pokonał na punkty stosunkiem dwa do remisu Sergieja Żuka (3-3-2). To pierwsze tegoroczne zwycięstwo Tryca, jest jednak mnóstwo do poprawy. Jeden z sędziów punktowych niewątpliwie oglądał inną walkę. Walka była bardzo wyrównana. Wydawało się, że trzy pierwsze rundy mogły być na korzyść Żuka, szczególnie druga oraz trzecia runda. Ukrainiec bił bardzo dużo z luzu – prawy nad lewą ręka, lewy sierpowy. Prawy na prawy, podbródkowy + lewy sierpowy. Prawy podbródkowy w tempo. Na każdy cios Polaka Żuk odpowiadał swoim uderzeniem. Tryc był niewątpliwie zaskoczony wejściem w walkę Żuka. Ukrainiec dobrze wszedł walkę, nie miał respektu do Tryca. Od czwartej rundy Tryc wziął się do roboty – wygrał ją, tak jak i piątą odsłonę. W szóstej rundzie polski pięściarz również zaatakował, ale nadziewał się na soczyste kontry Ukraińca. Gdyby Żuk dysponował mocniejszym uderzeniem, Mateusz Tryc wylądowałby pewnie na deskach. Po sześciu bardzo interesujących rundach sędziowie stosunkiem dwa do remisu orzekli zwycięstwo Tryca (58-56, 57-57, 59-55). Ostatnia punktacja, czyli 59-55 na korzyść Tryca, pozostawia jednak wiele do życzenia. Walka bowiem była bliska remisu.

Bardzo krótko trwał debiut na zawodowych ringach Laury Grzyb (1-0, 1 KO). 22 sekundy i po sprawie. Utalentowanej polskiej zawodniczce wystarczyły dwa ciosy, w tym najważniejszy prawy na dół, by zakończyć pojedynek i zwyciężyć Brankę Arambasić (0-4). Walka bez historii – czekamy na kolejne występy Laury.

źródło: bokser.org

„DIABLO” SZYBKO NOKAUTUJE SANDSA. BOLESNA PORAŻKA SZYMAŃSKIEGO Z JOURNEYMAN`EM

diablo01

W pojedynku wieczoru gali Nosalowy Dwór Knockout Boxing Night 4 w Zakopanem Krzysztof Włodarczyk (56-4-1, 39 KO) nie dał absolutnie żadnych szans Al’owi Sandsowi (20-4, 18 KO) i pokonał Amerykanina już w drugiej rundzie po… lewym prostym. Dla „Diablo” była to trzecia tegoroczna walka i trzecia wygrana.

Pojedynek rozpoczął się spokojnie, pierwsza runda była zachowawcza – jak zwykle w pojedynkach z udziałem Krzysztofa. Z kolei Sands zadał kilka ciosów, ale nie były one realnym zagrożeniem dla Włodarczyka. W drugiej „Diablo” był już ciut aktywniejszy i w pewnym momencie wyprowadził lewy prosty, który trafił Sandsa i po którym Amerykanin zwijał się na deskach z bólu. Udało mu się na chwilę wstać, jednak ponownie uklęknął i sędzia ringowy przegrał starcie.

Patryk Szymański (19-1, 10 KO) miał pod okiem Andrzeja Gmitruka rozpocząć nowy etap swojej kariery, tymczasem… zaliczył straszną wpadkę i przegrał pierwszą walkę w karierze. Niespodzianka. Przykra niespodzianka. Wydawało się, że może i twardy, za to nie dysponujący mocnym ciosem Fouad El Massoudi (15-11, 2 KO) jest z góry skazany na pożarcie, tymczasem… Już w pierwszej rundzie zawodnicy zderzyli się głowami, co być może miało negatywny wpływ na pięściarza z Konina. Rozochocony przeciwnik od trzeciej rundy rozpoczął szturm na naszego prospekta, zyskując coraz wyraźniejszą przewagę. Sensacja dopełniła się w czwartej rundzie. Patryk został zastopowany. Padł po serii zakończonej prawą ręką. Co prawda powstał, ale poddał go narożnik.

Fiodor Czerkaszyn (11-0, 7 KO) pokazał, że nie tylko potrafi szybko nokautować, ale również zaboksować na pełnym dystansie. Dziś pokonał pewnie jak zwykle twardego Bartłomieja Grafkę (21-32-3, 10 KO). O ile pierwsza odsłona była jeszcze spokojna i typowo rozpoznawcza, to już w drugiej po świetnym lewym sierpowym Ukraińca pod Polakiem ugięły się nogi. Bartek wyciągnął wnioski i schował się za szczelną gardą, więc od trzeciej rundy podopieczny Fiodora Łapina coraz częściej bił hakami na korpus. Dłuższe kombinacje lżejszych ciosów kończył zawsze jednym mocnym. Szukał prawego podbródka i nawet dwa razy znalazł miejsce, jednak Grafka znany jest z tego, że przewraca się bardzo rzadko. W drugiej połowie walki Grafka starał się przejść do półdystansu, lecz szybszy i lepiej wyszkolony Czerkaszyn kontrolował go ciosami prostymi z dystansu. Dobra walka, zakończona wysoki zwycięstwem Fiodora – 79:73 i dwukrotnie 80:72.

Damian Kiwior (4-0) udanie rozpoczął swoją polską część zawodowej kariery, pokonując podczas gali w Zakopanem niezwyciężonego dotąd Gkourama Mirzajewa (3-1, 2 KO). Polak rozpoczął od jabów, ale już w drugiej rundzie szukał bezpośrednich prawych. Rywal starał się odpowiadać, lecz jego ciosy były zbyt obszerne i Damian zbierał te akcje na blok. Od trzeciej odsłony Kiwior dodał do swojego arsenału ciosy na korpus. Wielokrotny mistrz naszego kraju miał mały zastój w czwartym i piątym starciu, ale dobrze finiszował w szóstym, przypieczętowując swoją wygraną. Po ostatnim gongu sędziowie punktowali na jego korzyść 59:55 i 58:56.

źródło: bokser.org

EWA PIĄTKOWSKA ZAWODOWĄ MISTRZYNIĄ EUROPY. SKUTECZNI CIEŚLAK I MATYJA

ebu-belt

Ewa Piątkowska (8-1, 4 KO) zostawiła już za sobą porażkę ze swoją imienniczką na PBN i w Rzeszowie w świetnym stylu zdobyła tytuł mistrzyni Europy wagi półśredniej, pewnie pokonując Marie Riederer (15-4-1, 10 KO). Od pierwszego gongu szybsza, bardziej dynamiczna i przekonująca w swoich atakach była „Tygrysica”, a z każdą kolejną minutą jej przewaga tylko rosła. W siódmej rundzie wyprzedziła rywalkę w akcji prawy na prawy i wydawało się, że Niemka była nawet blisko nokdaunu. W ósmym starciu był prawy podbródek, jeszcze jeden prawy krzyżowy i od tego momentu Riederer praktycznie już tylko się broniła i walczyła o przetrwanie. Po ostatnim gongu nie mogło być wątpliwości. Każdy z sędziów typował przewagę Piątkowskiej 99:91, choć i tak ciężko kibicowi byłoby wskazać, w której rundzie Niemka była lepsza.

Bardzo dobre widowisko stworzyli wspólnie Marek Matyja (11-0, 4 KO) z Bartłomiejem Grafką (15-19-1, 6 KO). Wygrał ten pierwszy. Szybszy pięściarz z Oleśnicy wyprzedzał ataki rywala, ładnie bił swoim firmowym lewym hakiem na korpus, natomiast opromieniony wygraną nad „Głazem” pięć tygodni temu Grafka strzelał obszernymi sierpami, próbując rozstrzygnąć wszystko jednym uderzeniem. Dokładniejszy, lepiej poukładany była Matyja, jednak Grafka do samego końca pozostawał niebezpieczny i w samej końcówce trafił nawet ładnym prawym podbródkiem. Po ostatnim gongu sędziowie jednogłośnie opowiedzieli się za Markiem. Niestety podopiecznego Fiodora Łapina czeka teraz zabieg i około półroczna przerwa.

Znów szybką i efektowną wygraną zanotował Michał Cieślak (11-0, 7 KO), choć Hamza Wandera (18-9-3, 13 KO) i tak postawił się bardziej niż ostatni rywale. Bombardier z Radomia rozpoczął od obijania korpusu rywala, który trzymał wysoko ręce i był nastawiony wybitnie defensywnie. Kilka tych haków pięściarz z Ugandy odczuł, dzięki czemu zrobiło się miejsce na górze. Michał strzelił prawym sierpem, naruszył przeciwnika i… zabrzmiał gong. W drugiej rundzie naruszył go tym razem prawym podbródkiem. Ale nie śpieszył się. Czuł się na tyle mocny, że wiedział, iż prędzej czy później dokończy dzieła zniszczenia. No i minutę później było już po wszystkim. Cieślak złapał rywala przy linach, kilka razy uderzył przez gardę i Wandera usiadł na linach. Znów wyratował go gong, lecz z narożnika poleciał ręcznik na znak poddania.

Po długiej przerwie niejednogłośnym zwycięstwem powrócił Przemysław Runowski (10-0, 2 KO), ale na tle Felixa Lory (18-20-5, 9 KO) w porównaniu z innymi Polakami wypadł przeciętnie. Pierwsze rundy to przede wszystkim lewe proste „Kosiarza” i obszerne, najczęściej niecelne sierpy pięściarza z Dominikany. – Okazujesz mu za dużo szacunku – krzyczał w narożniku Fiodor Łapin. W drugiej połowie potyczki jego podopieczny rozwinął już skrzydła, kilka razy do jaba dołożył prawy nad lewą ręką przeciwnika i budował swoją przewagę. Po ostatnim gongu nieoczekiwanie decyzja była jednak niejednogłośna – 98:92, 95:97 i 97:93.

Wcześniej boksujący w wadze ciężkiej Łukasz Różański (2-0, 1 KO) wypunktował na dystansie czterech rund Artsioma Czarniakiewicza (1-12). Wszyscy sędziowie typowali 40:36.

źródło: bokser.org

GRAFKA LEPSZY OD GŁAŻEWSKIEGO W WIELICZCE. UDANY POWRÓT ZIMNOCHA

zimnoch krzysztof 01

Dla Krzysztofa Zimnocha (18-0-1, 12 KO) był to nie tylko powrót po dwuletniej przerwie spowodowanej kontuzją i długą rehabilitacją. Był to również debiut z nowym trenerem w narożniku. Wszystko wypadło bardzo efektownie, choć wartość Gbengi Oluokuna (19-13, 12 KO) spada ostatnio na łeb na szyję. Krzysztof był dobrze przygotowany do gali boksu zawodowego w Wieliczce, czego na pewno nie można powiedzieć o Nigeryjczyku. Już w pierwszej rundzie przyklęknął po prawym z góry Polaka i dał się doliczyć Leszkowi Jankowiakowi aż do dziewięciu. W drugim starciu Zimnoch uderzył akcją lewy-prawy prosty, poprawił krótkim prawym sierpem na skroń i było po wszystkim. Szybko, łatwo i przyjemnie.

- Jeżeli Paweł zaboksuje tak jak ostatnio, to jako pierwszy powiem mu, żeby zakończył karierę – powtarzał przed walką Tomasz Babiloński, promotor Pawła Głażewskiego (23-5, 5 KO). Pięściarz z Białegostoku niegdyś bardzo łatwo uporał się z Bartłomiejem Grafką (15-18-1, 6 KO), dziś jednak to już nie ci sami zawodnicy. Jeden zrobił spory postęp, drugi zaś wyraźnie spuścił z tonu. Zgodnie z oczekiwaniami Grafka ruszył bardzo ostro, tak by złamać psychicznie faworyzowanego rywala. Kiedy „Głazowi” udawało się utrzymywać walkę w dystansie, kontrolował ją lewym prostym, lecz podopieczny Irosława Butowicza coraz częściej przedzierał się do półdystansu. Paweł zamiast boksować, niepotrzebnie starał się ustrzelić oponenta jakimś mocnym uderzeniem. W końcówce czwartego starcia wystrzelił z całym skrętem ciała lewym sierpowym. Nie trafił, ale włożył w to tyle siły, że aż sam się przewrócił. Zaraz na starcie piątej odsłony doznał natomiast rozcięcia prawej powieki, co tylko jeszcze bardziej rozochociło Grafkę. Na koniec tego odcinka Włodzimierz Kromka odebrał Bartkowi punkt za ataki głową, a „Głaz” w końcu wstrzelił się swoją akcją i trafił lewym sierpem. W szóstej rundzie Głażewski złapał swój rytm i choć o wielkiej przewagi nie zyskał, to przynajmniej nie dawał się już spychać na liny. W ostatnich sześciu minutach Grafka postawił na zdecydowany atak. Między linami zapanował chaos, nad którym nie dali rady zapanować ani zawodnicy, ani trochę bezradny sędzia. A kto wygrał? Punktowi byli niejednogłośni, ale stosunkiem głosów dwa do jednego – 74:79, 78:75 i 75:76, wskazali na Grafkę.

Po niezłym pojedynku wagi półciężkiej Marek Matyja (10-0, 4 KO) wypunktował słabszego fizycznie, za to bardzo ambitnego Michała Ludwiczaka (12-2, 5 KO). Pięściarz z Oleśnicy tuż po starcie narzucił ostry pressing, szukając bardzo mocnych haków po dole z obu rąk. Ale z jego łuku brwiowego w pewnym momencie pociekła krew. – Po ciosie, to było po ciosie – krzyknął Leszek Jankowiak, który był trzecią osobą w ringu. Podrażniony takim obrotem spraw Matyja zaatakował z jeszcze większą pasją po przerwie, uderzając coraz częściej mocnymi sierpami. – Nie śpiesz się – usłyszał od Fiodora Łapina przed trzecią rundą. Ludwiczak trafił nawet ładnym lewym sierpem z doskoku, lecz powiększała się przewaga silniejszego fizycznie Marka. Matyja konsekwentnie obijał korpus, a w piątym starciu trafił również prawym krzyżowym przy linach. Na początku szóstego poprawił dwukrotnie prawym sierpem w okolice ucha, lecz Ludwiczak nie tylko nie dał się złamać, co jeszcze lepiej zaakcentował końcówkę tej odsłony swoimi atakami. Do końca przeważał już faworyt tej konfrontacji. Półtora minuty przed ostatnim gongiem Ludwiczak aż skrzywił się po lewym haku na wątrobę, ale pokazał hart ducha i dotrwał do ostatniej syreny. Sędziowie jednogłośnie opowiedzieli się za Matyją, punktując 78:74, 78:74 i 79:73.

Krzysztof Kopytek (11-0, 2 KO) wypunktował w spotkaniu dwóch niepokonanych rodaków Damiana Mielewczyka (9-1, 7 KO). Pierwsza runda była toczona w spokojnym tempie i żaden z zawodników nie osiągnął przewagi, ale już w drugiej Kopytek kilka razy sięgnął głowy przeciwnika swoją prawą ręką. Mielewczyk nieustannie starał się atakować, jednak wszechstronniejszy rywal łapał go na swoje kontry i Damian w piątym starciu miał już podbite prawe oko. W szóstym wyraźnie cierpiał po kilku hakach na korpus, lecz sklinczował i pomimo kryzysu dotrwał do przerwy. Minuta odpoczynku okazała się zbawienna. W dwóch ostatnich odsłonach Mielewczyk jeszcze starał się odmienić losy potyczki, lecz mądrze boksujący Krzysiek nie dał sobie zrobić większej krzywdy. Po ostatnim gongu sędziowie punktowali 77:75, 77:75 i 80:72 – wszyscy na korzyść Kopytka.

Blisko 48-letni Białorusin Henadzi Daniliuk (17-11, 14 KO) nie miał nawet prawa nawiązać równorzędnej walki. Krzysztof Kosela (4-0, 3 KO) od początku ruszył na przeciwnika. Ten mocno przestraszony schował się za podwójną gardą. Polak więc kilka razy uderzył prawym hakiem na korpus, by w połowie rundy poprawić prawym podbródkowym. Nokaut. Wcześniej boksujący również w wadze ciężkiej Łukasz Różański (1-0, 1 KO) udanie zadebiutował na zawodowych ringach, nokautując w pierwszej rundzie Mateusza Zielińskiego (2-5).

źródło: bokser.org

SYROWATKA NA PUNKTY, CHOĆ LORA DWUKROTNIE NA DESKACH. UDANY POWRÓT SĘKA

brodnica

Zawsze groźny Felix Lora (18-14-5, 9 KO) miał być dla Michała Syrowatki (12-0, 3 KO) kolejnym sprawdzianem w dotychczasowej karierze na zawodowych ringach. Podczas gali w Brodnicy obaj panowie mieli pokazać dobry boks, dorównujący pojedynkowi z sierpnia ubiegłego roku pomiędzy Dominikańczykiem a ostatnim rywalem Syrowatki, Michałem Chudeckim. Pierwsze dwie rundy nie wyglądały obiecująco ze strony polskiego pięściarza. Podopieczny Andrzeja Gmitruka nie zadawał wielu ciosów i tak jak nie ukrywał przed walką, że zacznie ją spokojnie, tak też się stało, choć rzeczywiście można było zauważyć niewielką przewagę Lory. W trzeciej odsłonie role się odwróciły i przyszedł czas na pierwsze deski. Syrowatka wykorzystał dogodny moment i Lora zaliczył nokdaun. Przez chwilę wydawało się, że Polak może zakończyć pojedynek przed czasem, ale przeciwnik wyszedł z opresji. Syrowatka nie przestawał atakować, bijąc z pełnym skrętem, lecz Lora ani drgnął. Prosto z narożnika trener Gmitruk oczekiwał większej ilości ciosów na dół ze strony Michała, który boksował nad wyraz efektywnie, ostrożnie, wyczekując na błędy Domikańczyka. Plan się opłacił, bo Syrowatka w rundzie ósmej po raz drugi położył na deski Lorę, ale tak jak przy pierwszym nokdaunie rywal Polaka uchronił się przed czasówką. Kontrolujący pojedynek zawodnik z Ełku po dziesięciu rundach zwyciężył jednogłośną decyzją sędziów (98-90, 96-92, 97-91). Trzeba przyznać – Syrowatka zdał kolejny ważny test, który przybliża go do coraz to większych walk. Do pełni zadowolenia jeszcze długa droga, ale z każdym pojedynkiem polski pięściarz pokazuje, że trzeba się z nim liczyć.

Pojedynkiem z Siergiejem Mekhteyenką (4-3, 2 KO) Dariusz Sęk (22-2-1, 7 KO) miał udanie powrócić po grudniowej przegranej z rąk Robina Krasniqiego. Ze zwycięstwem tarnowianin nie miał żadnych problemów, pokazał dobry boks i udowodnił, że jest gotowy na duże walki. Od pierwszych chwil obu pięściarzy w ringu wydawało się, że Sęk wyciągnął wnioski z ostatniego pojedynku. Na uwagę zasługiwały świetne odchylenia, uniki oraz dobra praca nóg. Ukrainiec nie był mu dłużny i skutecznie zadawał ciosy proste, zmieniając pozycję, jednak  podopieczny Andrzeja Gmitruka nie dawał dużo miejsca rywalowi na bicie wielu uderzeń. Polski pięściarz stopował go prawym prostym, dorzucając mocne i odczuwalne haki, przez co wygrywał każdą z rund. Były dwukrotny medalista mistrzostw Polski na amatorstwie zmienił również swoje ataki w półdystansie. Do niedawna bił sporo uderzeń na górę, zapominając o skuteczności i mądrym rozkładaniu sił. Dziś było inaczej. Sympatyczny bokser z Tarnowa nie dość, że zadawał więcej celnych ciosów, to nie zapomniał również o obijaniu dołów Ukraińca, tak ważnym aspekcie w boksie, którego brakowało w ostatnich pojedynkach Darka. Kiedy byliśmy z kamerą na sparingach Sęka przed jego walką z Krasniqim, trenerzy Gmitruk i Kłak wręcz domagali się od niego, by w końcu zaczął bić na korpus. Szósta, siódma i ósma odsłona to pokaz boksu i świetnego przygotowania w wykonaniu Sęka, który miał już rywala na widelcu. W pewnym momencie nadarzyła się spora szansa zakończenia starcia przed czasem, ale pięściarz zza naszej wschodniej granicy udanie wyszedł z opresji i dotrwał do ostatniego gongu. Sędziowie byli zgodni – wszyscy trzej wypunktowali 80-72 na korzyść Polaka.

Prognozowano, że pojedynek Norberta Dąbrowskiego (17-2, 6 KO) z twardym Robertem Talarkiem (10-10-2, 5 KO) obok walki wieczoru może być najciekawszym starciem. Pierwsza runda okazała się być nad wyraz spokojną, z nieznaczną przewagą popularnego „Norasa”. Drugie trzy minuty walki były już zupełnie inne. Podopieczny Irosława Butowicza zaczął być bardziej agresywny, wywierał pressing i zadawał ciosy na górę, co było dobrym rozwiązaniem, ponieważ patrząc na wcześniejsze pojedynki, Dąbrowski nie lubi, gdy jego rywale przechodzą do ostrej ofensywy. Talarek jednak zamiast bić częściej kombinacje, polował na jeden cios, przez co nie zagrażał w pełni warszawiakowi. W kolejnych rundach Dąbrowski osiągnął przewagę, ponawiając ataki, m.in. kombinację prawy prosty – prawy sierpowy, ale w rundzie szóstej zaczęły się problemy. Talarek dwa razy celnie trafił „Norasa” prawym podbródkowym, po jednym z nich Dąbrowski wydawał się być „podłączony”, zwłaszcza, że pięściarz Silesii Boxing dorzucił jeszcze soczysty lewy sierpowy. Siódmą lepiej rozpoczął „Noras”, ale końcówka należała do walecznego i nieustępliwego 31-latka mieszkającego w Rudzie Śląskiej. W finałowej ósmej odsłonie Talarek dalej sukcesywnie dobierał się do gardy Dąbrowskiego, kilkakrotnie wystrzeliwując bezprośredni lewy sierpowy oraz skuteczny dziś w jego wykonaniu prawy podbródkowy. Wydawało się, że trzy ostatnie rundy powinny zostać zapisane na konto zawodnika ze Śląska. Po tej niezwykle emocjonującej walce sędziowie stosunkiem dwa do remisu (76-76, 77-76, 79-73) wypuntkowali na korzyść podopiecznego Andrzeja Gmitruka. Na uwagę zasługuje kuriozalny werdykt 79-73 ostatniego z sędziów, który w Brodnicy oglądał chyba inną walkę.

Michał Starbała (12-0, 3 KO) skrzyżował rękawice z twardym i nieustępliwym Bartłomiejem Grafką (11-16-1, 4 KO). Po sześciu rundach sędziowie jednogłośnie wypunktowali zwycięstwo warszawiaka (59-55 i dwukrotnie 59-56, 59-56), choć pojedynek na pewno nie był do jednej do bramki.”Azazel” przed walką pozytywnie wypowiadał się o swoim rywalu, wymieniając jego mocne strony. Powtarzał w mediach, że bilans w boksie nie gra żadnej roli. I miał rację. Starbała zaczął dosyć dobrze, bił sporo haków, ale Grafka, który kipiał agresją nie był mu dłużny. W pewnym momencie, gdy zawodnik grupy Silesia Boxing śmielej atakował i pojedynek był w półdystansie, Starbała nie stronił od klinczów. Z kolei ambitny Grafka przyśpieszył i mimo sporej dysproporcji umiejętności potrafił utrzeć nosa „Azazelowi”, z którego w końcowej fazie starcia uleciała cała energia.

Krzysztof Kosela (2-0, 1 KO) po małych perturbacjach jednak wystąpił podczas dzisiejszej gali w Brodnicy. Jego pojedynek z Jakubem Kozerą (0-4) nie trwał długo. Podopieczny Adama Jabłońskiego od początku przeważał w ringu. Kozera opuszczał ręce, tym samym narażał się na ataki mającego świetne warunki fizyczne Koseli. W drugiej odsłonie Kosela wystrzelił celny prawy prosty, którym położył na deski swojego przeciwnika. Po tym uderzeniu sędzia zdecydował się przerwać walkę.

W inauguracyjnym pojedynku gali Damian Mielewczyk (8-0, 7 KO) pokonał na dystansie sześciu rund Iona Barsana (2-4, 1 KO) i zaliczył kolejne zawodowe zwycięstwo. Werdykt sędziów był jednogłośny – dwaj z nich punktowali 60-54, jeden 59-55 – wszyscy na korzyść zawodnika Thunder Promotions. Podopieczny Krystiana Cieśnika od początku dyktował warunki w ringu. W trzeciej odsłonie był nawet bliski zakończenia pojedynku przed czasem, ale pogubił się po przypadkowym zderzeniu głowami, po którym pękł mu łuk brwiowy.

źródło: bokser.org

brodnica_gala