Tag Archives: Adam Balski

RADOMSKA „WOJNA DOMOWA” DLA PARZĘCZEWSKIEGO! UDANY REWANŻ WRZESIŃSKIEGO

wojna domowa

Robert Parzęczewski (22-1, 15 KO) udowadnia kolejnymi startami niedowiarkom, że należy go traktować bardzo poważnie. I przekonał się o tym boleśnie na własnej skórze Dariusz Sęk (28-5-3, 10 KO). Pierwsza runda wyrównana, z nieznaczną przewagą „Araba”, który szukał prawego na dół. W drugim starciu Robert znów zaatakował korpus, ale natychmiast poprawił krótkim prawym sierpem na brodę. Darek powstał na osiem, ale był zraniony. Za moment Parzęczewski znów go naruszył prawym w okolice skroni, a przewrócił lewym prostym. Wtedy było już oczywiste, że walka nie może wyjść poza drugą odsłonę. Leszek Jankowiak dał Darkowi na tyle szansę, na ile tylko mógł. Robert nie wypuścił okazji z rąk i efektownym prawym podbródkowym brutalnie zakończył ten pojedynek.

Damian Wrzesiński (16-1-2, 5 KO) wziął rewanż za porażki w czasach amatorskich oraz remis sprzed ośmiu miesięcy w gronie zawodowców i pokonując Michała Chudeckiego (11-3-2, 3 KO) do Mistrzostwa Polski wagi lekkiej dorzucił również Mistrzostwo Polski kategorii junior półśredniej. Obaj zaczęli z wielką ambicją, ale i trochę chaotycznie. W trzeciej rundzie przewagę zaczął zyskiwać „TNT”. Na początku czwartej trafił w wymianie ładnym prawym sierpem, lecz potem dwukrotnie się zagapił. W piątej odsłonie to dla odmiany „Wrzos” przeważał, lokując kilka mocnym bomb z obu rąk w półdystansie. Przez ponad dwie i pół minuty siódmego starcia między linami panował Michał, ale Damian trafił bezpośrednim prawym, dodatkowo Chudecki się poślizgnął i choć nie był to specjalnie mocny cios, sędzia nie miał wyboru i musiał liczyć. A Michał z wygranej rundy 10:9 spadł na 8:10 lub minimum 9:10. Ósma runda znów dla Damiana, jednak w dziewiątej dopadł go wyraźny kryzys i teraz to Michał doszedł do głosu. Jego ciosy miały większą wymowę. O wszystkim mogły więc zadecydować ostatnie trzy minuty. Były zażarta i ambitne po obu stronach, a sędziowie mieli twardy orzech do zgryzienia… A ci punktowali znów niejednomyślnie – 96:94 Wrzesiński, 96:93 Chudecki i 96:93 Wrzesiński.

Od kiedy Adam Balski (13-0, 8 KO) zamienił Piotra Wilczewskiego na Gusa Currena boksuje z walki na walkę coraz gorzej. tym razem został przeciągnięty po wygraną nad Siergiejem Radczenką (7-3, 2 KO), ale z ciekawego prospekta przemienił się w chaotycznego, coraz słabszego boksera. Od początku uwidoczniła się przewaga szybkości Polaka. Boksował zwodami, na które rywal reagował, i choć prawą ręką nie sięgał często głowy oponenta, to już lewym prostym pracował koncertowo. W trzeciej rundzie Radczenko trafił lewym sierpowym i choć cios ten nie zrobił na samym Adamie większego wrażenia, to pod prawym okiem pojawiła się opuchlizna. W czwartym starciu Radczenko trafił mocnym lewym sierpowym i zaczęło być nerwowo, ale Balski w kolejnej odsłonie odpowiedział prawym sierpowym, odzyskując kontrolę nad pojedynkiem. Gdy wydawało się, że wszystko już idzie w dobrą stronę, w szóstej rundzie walka znów się wyrównała, a Adam zainkasował znów lewy sierpowy. Po równej rundzie siódmej, na początku ósmej Ukrainiec skosił Polaka z nóg – ponownie lewym sierpowym. Balski był tak naprawdę znokautowany, ale jakimś cudem, ambicją i serduchem, dotrwał półprzytomny do ostatniego gongu. Sędziowie punktowali 76:75, 76:75 i 76:75 – wszyscy zgodnie na korzyść Balskiego.

To nie był pokaz wielkiego boksu. Konsekwentny i nieźle poukładany Łukasz Wierzbicki (17-0, 6 KO) ograł do jednej bramki Twahę Kiduku (13-4-1, 7 KO), ale publiczności na pewno nie porwał. Pojedynek toczył się od początku w jednym scenariuszu. Łukasz boksował bezpiecznie dla siebie, dobrą pracą nóg unikał sporadycznych prób rywala prawą ręką, dobierał akcje tak, by nie ryzykował, ale zbierał małe punkty i wygrywał rundę po rundzie. Konsekwentnie bił lewym na korpus i unikał prawych sierpów Tanzańczyka. Co prawda od czwartej rundy boksował z mocno zapuchniętym prawym okiem, ale Kiduku nie potrafił dobrać się mu do skóry. W narożniku Gus Curren próbował pobudzić swojego podopiecznego. – Miałeś cięższe sparingi niż to – krzyczał. Ale Łukasz konsekwentnie boksował swoje. Z jednej strony oglądaliśmy bardzo nudny pojedynek, a z drugiej – jeśli szukać plusów. Wierzbicki jest bardzo niewygodnym i trudnym przeciwnikiem. Po ostatnim gongu sędziowie i tak byli łaskawi dla przyjezdnego zawodnika, punktując wygraną Polaka 97:93, 97:93 i 99:91. Tym samym Wierzbicki obronił pas Międzynarodowego Mistrza Polski wagi półśredniej.

Mikołaj Wowk (15-3, 9 KO) zanotował największy sukces w karierze, pokonując na punkty twardego, dzielnego, ale zbyt małego na jego tle Michała Żeromińskiego (13-5-1, 1 KO). Już pierwsza runda rozgrzała widownię po tym, co wcześniej pokazali Wierzbicki z Kiduku. Wowk poczęstował od razu rywala prawym podbródkowym. Żeromiński zrewanżował się mu dwoma prawymi sierpami i kilkoma hakami na korpus, ale na koniec rundy zainkasował jeszcze lewy sierp. Szczelnie zakryty Michał w drugiej odsłonie zyskał nieznaczną przewagę, wywierając sprytny pressing i dobierając mądrze swoje akcje. Pięściarz z Radomia dobrze zaczął trzecie starcie, ale od mniej więcej połowy Wowk pozwolił swoim rękom pracować, wyrzucał ciosy z luzu, ponawiał akcje i na pewno to on wygrał ten odcinek 10:9. Czystych ciosów w rundzie czwartej było pewnie po równo, ale to uderzenia Ukraińca miały większą wymowę. Kolejne minuty również dla większego i silniejszego fizycznie Wowka, jednak Żeromiński w końcówce szóstego starcia wrócił do gry i zaczął trafiać. Kolejna odsłona jeszcze bardziej wyrównana, lecz wciąż na korzyść Wowka. Michał do końca dzielnie walczył, by odwrócić losy tej potyczki, ale nie za samo serce punktujemy walki. Zostawił po sobie jak zwykle dobre wrażenie, lecz był groszy od dużo większego rywala. Sędziowie punktowali 78:74, 77:75 i 78:74 – wszyscy na korzyść Wowka.

W pierwszym rozdziale „Wojny Domowej” Kamil Młodziński (11-2-4, 6 KO) pokonał niezwyciężonego dotąd Rafała Grabowskiego (4-1, 1 KO). Od początku obaj ostro zabrali się do pracy, niestety już w pierwszej rundzie po przypadkowym zderzeniu głowami pękła lewa powieka Kamila. W trzeciej odsłonie Rafał zachwiał przeciwnikiem prawym sierpowym w okolice ucha, lecz ten wrócił w czwartej dobrą pracą nóg i konsekwentnie bitym lewym hakiem pod prawy łokieć. Na półmetku jakby więcej sił miał Młodziński, który bił może i słabiej, bez takiego wyrazu, lecz składał swoje ciosy w kombinacje 3-4 uderzeń. Grabowski niby wywierał presję, ale jego ciosy często pruły powietrze. Obaj podkręcili tempo w siódmym starciu, wymieniając ciosy w półdystansie. Ostatnie trzy minuty, jak cała walka, wyrównane i zażarte, choć z nieznaczną przewagą lepiej poukładanego Młodzińskiego. O dziwo jednak sędziowie byli niejednomyślni, punktując 78:74 Grabowski, 77:75 Młodziński i 77:75 Młodziński.

źródło: bokser.org

CENNE ZWYCIĘSTWA PODCZAS GALI PBN W CZĘSTOCHOWIE. ADAMEK, MASTERNAK, BALSKI…

pbn_2018

Tomasz Adamek (53-5, 31 KO), były mistrz świata dwóch kategorii, po wielkim spektaklu zastopował w walce wieczoru gali Polsat Boxing Night w Częstochowie, groźnego i silnego jak tur Joeya Abella (34-10, 32 KO). O dziwo Amerykanin nie zaatakował od początku, tylko polował i wciągał „Górala” na jakąś kontrę. Tomek był jednak szybki i w pierwszej rundzie bił tylko na korpus. W drugim starciu obaj poszli na otwarte wymiany. W pewnym momencie obaj wyszli z lewym sierpem. Trafił Tomek, ale rywal nie zmrużył nawet oka. Wydawało się, że przewaga fizyczna będzie ogromna, ale kiedy Adamek kilkanaście sekund później huknął prawym krzyżowym, Abell padł na deski. Był ranny, lecz w myśl zasady, że najlepszą obroną jest atak, ruszył na Tomka. Runda 10:8. W trzeciej Abell odzyskał siły i zaczął spychać „Górala” na liny, polując tam strasznymi sierpami. Adamek oddał inicjatywę, lecz w samej końcówce trafił prawym hakiem na szczękę i było znów blisko liczenia. Obaj chodzili po polu minowym i jeden z nich musiał prędzej czy później zostać wysadzonym przy takim stylu. Wojownik z Gilowic niemal całą czwartą rundę punktował osiłka z Minnesoty, lecz w samej końcówce zagapił się i był lekko naruszony po jednym z sierpów oponenta. Runda piąta kapitalna! Poderwała całą salę w Częstochowie na równe nogi. Obaj ładowali w siebie bombami. Na jeden strzał Abella, Adamek odpowiadał pięcioma-sześcioma swoimi. Obaj byli na skraju, choć w większych tarapatach, przynajmniej trzy razy, był Amerykanin. W szóstym starciu trwał popis Adamka. Najpierw wyprowadził długą serię na górę, na twardą jak skała głowę przeciwnika, a gdy ten podniósł ręce, strzelił prawym na splot, po raz drugi posyłając Abella na matę ringu. Joey powstał na dziewięć, zebrał jeszcze sporo na górę, ale dotrwał do zbawiennej przerwy. Po niej trwał napór „Górala”. Polak złapał przeciwnika przy linach, tam zasypał ciosami i Abell znów był liczony. Demolka trwała, ładował w Abella jak w worek treningowy, aż w końcu – pół minuty przed końcem siódmej odsłony, złamał w końcu tego kolosa. Gdy Amerykanin padł znów na deski, tym razem sędzia już nawet nie liczył i od razu zastopował walkę.

Zemsta jest słodka! Mateusz Masternak (41-4, 28 KO) aż cztery lata musiał czekać na rewanż z Youri Kalengą (23-5, 16 KO) za porażkę niejednogłośnie na punkty. Dziś wrocławianin dał popis, zrewanżował się Francuzowi i zdobył przy okazji pas WBO European kategorii junior ciężkiej. „Byk” w swoim stylu szukał obszernych, za to bardzo mocnych sierpów. Mateusz zbierał je jednak na blok bądź przepuszczał, samemu kontrolując walkę lewym prostym. W drugiej rundzie dwukrotnie trafił lewym hakiem na szczękę. Kalenga ostrzej zaatakował w trzecim starciu, ale „Master” ostudził jego zapały świetnym prawym krzyżowym na szczękę. Niemal każdy by padł po takiej bombie, ale nie „El Toro”. Bardziej cierpiał chwilę potem, gdy Mateusz zamarkował cios na górę, by strzelić lewym hakiem pod prawy łokieć. Masternak dał popisową rundę piątą. Najpierw uśpił czujność rywala kilkunastoma lewymi prostymi, by nagle zdzielić go prawym sierpem. Za moment powtórka z rozrywki, tylko tym razem po lewym prostym poszedł potężny prawy krzyżowy. Kalenga „zatańczył”, ale Mateusz tego chyba nie zauważył. Inna sprawa, że do przerwy jeszcze kilka razy głowa Francuza odbiła się od pleców. To były najlepsze trzy minuty Masternaka od kilku lat. Coraz bardziej porozbijany Kalenga w szóstym starciu rzucał co jakiś czas rozpaczliwe sierpy, które jednak mijały cel o kilkadziesiąt centymetrów. A Mateusz rozbijał go konsekwentnie bitym jabem. Gdy zabrzmiał gong na siódmą rundę, Kalenga pozostał w narożniku, a Mateusz wpadł w objęcia Zygmunta Gosiewskiego, Piotra Wilczewskiego i Piotra Wojnowskiego. Można? Można! Master is back!

Adam Balski (12-0, 8 KO) zdał najtrudniejszy test w karierze, pokonując cenionego w świecie boksu Denisa Graczewa (16-7-1, 9 KO). Przez większą część pierwszej rundy działo się mało, ale pół minuty przed końcem przyspieszył, wydłużył kombinację i na pewno wygrał ten odcinek 10:9. Adam był dynamiczny, szybko bił, choć doświadczony Rosjanin sprytnie się bronił, a momentami próbował przejąć inicjatywę. Druga odsłona również dla Adama. Wrażenie robiła jego szybkość, choć brakowało czystych ciosów. W końcówce trzeciego starcia Polak trafił mocnym prawym sierpowym, poprawił od razu lewym, lecz na twardym Rosjaninie nie zrobiło to większego wrażenia. Schowany Graczew na starcie czwartej rundy zaskoczył pięściarza z Kalisza dwoma prawymi sierpami. Zaczął wywierać pressing i coraz częściej spychał Balskiego na liny. Nasz rodak odżył w piątej rundzie. Punktował lewym, a w końcówce w krótkim zwarciu to jego cios doszedł do celu. Rozochocony podkręcił tempo po przerwie, trafił kilkoma bombami lecz ktoś taki jak Graczew już nie takie ciosy przyjmował w przeszłości. Nie panikował więc i konsekwentnie robił swoje. W siódmej rundzie Adama złapał chyba lekki kryzys, bo przechodził praktycznie trzy minuty, za to od początku ósmej nacierał ostro na Rosjanina i złapał go kilkoma efektownymi uderzeniami z obu rąk. Na finiszu Balski postawił sobie za cel przełamanie rywala. Władował w niego wszystko co ma, ale nie złamał. Wygrał za to na kartach sędziów – 97:93, 97:93 i 99:91. Zdany test.

Po blisko trzyletniej przerwie Damian Jonak (40-0-1, 21 KO) pokonał Marcosa Jesusa Cornejo (19-2, 18 KO). Damian już pod koniec pierwszej minuty trafił mocnym lewym sierpowym, ale nie wyczuwał jeszcze trochę dystansu i większość jego ciosów pruło powietrze. Z każdą minutą jednak łapał swój rytm i w kocówce drugiego starcia dwukrotnie przewrócił przeciwnika – najpierw lewym hakiem na czoło, a potem prawym sierpowym przy linach. Gdy sędzia Gortat kończył drugie liczenie, zabrzmiał zbawienny gong dla Argentyńczyka. W trzeciej rundzie Damian skoncentrował się na ciosach po dole, za to w czwartej znów polował na głowę przeciwnika. Trafił fajnym prawym podbródkiem, ale nie ponowił akcji i dał rywalowi wyjść z opresji. Trochę nieskoordynowany, momentami chaotyczny Argentyńczyk, w ataku nie był groźny, ale pozostawał nieustannie w ruchu i był trudnym punktem do trafienia. Na początku ostatnie, ósmej odsłony, Damian trafił prawym sierpowym, ale zamiast ponowić akcję, z grymasem bólu cofnął się, a potem boksował już lewą ręką. Po ostatnim gongu sędziowie nie mogli mieć wątpliwości i zgodnie wskazali na Jonaka w stosunku 80:70.

Ewa Brodnicka (15-0, 2 KO) pokonała Sarah Pucek (8-3-1, 1 KO) i po raz pierwszy obroniła tytuł mistrzyni świata federacji WBO kategorii super piórkowej, czy też jak kto woli junior lekkiej. Polka od początku narzuciła swój styl i pressingiem spychała rywalkę na liny. Pretendentka była nieźle wyszkolona, czasami ładnie skontrowała, ale przegrała ten pojedynek mentalnie. Miała dobrą czwartą rundę, lecz pozostałe należały już do Polki. Po ostatnim gongu sędziowie punktowali na korzyść Brodnickiej 100:90, 97:93 i 99:91.

Robert Parzęczewski (20-1, 13 KO) nie przegrywa u siebie w Częstochowie. Dziś o sile jego ciosów na własnej skórze przekonał się Tim Cronin (11-2-1, 2 KO). „Arab” rozpoczął walkę mocnym prawym na korpus i lewym prostym. W połowie pierwszej rundy strzelił w tempo lewym prostym na punkt i nawet takim ciosem naruszył przeciwnikiem, który przyklęknął i dał się policzyć do ośmiu. Nie był to jednak ciężki nokdaun i mistrz Kanady szybko się otrząsnął. Na początku drugiej odsłony miejscowy pięściarz trochę stracił rytm, ale w drugiej połowie wszystko wróciło do normy. Jeszcze przed przerwą strzelił mocnym lewym sierpowym, po którym przeciwnik aż poleciał na liny. Drugi nokdaun nastąpił pół minuty przed końcem trzeciego starcia. Robert wyczekał odpowiedni moment i huknął lewym sierpowym. Zanim jednak sędzia doliczył do ośmiu, do gongu pozostało już niewiele czasu i nie udało się dobić zranionej ofiary. Kolejne trzy minuty to dalsze męczarnie Kanadyjczyka, choć trzeba przyznać, że dzielnie zbierał cięgi i dalej próbował czymś odpowiedzieć. W piątej rundzie tempo nieco spadło, ale Robert cały czas miał wszystko pod kontrolą. Pół minuty przed końcem sędzia Jankowiak zatrzymał potyczkę. Robert wstrząsnął rywalem lewym sierpowym, potem przebił jego gardę prawym i Cronin po raz trzeci wylądował na deskach. I choć do końca pozostawało już niewiele czasu, Kanadyjczyk nie miał ochoty na kontynuowanie pojedynku.

Porozbijany, zakrwawiony Łukasz Wierzbicki (16-0, 6 KO) po raz drugi pokonał Michała Żeromińskiego (13-4-1, 1 KO) i obronił tytuł Mistrza Polski w wadze półśredniej. Lepiej zaczął Łukasz, który najpierw zahaczył czoło rywala krótkim prawym sierpem, a potem poprawił lewym krzyżowym. Michał nacierał, lecz dynamiczny Wierzbicki bił z kontry i studził jego zapały. W drugiej rundzie Wierzbicki bił mocniej, ale Żeromiński ambitnie starał się cały czas odpowiadać. Rozgorzała wojna. Łukasz schodził do narożnika obficie krwawiąc z obu łuków brwiowych. A Michał poczuł tą krew i od początku trzeciego starcia jeszcze bardziej podkręcił tempo. „Maska krwi” – krzyczał rozemocjonowany Grzegorz Proksa, komentujący ten krwawy bój. W narożniku Tomasz Skarżyński robił co mógł, ale krew lała się strumieniami. W kolejnych minutach trwała wojna na wyniszczenie. Padały ciężkie ciosy, ale żaden z nich nie robił kroku w tył. Piąta runda to jedna z najlepszych rund na polskim ringu zawodowym. Początkowo Michał trafiał prawym krzyżowym, w końcówce Łukasz strzelił sierpem. Pod Żeromińskim ugięły się nogi, ale już dwie sekundy później znów nacierał. Cóż za wojna… Szóste i siódme starcie równe, ale z nieznaczną przewagą Michała. W ósmej swój rytm odnalazł znów Łukasz i tym prawym jabem kontrolował poczynania w ringu. Ostatnie sześć minut to polowanie Żeromińskiego na mocny cios, którym mógłby odwrócić losy meczu, jednak Wierzbicki świetnie pracował nogami. Na minutę przed końcem Łukasz skontrował krótkim prawym sierpowym na brodę. Pod Michałem ugięły się nogi, ale oczywiście po kilkusekundowym kryzysie znów nacierał. Gdy zabrzmiał ostatni gong obaj pięściarze otrzymali zasłużone, gromkie brawa od publiczności zgromadzonej w częstochowskiej hali. Sędziowie byli jednomyślni, punktując 96:94, 96:94 i 98:92 – wszyscy na korzyść Wierzbickiego.

W pierwszej walce gali, po bardzo dobrym spektaklu, Michał Chudecki (11-2-2, 3 KO) i Damian Wrzesiński (13-1-2, 5 KO) zaboksowali na remis. I dobrze, bo obaj zostawili dziś między linami sporo serca i zdrowia. Od początku obaj „koledzy” z Poznania ostro na siebie ruszyli. Momentami walka była chaotyczna, ale niezwykle zażarta i obfitująca w nieustanne wymiany. Pierwsze dwie rundy równe, z nieznaczna chyba przewagą lepiej poukładanego „TNT”. W trzeciej do głosu doszedł „Wrzos”, trafiając dwukrotnie lewym sierpowym. W czwartej odsłonie przez ponad dwie minuty Michał ogrywał przeciwnika nogami, ale Damian zrewanżował się mu znów dwoma, tym razem naprawdę mocnymi lewymi sierpami. W połowie piątego starcia po przypadkowym zderzeniu głowami obaj zaczęli mocno krwawić. W samej końcówce Chudecki zranił przeciwnika lewym krzyżowym na szczękę. Kolejne trzy minuty niezwykle zażarte i trudno było wskazać na tym odcinku lepszego zawodnika. Kondycja miała być atutem Wrzesińskiego, ale to Chudecki był aktywniejszy w siódmej rundzie. W ostatniej Damian wziął się na sposób. Zamiast bić lewym, markował tylko ten cios, przepuszczał atak rywala i wciągał go na bezpośredni prawy. Szkoda, że tak późno, bo ten cios wchodził. Gdy zabrzmiał ostatni gong, obaj podnieśli ręce na znak zwycięstwa. A jak widzieli to sędziowie? Byli niejednomyślni, punktując 77:76 Wrzesiński, 77:75 Chudecki i 76:76. A więc remis!

źródło: bokser.org

pbn_big

TOMASZ ADAMEK NADAL ZWYCIĘSKI. CIEKAWA GALA W CZĘSTOCHOWIE

adamek_kassi

W głównej walce wieczoru „Noc Wojowników” w Częstochowie Tomasz Adamek (52-5, 30 KO) pokonał po ciekawym spektaklu Freda Kassiego (18-7-1, 10 KO). Choć „Góral” był wczoraj podczas ważenia cięższy o 8,5 kilograma, początkowo uwidoczniła się jego przewaga szybkości.

Kameruńczyk był trudny do trafienia na górę, więc wywierający pressing Polak rozpoczynał niemal każdą akcję od ataku na tułów. W połowie drugiej rundy zawodnicy zderzyli się głowami i twarz Tomka zalała krew, na szczęście było to rozcięcie czoła i cutman Tomasz Skarżyński wykonał dobrze swoją robotę. W trzecim starciu Tomek atakował jeszcze agresywniej. Brakowało może soczystej bomby na szczękę, ale było wiele uderzeń na korpus, jakie niewątpliwie osłabiają zawodnika w dalszej fazie potyczki. W połowie czwartej odsłony to Kassi przeszedł do kontrofensywy i zaskoczył naszego mistrza kilkoma sierpami przy linach. Oczywiście bez większych konsekwencji, bo Tomek przyjmował bez zmrużenia oka dożo cięższe ciosy. W piątej rundzie między linami wywiązała się naprawdę interesująca bitka, zaś na początku szóstej po kolejnym zderzeniu głowami tym razem to Kassiemu otworzyła się rana na twarzy. Adamek poczuł tę krew i zasypał Kameruńczyka swoimi kombinacjami, podrywając kibiców do jeszcze głośniejszego dopingu. W pewnym momencie Kassi skontrował bezpośrednim prawym, ale Tomek natychmiast odpowiedział lewym sierpowym z doskoku i ostudził jego zapędy. W siódmym starciu Adamek wrócił do lewego prostego bitego niczym z automatu. Szachował w ten sposób rywala, a gdy ten podnosił ręce, były mistrz świata dwóch kategorii od razu szukał jego tułowia i splotu słonecznego. Po słabszej rundzie ósmej, Kassi wrócił dobrą dziewiątą, kiedy udało mu się złapać Polaka kilkoma kontrami. Adamek dla odmiany świetnie rozegrał ostatnie starcie. Najpierw trafił lewym sierpowym, potem w kombinacji prawy na dół-lewy sierp na górę poprawił raz jeszcze i ruszył do ataku, by przypieczętować swoją wygraną. Szkoda, że nie miał jeszcze rundy więcej, ale i tak dał dobre widowisko na tle trudnego, niewygodnego przeciwnika. Sędziowie jednogłośnie opowiedzieli się za „Góralem”, punktując na jego korzyść 97:93, 96:94 i 96:94.

Adam Balski (11-0, 8 KO) pokonał Demetriusa Banksa (9-3, 4 KO), choć po ostatnich bardzo efektownych startach, dziś z pewnością zaboksował trochę poniżej oczekiwań. Ale… były ku temu powody. Poważna kontuzja, jakiej nabawił się już na samym początku walki. Adam boksował dużo zwodami. Oszukiwał, markował ciosy prawą, kontrolując w pierwszej rundzie walkę lewym prostym. Podobny przebieg miała też druga odsłona. Amerykanin koncentrował się przede wszystkim na tym, by nie dać się czysto trafić, kiedy więc wyszedł agresywniej do trzeciej rundy, zaskoczył Polaka prawym sierpem bitym po wyjściu ze zwarcia. Po nerwowym i chaotycznym trzecim starciu, w czwartym Balski w końcu uspokoił swój boks, wrócił do jabu, ustawiał sobie nim przeciwnika, czym otworzył również furtkę do innych akcji. W połowie złap Banksa mocnym prawym krzyżowym i posłał na deski, ale gdy po liczeniu do ośmiu chciał dobić zranioną zwierzynę, trafił w okolice biodra, Amerykanin sprytnie zasymulował cios poniżej pasa i sam sobie dał ponad minutę na dojście do siebie. Niewygodny, „śliski” rywal przetrwał również piąte starcie. W ofensywie robił mało, lecz w obronie był trudny do trafienia, nieustannie balansował i nie łapał mocnych uderzeń. Podobny, niemrawy przebieg miały rundy sześć i siedem. Adam zbierał małe punkciki, ale nie lśnił tak jak wcześniej. Obaj podjęli w końcu bardziej otwarte wymiany w ostatnich trzech minutach, w których pięściarz z Kalisza potwierdził swoją przewagę. Ale debiut z trenerem Currenem na pewno nie wypadł okazale. Sędziowie nie mogli mieć wątpliwości i jednogłośnie opowiedzieli się za Balskim, punktując na jego korzyść 80:70, 80:71 i 79:72.

Michał Żeromiński (13-3-1, 1 KO) i Łukasz Wierzbicki (14-0, 6 KO) dali kawał dobrego boksu. Po zażartych i stojących na wysokim poziomie dziesięciu rundach niejednogłośną decyzją sędziów zwyciężył pięściarz ze Zgorzelca, zdobywając wakujący tytuł Mistrza Polski wagi półśredniej. Tuż po pierwszym gongu „Żeroma” ruszył do przodu, a zgodnie z przypuszczeniami Łukasz usiadł na nodze zakrocznej, boksując z kontry i skupiając się na mocnej bombie z lewej ręki. I takim lewym krzyżowym trafił czysto na starcie drugiego starcia. To był dobry odcinek dla Łukasza, który uruchomił nogi i na wstecznym poruszał się szybciej niż podążający za nim pięściarz z Radomia. W połowie trzeciej odsłony Wierzbicki huknął lewym krzyżowym. Pod Żeromińskim ugięły się nogi, ale ustał i obyło się bez liczenia oraz straty punktu. Michał przeżywał trudne momenty, lecz zawsze znany był z wielkiego serducha do walki i jeszcze przed gongiem na przerwę złapał przeciwnika przy linach krótką serią. W czwartej rundzie trwał jego napór i obraz pojedynku zaczął się wyrównywać. Na starcie piątego starcia Łukasz uderzył dla odmiany lewym hakiem pod prawy łokieć w okolice wątroby. Michał aż zgiął się wpół, ale i tym razem zagryzł zęby, przetrzymał kryzys i znów podgonił na samym finiszu, trafiając mocno bezpośrednim prawym. Emocje rosły. Podopieczny Piotra Wilczewskiego wrzucił piąty bieg w szóstej odsłonie i była to pierwsza runda na pewno wygrana przez niego. Czas działał więc na jego korzyść. Przez dwie pierwsze minuty siódmej rundy Łukasz radził sobie dobrze, ale w trzeciej znów ostro finiszował Michał, spychając silniejszego w ciosie, ale niekoniecznie silniejszego fizycznie rywala do odwrotu. Identyczny scenariusz i przebieg miały kolejne trzy minuty. Bardziej wyrównana była już dziewiąta odsłona. Wierzbicki wciąż boksował na wstecznym, natomiast jego kontry znów zaczęły dochodzić do celu. O wszystkim miała więc zadecydować ostatnia runda. Dwie minuty zażarte, ale na samym finiszu to nieoczekiwanie Żeromiński wcielił się w rolę kontr-boksera, co poskutkowało dwoma celnymi ciosami – lewym sierpem i prawym prostym. Po ostatnim gongu obaj z niecierpliwością czekali na werdykt. Sędziowie punktowali 97:93 Żeromiński, 96:95 Wierzbicki oraz 96:94 Wierzbicki. Tak więc stosunkiem głosów dwa do jednego wskazano na Łukasza.

Robert Parzęczewski (18-1, 11 KO) łatwo uporał się na swoim podwórku ze słabszym fizycznie Saidem Mbelwą (43-25-5, 28 KO). Ulubieniec miejscowej publiczności szybko trafił Tanzańczyka mocnym prawym krzyżowym. Ten od razu wycofał się na liny i schował za podwójną gardą, więc „Arab” w pierwszej rundzie koncentrował się przede wszystkim na ciosach na korpus. W drugiej obraz potyczki się nie zmieniał, więc podopieczny Grzegorza Krawczyka pozwolił momentami zaatakować również przeciwnikowi, polując na kontrę z prawej ręki po odchyleniu. Na trzy próby jedna taka akcja się powiodła, lecz Mbelwa wyszedł i z tej opresji. Parzęczewski zrozumiał jednak, że właśnie to jest klucz do sukcesu. Po minucie trzeciej rundy znów tego spróbował, trafił na punkt na brodę i złamał w końcu rywala. Ten powstał na osiem, lecz za moment po krótkim prawym sierpowym zapoznał się z matą ringu po raz drugi. Sędzia Molenda puścił jeszcze walkę, jednak po kolejnej bombie – tym razem lewym sierpie bitym przez gardę, wkroczył do akcji i zastopował dalszą rywalizację w obawie przed ciężkim nokautem. I słusznie, bo choć Mbelwa protestował, to ewidentnie chwiał się na nogach i mógł skończyć w dużo gorszym stanie.

Pod koniec września Kamil Młodziński (8-2-4, 5 KO) oraz Michał Leśniak (7-1-1, 2 KO) stworzyli świetne widowisko. Nie inaczej było i tym razem, choć dziś nie wyłoniono zwycięzcy. A szkoda, bo w stawce był wakujący tytuł Mistrza Polski kategorii junior półśredniej. Tak jak w pierwszej walce, obaj panowie od razu zaczęli wymieniać potężne ciosy. Ani jeden, ani drugi, nie robił kroku wstecz. W połowie drugiej rundy Kamil trafił w wymianie czysto prawym sierpowym na szczękę, ale „Szczupak” po kilkusekundowym kryzysie powrócił do gry. Kibice mogli zacierać ręce, a w najtrudniejszej sytuacji byli sędziowie punktowi, ponieważ gdy jeden trafiał, niemal natychmiast drugi odpowiadał. To była walka godna tytułu Mistrza Polski i tak dużej gali. Gdy obaj schodzili do narożników na półmetku, ciężko oddychali i jasne było, że szalone dotąd tempo musi nieco spaść, a wygra niekoniecznie lepszy bokser, za to ten, który będzie bardziej chciał i który przezwycięży kryzys. W siódmym starciu Leśniak złapał jakby drugi oddech. Bił lżej, za to z luzu i seriami. Młodziński motywowany przez swój narożnik wrócił do gry i końcówka znów dramatyczna, pełna spięć, akcja za akcję. Gdy zabrzmiał ostatni gong, obaj podnieśli ręce w geście triumfu i dostali zasłużone brawa. Sędziowie punktowali niejednogłośnie – 96:94 Młodziński, 97:93 Leśniak i 95:95 – remis! Tak więc trwa bezkrólewie na naszym podwórku w limicie 63,5 kg. A my czekamy na trylogię!

Mateusz Rzadkosz (6-0-1, 2 KO) musiał półtora roku czekać na rewanż z Tomaszem Gromadzkim (5-1-1, 1 KO) za remis z lutego ubiegłego roku. Po pierwszej potyczce czuł się pokrzywdzony i chciał udowodnić, że jest lepszy niż „Zadyma”. I udowodnił. Początek dla Tomka, który zaskoczył przeciwnika prawym sierpowym. Ten jednak odpowiedział mu pod koniec pierwszej rundy prawym podbródkowym. W drugiej odsłonie Rzadkosz przejął inicjatywę, trafiając mocnym lewym sierpowym oraz bezpośrednim prawym z kontry. W trzeciej i czwartej rundzie teoretycznie obraz walki był wyrównany, jednak lepiej poukładany Rzadkosz przepuszczał większość akcji i choć niezbyt mocno, to celnie karcił rywala z defensywy, szczególnie dobrym prawym podbródkiem bitym w tempo. Na półmetku wygrał na pewno trzy rundy – drugą, trzecią i czwartą. Pierwsza mogła pójść w stronę Tomka. Powiększający przewagę Mateusz efektownie skończył pojedynek w piątym starciu. Wyprowadził na środku ringu kombinację dziewięciu ciosów na górę, którą zakończył dziesiątym na dół – lewym hakiem na wątrobę. Gromadzki z grymasem bólu padł na matę, zwinął się, ale zdołał powstać na osiem. Kiedy jednak sędzia Grzegorz Molenda spytał go, czy chce kontynuować potyczkę, pokręcił głową i został poddany.

Zaczęło się świetnie, skończyło zbyt szybko i trochę pechowo. Naprzeciw siebie stanęli Damian Wrzesiński (12-1-1, 5 KO) oraz Marek Laskowski (9-8-2, 1 KO). Faworyzowany „Wrzos” w pierwszej rundzie dwukrotnie zaskoczył przeciwnika mocnym lewym sierpowym. W drugiej, gdy Marek już chronił się przed lewą ręką Damiana, ten zaczął polować prawym sierpowym. I pod koniec drugiej odsłony przy jednym z takich ciosów doszło do przypadkowego zderzenia głowami. Pękł łuk brwiowy Laskowskiego i po konsultacji z lekarzem pojedynek przerwano. A jako iż nie wyszedł on poza czwartą rundę, walkę uznano za nieodbytą. Szkoda, bo fajnie się to wszystko oglądało i zapowiadało…

źródło: bokser.org
adamek_kassi_big

UDANE POWROTY ADAMKA I GŁOWACKIEGO W GDAŃSKU. MASTERNAK Z SILLAKHEM DALI WIDOWISKO

pbn7

Szybki Tomasz Adamek (51-5, 30 KO) w głównej walce wieczoru gali Polsat Boxing Night VII w Gdańsku pokonał w dobrym stylu Solomona Haumono (24-4-2, 21 KO). „Góral” dobrze wszedł w ten pojedynek. Od początku widać było sporą różnicę w szybkości na jego korzyść na tle zapewne silniejszego fizycznie rywala. Przepuszczał pojedyncze bomby, kontrował lewym prostym, często szukając również miejsca na korpusie Australijczyka. W drugiej rundzie złapał go piękną kontrą w tempo prawym krzyżowym, ale gdy poczuł się zbyt pewny swego, w samej końcówce dał się zaskoczyć dosyć obszernym prawym. Na szczęście w takich sytuacjach najczęściej Tomka ratował betonowa szczęka. W trzecim starciu Tomek chyba wiedział już, że nie taki diabeł straszny, bo coraz częściej wchodził z nim w wymiany, korzystając z tego, że niemal za każdym razem był o ułamek sekundy szybszy. Czasem zdarzyło się, że „Góral” nie zdążył się przed czymś uchylić, ale na jedną taką akcję odpowiadał dziesięcioma swoimi. Trzeba jednak przy tym dodać, że silny niczym tur Australijczyk przyjmował wszystko bez zmrużenia oka. W szóstej rundzie świetna kombinacja Adamka, który po dwóch hakach na korpus wystrzelił prawym i lewym sierpem na górę. W ósmej już bawił się z prącym nieustannie do przodu, za to coraz wolniejszym Haumono. Wchodziło prawie wszystko, jednak bezradny boksersko Solomon wydawał się niezniszczalny. Taki sam scenariusz miała dziewiąta runda. Na samym finiszu „Góral” podkręcił jeszcze tempo, uderzył mocnym lewym sierpem na szczękę, jednak nie udało się mu zatopić Haumono. Po ostatnim gongu sędziowie nie mogli mieć wątpliwości – 99:91, 99:91 i 100:90, wszyscy na korzyść Tomka.

Po utracie pasa mistrza świata, kontuzji i długiej rehabilitacji, przed momentem zwycięstwem przed czasem wrócił Krzysztof Głowacki (27-1, 17 KO). Ofiarą jego ciężkich ciosów padł niezwyciężony do dzisiaj Hizni Altunkaya (29-1, 17 KO). Naładowany „Główka” wyszedł jak po swoje. Rozpoczął od razu agresywnie, bijąc lewym hakiem w okolice wątroby. W połowie rundy dla odmiany huknął lewym sierpem, naruszając mocno przeciwnika. Ale obyło się bez nokdaunu. Napór Polaka nie malał o w połowie drugiej odsłony po lewym sierpowym w narożniku wstrząśnięty Niemiec przyklęknął, dając sobie czas na dojście do siebie. To był dobry pomysł, bo wybił tym trochę Krzyśka z rytmu i znów dotrwał do zbawiennej przerwy. W trzecim starciu trwał napór pięściarza z Wałcza, który szczelnie zasłoniętego i trochę przestraszonego oponenta musiał konsekwentnie rozbijać najpierw ciosami na dół. I tak mijały kolejne minuty, gdyż Altunkaya w ogóle nie podejmował rękawicy, a jedynie chronił się i marzył o ostatnim gongu. Na pół minuty przed końcem piątego starcia podopieczny Fiodora Łapina trafił przy linach mocnym lewym sierpowym na górę, posyłając rywala na deski po raz drugi w walce. Po liczeniu do ośmiu poprawił natychmiast dla odmiany prawym sierpem, fundując mu trzecie spotkanie z deskami. Altunkaya znów dotrwał do przerwy, jednak gdy zabrzmiał gong na szóstą odsłonę, poddał się. Był już rozbity, a nokaut wydawał się już tylko kwestią czasu.

Dwóch świetnych zawodników światowej czołówki naprzeciw siebie, obaj zakrwawieni, obaj liczeni, a wszystko zakończone zwycięstwem Mateusza Masternaka (39-4, 26 KO). Ale Ismail Sillakh (25-4, 19 KO) postawił dziś naprawdę wysoko poprzeczkę. Na początku zgodnie ze scenariuszem – Mateusz skracał dystans, wywierał pressing, bił na korpus, zaś Ukrainiec świetnie tańczył na nogach i wydłużał odległości. Po przerwie Sillakh podjął bardziej otwarte akcje, zmieniał pozycje z normalnej na mańkuta, w jeszcze w końcówce tej drugiej rundy Polakowi pękł lewy łuk brwiowy i mocno krwawił. Wtedy do pracy wziął się Piotr Wilczewski – w poprzednich walkach trener Balskiego i Brodnickiej, teraz cutman „Mastera”. A Andrzej Gmitruk podpowiadał – Bij na klatkę piersiową, bo on się odchyla. Trzecia odsłona dla Sillakha. Najpierw wstrząsnął Mateuszem prawym sierpem, a za moment poprawił prawym podbródkiem. Polak zachwiał się w obu przypadkach, lecz szybko starał się odpowiedzieć w myśl zasady, że najlepszą obroną jest atak. Tuż przed przerwą Polak w końcu trafił mocnym ciosem – prawym krzyżowym. I na samym początku czwartego starcia ponowił taką samą akcją, posyłając Sillakha na deski i rozcinając mu skórę pod okiem. Po liczeniu do ośmiu Mateusz poprawił jeszcze jednym długim prawym. Ukrainiec „zatańczył”, jednak ustał tę bombę. Potem na wstecznym biegu uciekał i robił to na tyle skutecznie, że przetrwał najtrudniejsze chwile. W piątej rundzie Polak dodał do arsenału skuteczny na tym etapie lewy prosty. Teraz to on dyktował warunki, nadawał tempo oraz ustalał dystans. Na samym finiszu trafił lewym sierpowym, poprawił nieczystym prawym i gdyby nie gong, być może udałoby się to wszystko skończyć. W szóstym starciu nieoczekiwanie Sillakh wrócił do gry, za to w siódmej role się odwróciły i to znów podopieczny trenera Gmitruka był lepszy, lokując na głowie rywala dwa mocne prawe. Dobrze wyglądała również runda ósma, niestety Mateusz zagapił się pół minuty przed końcem, zainkasował krótki prawy sierp i przyklęknął na prawe kolano. Po słabszej minucie dziewiątej rundy, w drugiej części tego odcinka wrocławianin złapał swój rytm i zaczął odrabiać straty. Ostatnie trzy minuty doskonałe – tak jak cały pojedynek. Więcej sił zachował Masternak, bo to on pogonił na finiszu przeciwnika i zaakcentował końcówkę. Sędziowie byli jednomyślni, punktując na korzyść „Mastera” 95:93, 96:92 i 95:93. Brawo.

Maciej Sulęcki (25-0, 10 KO) efektownie rozprawił się z Damianem Ezequielem Bonellim (24-2, 21 KO), odprawiając go w niespełna trzy rundy. Już w pierwszej akcji „Striczu” zranił przeciwnika. Przepuścił jego prawy, skontrował krótkim lewym sierpem, po którym Argentyńczyk „zatańczył”. Ale nie przewrócił się. W drugiej rundzie Polak zaczął wywierać większy pressing i spychać oponenta na liny. Czterdzieści sekund przed końcem powtórka z rozrywki – obszerny prawy rywala przepuszczony i po odchyleniu skontrowany krótkim lewym sierpowym. Tym razem Bonelli musiał już być liczony do ośmiu. I znów dotrwał do przerwy. Nie wyciągał jednak żadnych wniosków, ponieważ w pierwszej akcji trzeciej odsłony Sulęcki złapał go na taką samą, wręcz skopiowaną akcję. Drugi nokdaun. Półtora minuty później Maciek po uniku wystrzelił lewym sierpowym nad opuszczoną prawą przeciwnika, posyłając go na deski po raz trzeci. Ambitny Argentyńczyk powstał raz jeszcze, lecz po dwóch kolejnych bombach naszego rodaka z narożnika rywala poleciał ręcznik na znak poddania. I dobrze, bo od ciężkiego nokautu był już tylko jeden krok.

W ciekawej konfrontacji kategorii junior ciężkiej perspektywiczny Adam Balski (10-0, 8 KO) pokonał przed czasem Łukasza Janika (28-4, 15 KO). Ciekawie było podczas walki, a jeszcze ciekawiej po niej! Od początku uwidoczniła się przewaga szybkości na korzyść podopiecznego Piotra Wilczewskiego. I kiedy dwukrotnie trafił – raz prawym sierpem przy linach, potem lewym sierpem na środku ringu, Janik szybko klinczował. W drugiej rundzie było już trochę spokojniej, choć nadal pod dyktando Adama. Bił teraz więcej prawym na korpus i czekał, starając się wciągnąć Łukasza na mocną kontrę. Na początku trzeciego starcia Janik trafił w akcji prawy na prawy. Za moment znów trafił prawym. Wydawało się, że nabiera wiatru w żagle, lecz pięćdziesiąt sekund przed końcem nadział się w wymianie na lewy sierp na szczękę, po którym padł jak ścięty na matę. Z trudem się podniósł na osiem, lecz pokazał charakter i dotrwał do przerwy. Po niej Adam nacierał i szedł jak po swoje. W kolejnym spięciu w półdystansie mocnym prawym hakiem na korpus znokautował bardziej doświadczonego przeciwnika. – W jaja mi jeb…ł – żalił się potem Janik, ale powtórki pokazały, że cios był na pas, więc dozwolony.

Bardzo trudną przeprawę miała Ewa Brodnicka (14-0, 2 KO). Sprowadzona w zastępstwie Viviane Obenauf (10-3, 5 KO) napędziła jej sporo strachu, a nawet posłała na deski. Ewa zyskała na początku nieznaczną przewagę, przede wszystkim dzięki swojej konsekwencji i podwójnemu lewemu prostemu. Na półmetku niepotrzebnie zaczęła się jednak wdawać w chaotyczne wymiany w półdystansie i od razu wszystko się wyrównało. W ósmej i dziewiątej rundzie Ewa odzyskała właściwy rytm i wydawało się, że dowiezie wygraną do końca, tymczasem minutę przed końcem zainkasowała w półdystansie akcję prawy-lewy sierp, po jakiej zapoznała się z deskami i ringowy Robert Gortat musiał liczyć do ośmiu. Kiedy więc zabrzmiał ostatni gong, obie zawodniczki z napięciem czekały na werdykt. Sędziowie nie byli jednomyślni, ale stosunkiem głosów dwa do jednego wskazali na „Kleo” – 95:94, 94:95 i 96:93.

W konfrontacji dwóch niepokonanych dotąd pięściarzy kategorii junior półśredniej Łukasz Wierzbicki (13-0, 6 KO) pokonał Roberta Tlatlika (20-1, 14 KO). O dziwo Tlatlik nie poszedł pressingiem, czego raczej się spodziewaliśmy. A to była woda na młyn dla Łukasza, który stał szeroko na nogach i po odchyleniu kontrował ładnie niższego przeciwnika. Fajnie wchodził mu również lewy hak pod prawy łokieć, a w krótkich wymianach straszył również prawym sierpem. I nie dość, że miał przewagę warunków fizycznych, to jeszcze optycznie wydawał się szybszy. W drugiej połowie potyczki Tlatlik podkręcił już nieco tempo, próbował spychać Łukasza na liny, lecz nie zrobił mu większej krzywdy. Po ostatnim gongu sędziowie punktowali jednomyślnie na korzyść podopiecznego Andrzeja Gmitruka – 79:74, 78:74 i 80:72.

Fantastyczny spektakl i wygrana Roberta Talarka (18-12-2, 11 KO) nad Norbertem Dąbrowskim (20-7-1, 8 KO). Już od pierwszej minuty obaj poszli na wojnę. Lewym podbródkiem trafił „Noras”, ale natychmiast rywal odpowiedział swoim prawym podbródkowym. Norbert trafił lewym sierpowym, ale zainkasował prawy. I tak przez trzy minuty. Jeszcze ciekawiej było po przerwie. Talarek zranił przeciwnika prawym hakiem na szczękę. Ruszył do ataku, zyskiwał przewagę, jednak Dąbrowski odgryzł się lewym sierpem na górę, studząc jego zapały. W trzeciej odsłonie nadal trwały wymiany cios za cios, choć akcje Talarka robiły jakby więcej wrażenia na drugiej stronie. I choć to on szedł w górę i powinien teoretycznie być słabszy fizycznie, bił chyba z większą mocą. Dąbrowski świetnie rozpoczął pierwszą połowę czwartej rundy, ale to znów Talarek lepiej finiszował. Powtórka z rozrywki w kolejnych trzech minutach. Początek nieznacznie dla Norberta, lecz w końcówce przeżywał trudne chwile. A po bezpośrednim prawym krzyżowym rywala aż ugięły się pod nim nogi. W szóstym starciu Talarkowi pękł lewy łuk brwiowy. Mocno krwawił, ale szybko opanował kryzys i wrócił do gry. W siódmej rundzie to znów on dyktował warunki, a piętnaście sekund przed końcem długim prawym krzyżowym doprowadził Dąbrowskiego do nokdaunu! Ostatnie trzy minuty świetne jak i cała walka. Po ostatnim gongu wszyscy sędziowie punktowali na korzyść Roberta – 79:72, 77:74 i 79:73.

źródło: bokser.org

BALSKI EFEKTOWNIE NOKAUTUJE NA GALI W EŁKU. DEBIUT WIERZBICKIEGO NA POLSKIM RINGU

gala_elk17

Adam Balski (9-0, 7 KO) zanotował chyba najcenniejsze zwycięstwo w zawodowej karierze. I nie chodzi tylko o samego rywala, ale również okoliczności zakończenia potyczki. W walce wieczoru gali „Budweld Boxing Night: Next Generation” w Ełku podopieczny Piotra Wilczewskiego zastopował w ostatnich sekundach walki twardego i mocno bijącego Tarasa Oleksijenkę (8-3, 7 KO).

Od początku w oczy rzucała się dynamika pięściarza z Kalisza. Akcje lewy-prawy rozbijały gardę rywala, było też kilka mocnych haków na korpus, zarówno z lewej jak i prawej strony, lecz przede wszystkim Balski wyszedł dziś do ringu skupiony na wskazówkach narożnika, i zrelaksowany, co było dotąd jego bolączką. Nie próbował już urwać głowy, tylko mądrze boksował i zbierał rundę po rundzie. Bardzo szybkie ręce, niezła praca nóg – generalnie spory postęp. Ukrainiec jednak nie miał zamiaru łatwo oddać pola. Przegrał wyraźnie pierwsze pięć rund. W czwartej prawdopodobnie uratował go gon, bo ostatni prawy krzyżowy wyraźnie go naruszył. W szóstym starciu to jednak on zaczął śmielej atakować i nawet kilka razy trafił przy linach. Balski na szczęście wrócił udaną siódmą rundą i przed ostatnią jasne było, że jeśli nie zainkasuje jakiejś przypadkowej bomby, to wygra wysoko na punkty. Boksował więc na wstecznym i kąsał kontrami. W pewnym momencie doskoczył świetną kombinacją kilka ciosów, nokautując efektownie Oleksijenkę w samej końcówce walki.

Łukasz Wierzbicki (12-0, 6 KO) udanie zadebiutował na polskiej ziemi, pokonując wysoko na punkty Innocenta Anyanwu (25-21-3, 15 KO). Tym samym otworzył sobie furtkę do gali Polsat Boxing Night pod koniec czerwca. W Gdańsku poprzeczka będzie już wyżej zawieszona w osobie Roberta Tlatlika (20-0, 14 KO). Już w pierwszej rundzie podopieczny Andrzeja Gmitruka trafił mocno krótkim prawym sierpem i chyba nie zauważył, że zranił poważnie przeciwnika. Przespał ten moment, a mógł bardzo szybko rozstrzygnąć potyczkę. Potem wygrywał rundę po rundzie, ogrywając bez problemu ambitnego, lecz dużo wolniejszego przeciwnika. Na korzyść Łukasz wpływa na pewno fakt, że boksuje niestandardowo, niewygodnie dla innych, w dodatku z pozycji mańkuta. Ma szybkie ręce i nogi, ale nie było dziś ponowienia akcji, pomimo wrodzonej szybkości boksuje jeszcze w dość jednostajnym tempie, a gdy trafia, nie idzie za ciosem, co na wyższym poziomie, przy trudniejszym rywalu, może być kluczowe. Wierzbicki pokazał boks bardzo solidny, dobrze poukładany, choć pewnie z takim stylem nie porwie tłumów. Ale przecież to wynik jest najważniejszy, a z tak niewygodnym stylem boksowania może sprawić wielu zawodnikom spore kłopoty. Po ostatnim gongu werdykt mógł być tylko jeden – trzy razy 80:72.

Tak jak można było się spodziewać, Mateusz Rzadkosz (5-0-1, 1 KO) wraz z Pawłem Rumińskim (2-2, 2 KO) stworzyli fajne widowisko i dali kibicom kawał dobrego boksu. Obaj w niedalekiej przeszłości stawali na podium Mistrzostw Polski. Dziś podopieczny Piotra Wilczewskiego zrewanżował się „Legioniście” za porażkę jeszcze w czasach boksu olimpijskiego. Zaraz na początku znany z mocnego uderzenia Rumiński rzucił się do szturmu, polując prawym sierpowym za rękawicę w okolicę ucha. Rzadkosz przetrwał nawałnicę i uruchomił lewy prosty, który pracował jak z automatu. W drugiej rundzie obaj podjęli walkę w półdystansie. Wszystko na granicy remisu. W trzeciej do głosu doszedł Paweł, bo choć trafiał rzadziej, to jednak optycznie mocniej. Mateusz jednak zaczął łapać swój rytm, rozluźnił się i to on przejął kontrolę nad pojedynkiem w czwartej oraz piątej odsłonie. Ładnie chodził na nogach i łapał na kontry atakującego przeciwnika. Przegrywający Paweł złapał drugi oddech, znów pogonił mocno w półdystansie mocnymi sierpami oraz hakami. To on wygrał ostatnie trzy minuty, więc zawodnicy w napięciu czekali na werdykt. Ostatecznie wszyscy sędziowie wskazali na Rzadkosza – 58:56, 58:56 i 58:57.

Wcześniej Sasza Sidorenko (6-0, 1 KO) zastopowała w zaledwie minutę Mirjanę Vujić (4-7, 2 KO).

Dwa i pół roku pauzował Krystian Huczko (3-1). Dziś wrócił w końcu do gry i pokonał niewygodnego Borislava Gligoricia (5-7, 4 KO). Wszystko zaczęło się bardzo dobrze. Już na starcie nowy nabytek stajni Tymex w akcji prawy na prawy wyprzedził swojego rywala, trafił na szczękę i posłał na deski. Ale nie podpalał się, boksując dalej swoje. W późniejszych minutach w zmagania obu wkradło się trochę chaosu, zawodnicy boksowali zrywami, lecz to Huczko miał nieznaczną przewagę w każdym z sześciu starć. Po ostatnim gongu sędziowie nie mieli najmniejszego problemu ze wskazaniem lepszego z tej dwójki, punktując na korzyść Krystiana 60:53, 60:53 i 59:54.

Udany debiut na ringu zawodowym zanotował Jakub Dobrzyński (1-0), który pokonał doświadczonego Aleksandra Abramenkę (17-58-1, 6 KO). Od pierwszej minuty przewagę zyskał Polak i jedyne pytanie brzmiał – czy wygra na punkty, czy przed czasem? Zabrakło minuty. W końcówce czwartej rundy posłał przeciwnika na deski ciosem na korpus, potem kilka razy trafił na górę, ale Białorusina z opresji wyratował gong. Wątpliwości być nie mogło i każdy z sędziów punktował na korzyść debiutanta w stosunku 40:35.

Wcześniej kolejną czasówkę nad słabiutkim rywalem do swojego rekordu dopisał Przemysław Opalach (25-2, 21 KO), który zastopował na początku drugiego starcia Aleksandara Kuvaca (11-32, 6 KO).

źródło: bokser.org

UDANY POWRÓT MATEUSZA MASTERNAKA NA GALI W DZIERŻONIOWIE

dzierzoniow17

W głównej walce wieczoru „BudWeld Boxing Night: Noc Prawdy” w Dzierżoniowie, boksujący po raz pierwszy od blisko roku Mateusz Masternak (38-4, 26 KO) pewnie wypunktował Aleksandra Kubicza (9-3, 6 KO). Rosjanin pokazał to, z czego go poznaliśmy już w potyczce z Michałem Cieślakiem. Boksował do tyłu, dobrze korzystał w defensywie z lin, a do ataku przechodził dwoma-trzema zrywami na rundę.

Od początku przeważał „Master”, jednak były mistrz Europy kategorii junior ciężkiej miał kłopot, by czysto trafić na szczękę. Wziął się więc na sposób, skracał dystans akcją po dole i starał się uderzyć prawym overhandem. W piątym starciu Kubicz został ukarany odjęciem punktu za klinczowanie. Ale nadal sprytnie się bronił. W ostatnich sześciu minutach Mateusz zmienił taktykę, robił zakrok w prawo i uderzał krótkim lewym sierpowym. Wydawało się, że kapitulacja Rosjanina to tylko kwestia czasu, jednak Kubicz dzielnie dotrwał do ostatniego gongu. A po nim sędziowie wskazali na Masternaka 78:73 i dwukrotnie 80:71.

Adam Balski (8-0, 6 KO) pewnie pokonał Dariusza Skopa (6-2, 2 KO), choć tym razem nie olśnił. Dodajmy jednak, że w bardzo dużej mierze przez ringowego – Włodzimierza Kromkę. Pierwsze dwie rundy były toczone w spokojnym tempie. Pięściarz z Kalisza czekał i polował swoim firmowym lewym sierpowym, jednak Darek odrobił zadanie domowe i chronił się właśnie przede wszystkim przed taką akcją. W trzecim starciu Adam podkręcił bardziej tempo, zaczął szukać również dołów i od razu powiększył przewagę. Skop od czwartej odsłony nieustannie klinczował. Już wtedy dostał ostrzeżenie, ale potem uchodziło mu to płazem. Przez brak odpowiedniej reprymendy, kolejnych ostrzeżeń, Skop „niszczył” obraz tego pojedynku. Z drugiej strony wykazał się sprytem i ringową inteligencją, bo udało mu się jakoś dotrwać do końca. Faulujący, klinczujący pięściarz dopiero w ostatniej rundzie dostał drugie ostrzeżenie. Na tym etapie już dawno powinien być tak naprawdę zdyskwalifikowany. Balski jeszcze w samej końcówce mocnym prawym krzyżowym przewrócił przeciwnika. Ale gdy sędzia doliczył do ośmiu, do ostatniego gongu pozostawały już tylko sekundy. Sędziowie nie mogli mieć żadnych wątpliwości. Wskazali na Balskiego 80:70 i dwukrotnie 80:69.

Po taktycznych ośmiu rundach bardziej doświadczony na dłuższych dystansach Michał Żeromiński (12-2-1, 1 KO) zadał Tomaszowi Mazurowi (6-1-1, 2 KO) pierwszą porażkę w karierze. To były bokserskie szachy przeplatane krótkimi, za to ostrymi spięciami. Z daleka Mazur radził sobie całkiem dobrze, jednak gdy „Żeromka” przedzierał się do półdystansu, górę brała jego rutyna. Sprytnie odklejał się, bił krótkimi ciosami, dzięki czemu zbierał małe punkciki. Optycznie pojedynek był zacięty i wyrównany, lecz lepszego trzeba było wskazać po każdej rundzie. A tych rund więcej ukradł Michał. Po ostatnim gongu sędziowie punktowali 77:75, 78:74 i zdecydowanie zbyt wysokie 80:72 – wszyscy na korzyść podopiecznego Piotra Wilczewskiego.

Michał Leśniak (6-1, 2 KO) pokonał Nadzira Bażhajewa (3-5-1), który pod koniec zeszłego roku niespodziewanie wypunktował Konrada Dąbrowskiego. Dotąd „Szczupak” znany był z tego, że ma serce do walki. I na tym koniec, bo podpalał się, niepotrzebnie wojował… Dziś jednak po raz pierwszy pokazał konsekwentny i przede wszystkich wyrachowany boks. Nie bił na siłę pojedynczymi akcjami, tylko punktował, ciosy składał w kombinacje kilku uderzeń, niekoniecznie mocnych, za to stopujących silniejszego chyba fizycznie przeciwnika. W piątej rundzie Leśniak zranił rywala lewym hakiem na wątrobę, ale nie zauważył tego i dał mu wyjść z chwilowego kryzysu. W ostatnich trzech minutach wyraźnie już osłabł, do głosu powoli zaczął dochodzić Bażhajew, lecz ambitny finisz okazał się spóźniony. Po ostatnim gongu sędziowie punktowali przewagę Michała w stosunku 60:55 i dwukrotnie 60:54.

Robert Parzęczewski (15-1, 9 KO) pod okiem Grzegorza Krawczyka zmienia się powoli z prymitywnego osiłka z dobrą kondycją w naprawdę solidnego boksera. Przekonał się o tym przed momentem na własnej skórze Tomasz Gargula (18-6-1, 5 KO). Od początku rzuciła się w oczy przewaga siły ciosu „Araba”. Każda jego akcja, nawet odczepna kontra, robiła na przeciwniku wrażenie. Już w pierwszej rundzie „Tomera” cierpiał po lewym haku na wątrobę, ale zacisnął zęby i obyło się bez nokdaunu. W drugim starciu był już liczony po lewym sierpowym na szczękę. Tempo spadło trochę w trzeciej odsłonie, jednak w czwartej Parzęczewski znów ostrzej natarł, złapał doświadczonego rywala przy linach i dokończył dzieła zniszczenia.

Znakomite widowisko stworzyli dwaj niepokonani dotąd pięściarze balansujący pomiędzy wagą średnią a super średnią. Po sześciu dramatycznych rundach Tomasz Gromadzki (3-0-1, 1 KO) pokonał Pawła Rumińskiego (2-1, 2 KO). Początek wyraźnie dla Pawła, który boksował technicznie lewym prostym, szukając mocnego prawego podbródka. „Zadyma” nacierał, ale w pierwszych minutach nie potrafił jeszcze znaleźć swojego rytmu. Dopiero w drugiej połowie drugiej rundy zaczął się ostro dobierać do skóry przeciwnika. Zepchnął go do odwrotu i na dobrą sprawę Rumiński był w defensywie przez trzecią, czwartą i niemal całą piątą odsłonę. Dopiero w końcówce piątego starcia wrócił do gry. Ostatnie trzy minuty to prawdziwa wojna na wyniszczenie. Obaj dali z siebie wszystko i byli tak wyczerpani, że chyba nawet lewy prosty mógł ich przewrócić. Spóźniony trochę finisz nie mógł dać zawodnikowi Legia Fight Club sukcesu. Lepiej przygotowany kondycyjnie i agresywniejszy Gromadzki zwyciężył na wszystkich kartach – 59:55, 59:55 i 60:54. Jego zwycięstwo nie podlegało dyskusji, lecz sama punktacja może być nieco myląca. Twardy, bardzo fajny pojedynek.

Przemysław Opalach (24-2, 20 KO) nie zdążył się nawet porządnie spocić, a już było po walce z Paatą Warduaszwilim (30-12-2, 23 KO). „Spartan” w swoim stylu szukał ciosów na korpus, bijąc kombinację dwóch-trzech uderzeń. Pierwsze były słabsze, ale każdą akcję kończył lewym hak w okolice wątroby. Nie narzucał jednak wysokiego tempa, jakby zostawiając siły na dalsze minuty. Tymczasem w przerwie pomiędzy drugą a trzecią rundą Gruzin zgłosił kontuzję ręki, odpuszczając dalszą rywalizację.

źródło: bokser.org

plakat-gala-boksu

87. MP SENIORÓW: CIEKAWE ROZSTRZYGNIĘCIA W FINAŁACH. MAMY MŁODYCH MISTRZÓW POLSKI

kiwior_damian01

Niezwykle ciekawe rozstrzygnięcia przyniosły finały 87. Mistrzostw Polski Seniorów w Boksie. Najlepsi polscy pięściarze efektownie pożegnali się z Sokółką, dając miejscowym kibicom 10 pojedynków, z których cztery zakończyły się werdyktami niejednogłośnymi.

Mistrzami Polski Seniorów A.D. 2016 zostali (w kolejności wag): Jakub Słomiński (KS WDA Świecie, 49 kg, ur. 1996), Maciej Jóźwik (BKS Skorpion Szczecin, 52 kg, 1994), Adrian Kowal (BKS Olimp Lublin, 56 kg, 1996), Karol Łapawa (Sporty Walki Gostyń, 60 kg, 1997), Dawid Michelus (UKS Kontra Elbląg, 64 kg, 1993), Damian Kiwior (PTB Tiger Tarnów, 69 kg, 1993), Daniel Adamiec (KKS RUSHH Kielce, 75 kg, 1995), Arkadiusz Szwedowicz (BKS Skorpion Szczecin, 81 kg, 1994), Tomasz Bohdanowicz (BKS Orkan Gorzów Wielkopolski, 91 kg, 1994) i Paweł Wierzbicki (UKS Boxing Sokółka, +91 kg, 1994).

Jak widać mistrzowie kraju to zawodnicy młodzi i perspektywiczni. Najstarsi z nich (Michelus i Kiwior) mają zaledwie po 23 lata, zaś najmłodszy (Łapawa) tylko 19. Co ciekawe Michelus – mimo młodego wieku – już po raz szósty stanął na najwyższym stopniu podium Mistrzostw Polski Seniorów! Zrobił to w trzeciej kategorii wagowej (po 56 i 60 przyszła kolej na 64 kg).

Jedynemu zawodowcowi, który awansował do finału, Adamowi Balskiemu (91 kg), nie udało się w Sokółce zdobyć złotego medalu. Pokonał go po bardzo zaciętym boju Tomasz Bohdanowicz, który z turnieju na turniej robi coraz większe postępy.

WYNIKI WALK FINAŁOWYCH [19 listopada 2016 roku - na pierwszym miejscu zwycięzcy]

49 KG
Jakub Słomiński (KS WDA Świecie) – Dorian Mospinek (BKS Skorpion Szczecin) 5-0

52 KG
Maciej Jóźwik (BKS Skorpion Szczecin) – Kacper Harkawy (BKS Skorpion Szczecin) 5-0

56 KG
Adrian Kowal (BKS Olimp Lublin) – Jarosław Iwanow (TS Wisła Kraków) 5-0

60 KG
Karol Łapawa (Sporty Walki Gostyń) – Mateusz Ptasiński (BKB Magic Boxing Brzesko) 5-0

64 KG
Dawid Michelus (UKS Kontra Elbląg) – Łukasz Niemczyk (Champion Chojnów Powiat Legnicki) 5-0

69 KG
Damian Kiwior (PTB Tiger Tarnów) – Rafał Perczyński (Akademia Walki Warszawa) 3-2

75 KG
Daniel Adamiec (KKS RUSHH Kielce) – Bartosz Gołębiewski (KKS RUSHH Kielce) 4-1

81 KG
Arkadiusz Szwedowicz (BKS Skorpion Szczecin) – Mateusz Tryc (Fenix Fight Club Warszawa) 3-2

91 KG
Tomasz Bohdanowicz (BKS Orkan Gorzów Wielkopolski) – Adam Balski (DKB Dzierżoniów) 3-2

+91 KG
Paweł Wierzbicki (UKS Boxing Sokółka) – Mateusz Figiel (BKS Hetman Białystok) 5-0

87. MP SENIORÓW: TYLKO TRZY CZASÓWKI W ĆWIERĆFINAŁACH. ZNAMY MEDALISTÓW

michelus_dawid09

Rozgrywane po raz 87. w historii Mistrzostwa Polski Seniorów w Boksie weszły w fazę medalową. W Sokółce w dwóch seriach ćwierćfinałów odbyły się 33 pojedynki, z których tylko 3 zakończyły się przed czasem. Jednym z nich była rywalizacja zawodowca Adama Balskiego (91 kg) z dawno nie widzianym na ringach Patrykiem Rostkowskim zakończona zwycięstwem tego pierwszego w 2. starciu. Mieliśmy także niespodziankę sporego kalibru, bo tak należałoby nazwać porażkę mistrza Polski do lat 23, Łukasza Staniocha (81 kg) z młodym poznaniakiem Jakubem Kasprzakiem.

Przykład Kasprzaka oraz innego młodziana, Karola Łapawy (60 kg) pokazuje jak bezcennymi dla budowania doświadczenia i ringowej pewności siebie mają międzynarodowe starty. Obaj wymienieni stanowili bowiem trzon drużyny promowanej przez Fundacje Wielkopolski Boks w meczach międzypaństwowych z Ukrainą, Włochami i Norwegią.

WYNIKI WALK ĆWIERĆFINAŁOWYCH [17 listopada 2016 roku - na pierwszym miejscu zwycięzcy]

52 KG
Maciej Jóźwik (BKS Skorpion Szczecin) – Artur Jaroszewicz (FENIX Warszawa) 5-0

56 KG
Adrian Kowal (BKS Olimp Lublin) – Marcin Hejosz (KS Copacabana Konin) 5-0
Sebastian Gierada (KSZO Ostrowiec Świętokrzyski) – Marcin Kacprowicz (NOSiR Nowy Dwór Mazowiecki) KO 3
Tomasz Resól (BKS Skorpion Szczecin) – Norbert Borzęcki (NOSiR Nowy Dwór Mazowiecki) 5-0
Jarosław Iwanow (TS Wisła Kraków) – Denis Grzesiak (BKS Skorpion Szczecin) 5-0

60 KG
Karol Łapawa (Sporty Walki Gostyń) – Bolesław Guzek (UKS Morsy Dębica) 5-0
Jakub Kras (PTB Tiger Tarnów) – Kamil Wieczorek (KS PACO Lublin) 5-0
Kordian Wyciszkiewicz (06 Kleofas Katowice) – Tomasz Karyś (KKS RUSHH Kielce) 4-1
Mateusz Ptasiński (BKB Magic Boxing Brzesko) – Patryk Trochimiak (DOZB Wrocław) 3-2

64 KG
Dawid Michelus (UKS Kontra Elbląg) – Paweł Piotrowski (WKS Sokół Piła) 5-0
Krystian Sielawa (BKS Hetman Białystok) – Filip Wąchała (KS SAKO Gdańsk) 5-0
Łukasz Niemczyk (Champion Chojnów Powiat Legnicki) – Aleksander Jasiewicz (Shogun Mysłowice) 5-0
Rafał Grabowski (RKB Boxing Radom) – Jakub Dobrzyński (Legia Fight Club Warszawa) 5-0

69 KG
Damian Kiwior (PTB Tiger Tarnów) – Damian Falecki (KSZO Ostrowiec Świętokrzyski) 5-0
Kamil Holka (BKS Orkan Gorzów Wielkopolski) – Maksymilian Gibadło (GUKS Carbo Gliwice) 4-1
Mateusz Kostecki (WKS Desant Kraków) – Damian Cieślik (KB Sparta Kraśnik) 5-0
Rafał Perczyński (Akademia Walki Warszawa) – Mateusz Kłos (Boks Team Oława) 5-0

75 KG
Aleksander Smołka (UKS Śląsk Ruda Śląska) – Wiktor Szadkowski (KS PACO Lublin) 5-0
Bartosz Gołębiewski (KKS RUSHH Kielce) – Dariusz Wilk (RKS Łódź) 5-0
Szymon Hamerski (CWZS Zawisza Bydgoszcz) – Jakub Piejko (OZB Małopolska) 5-0
Daniel Adamiec (KKS RUSHH Kielce) – Naser Al Adnan (OZB Małopolska) 5-0

81 KG
Arkadiusz Szwedowicz (BKS Skorpion Szczecin) – Przemysław Kulig (KS Copacabana Konin) 5-0
Mateusz Goiński (Zagłębie Konin) – Sebastian Rembecki (KS Górnik Wieliczka) 5-0
Jakub Kasprzak (Boks Poznań Team) – Łukasz Stanioch (BKS Skorpion Szczecin) 4-1
Mateusz Tryc (Fenix Fight Club Warszawa) – Dominik Kaciupa (BKS Skorpion Szczecin) 5-0

91 KG
Adam Balski (DKB Dzierżoniów) – Patryk Rostkowski (BKS Hetman Białystok) KO 2
Andrzej Szkuta (UKS Boxing Sokółka) – Mateusz Kowalczyk (06 Kleofas Katowice) 5-0
Tomasz Bohdanowicz (BKS Orkan Gorzów Wielkopolski) – Damian Pasiek (UKS Śląsk Ruda Śląska) 5-0
Bartłomiej Krasuski (BTS 1926 Broń Radom) – Oskar Wierzejski (BKS Red Fighters Jalenia Góra) 5-0

+91 KG
Mateusz Figiel (BKS Hetman Białystok) – Łukasz Kawczak (KSW Tygrys Elbląg) TKO 2
Kamil Bodzioch (BKS Red Fighters Jalenia Góra) – Paweł Głąb (Nowohucki Klub Bokserski) 5-0
Paweł Wierzbicki (UKS Boxing Sokółka) – Adam Kulik (KS PACO Lublin) 5-0
Roger Hryniuk (KS Cristal Pruszynka Białystok) – Maciej Żurakowski (KB Legia Warszawa) 5-0

87. MP SENIORÓW: ZAWODOWCY NA OLIMPIJSKIM RINGU. BALSKI I BRZESKI PRZECHODZĄ DO HISTORII

adam balski

W Sokółce zakończył się drugi dzień zmagań 87. Mistrzostw Polski Seniorów w Boksie. W pojedynkach eliminacyjnych zaprezentowali się zawodnicy czterech najcięższych kategorii. Po raz pierwszy w ponad 90-letniej historii tego turnieju wystąpili bokserzy zawodowi. Boksowali ze zmiennym szczęściem. Adam Balski (91 kg – na zdjęciu) pokonał jednogłośnie na punkty Jana Sosnowskiego, ale Patryk Brzeski (+91 kg) po niejednogłośnym werdykcie (2-3) uległ Mateuszowi Figlowi.

Bodajże największymi niespodziankami były jednogłośne porażki Kasjusza Życińskiego (75 kg), całkiem niedawno boksującego w barwach „Husarii” z Dariuszem Wilkiem oraz Marcina Śnitko (+91 kg) z Kamilem Bodziochem.

WYNIKI WALK ELIMINACYJNYCH [16 listopada 2016 roku - na pierwszym miejscu zwycięzcy]

75 KG
Bartosz Gołębiewski (KKS RUSHH Kielce) – Mateusz Ziomek (RKB Wisłok Rzeszów) 5-0
Dariusz Wilk (RKS Łódź) – Kasjusz Życiński (KS SAKO Gdańsk) 5-0
Szymon Hamerski (CWZS Zawisza Bydgoszcz) – Marcin Gołębiewski (NOSiR Nowy Dwór Mazowiecki) 5-0
Jakub Piejko (OZB Małopolska) – Radosław Chojnowski (OKB Odra Opole) 5-0
Daniel Adamiec (KKS RUSHH Kielce) – Bartosz Weigiel (OZB Małopolska) 5-0
Naser Al. Adnan (OZB Małopolska) – Filip Bątkowski (Legia Fight Club) 5-0

81 KG
Arkadiusz Szwedowicz (BKS Skorpion Szczecin) – Kamil Al-Temimi (KS SAKO Gdynia) TKO 3
Przemysław Kulig (Copacabana Konin) – Paweł Kamiński (UKS Gimnasion Boguchwała) 5-0
Mateusz Goiński (Zagłębie Konin) – Sylwester Bidziński (RKB Boxing Radom) 5-0
Sebastian Rembecki (KS Górnik Wieliczka) – Mateusz Pawłowski (Nowohucki Klub Bokserski) 5-0
Jakub Kasprzak (Boks Poznań Team) – Tomasz Czyczerski (OKB Odra Opole) 4-1
Łukasz Stanioch (BKS Skorpion Szczecin) – Tomasz Kosiba (OZB Małopolska) 5-0
Mateusz Tryc (FENIX Warszawa) – Martin Tomczyk (06 Kleofas Katowice) 5-0
Dominik Kaciupa (BKS Skorpion Szczecin) – Michał Kulas (KS SAKO Gdańsk) 5-0

91 KG
Adam Balski (DKB Dzierżoniów) – Jan Sosnowski (CWZS Zawisza Bydgoszcz) 5-0
Patryk Rostkowski (BKS Hetman Białystok) – Robert Lehmann (Zawodnik niezrzeszony) 5-0
Andrzej Szkuta (UKS Boxing Sokółka) – Radosław Kawczak (KSW Tygrys Elbląg) 3-2
Tomasz Bohdanowicz (BKS Orkan Gorzów Wielkopolski) – Mikołaj Sadurski (KS PACO Lublin) DQ
Damian Pasiek (UKS Śląsk Ruda Śląska) – Artur Sargsyan (Szamotuły Boxing Team) TKO 2
Oskar Wierzejski (BKS Red Fighters Jalenia Góra) – Damian Piasecki (Łódzka Akademia Sportu) 5-0
Bartłomiej Krasuski (BTS 1926  Broń Radom) – Piotr Snopkowski (TS Wisła Kraków) 5-0

+91 KG
Mateusz Figiel (BKS Hetman Białystok) – Patryk Brzeski (NOSiR Nowy Dwór Mazowiecki) 3-2
Kamil Bodzioch (BKS Red Fighters Jalenia Góra) – Marcin Śnitko (KSW Tygrys Elbląg) 5-0
Paweł Głąb (Nowohucki Klub Bokserski) – Jacek Rup (KS Start Częstochowa) 5-0
Paweł Wierzbicki (UKS Boxing Sokółka) – Kacper Piegdoń (UKS Kontra Elbląg) TKO 2
Adam Kulik (KS PACO Lublin) – Przemysław Stępień (GUKS „CARBO” Gliwice) TKO 2
Roger Hryniuk (KS Cristal Pruszynka Białystok) – Konrad Kaszubski (Start Włocławek) 5-0
Maciej Żurakowski (KB Legia Warszawa) – Piotr Czacherski (Zawodnik niezrzeszony) 5-0

W KALISZU ADAM BALSKI NOKAUTUJE VALEREGO BRUDOVA. SPACEREK EWY BRODNICKIEJ

gala_kalisz16

W pojedynku wieczoru gali boksu zawodowego w Kaliszu Ewa Brodnicka (11-0, 2 KO) pokonała zdecydowanie na punkty po ośmiu rundach Lelę Terashvili (7-4-2, 3 KO). Mistrzyni Europy wagi lekkiej nie zachwyciła, ale nie miała problemów z pokonaniem Gruzinki i teraz przyszedł czas na obronę tytułu w listopadowym występie z Anitą Torti.

Brodnicka od pierwszego gongu była aktywna, Gruzinka ambitna, ale bez argumentów, by przeciwstawić się w pełni polskiej zawodniczce. Ciosy Ewy nie robiły wrażenia na jej rywalce  choć to właśnie Brodnicka dyktowała tempo starcia i kontrolowania pojedynek. Dużo ciosów prostych, szukania zakończenia prawym sierpowym na górę. Każdą z rund wygrała 32-latka, dla której była to rozgrzewka przed starciem w obronie tytułu mistrzyni Europy wagi lekkiej z Anitą Torti, które odbędzie się 5 listopada podczas wielkiej gali Polsat Boxing Night w Krakowie. Wydaje się, że Włoszka będzie trzy razy groźniejsza od dzisiejszej przeciwniczki Brodnickiej.

Adam Balski (7-0, 6 KO) na własnym terenie pokonał przed czasem w piątej rundzie byłego mistrza świata wagi junior ciężkiej w wersji tymczasowej Valerego Brudova (43-10, 29 KO). Zawodnik Tymex Boxing Promotion od początku zaczął narzucać swoje tempo, dyktował swoje warunki, ale Rosjanin nie spoczął tylko na obronie. Po dwóch pierwszych rundach, w których to Balski był stroną przeważającą, Brudow nie był mu dłużny i kilka jego ciosów doszło celu. Nie da się jednak ukryć, że polski pięściarz wygrał każdą z rund, a w odsłonie piątej, która okazała się ostatnią, po ciosach Balskiego (lewym sierpowym i prawym prostym) Rosjanin padł na deski, by chwilę później sędzia ringowy Robert Gortat przerwał pojedynek.

Robert Parzęczewski (14-1, 7 KO) znokautował w czwartej rundzie Bekę Aduashvilego (18-6, 8 KO). Pięściarz z Częstochowy nie dał żadnych szans rywalowi z Gruzji, który w ciągu kilku rund przyjął mnóstwo uderzeń od Polaka. Popularny „Arab” zaczął jak zwykle bardzo aktywnie, skupił się na ciosach na korpus. Do celu doszło sporo uderzeń z lewej ręki na wątrobę. Pierwsza runda była pod dyktando Parzęczewskiego, w drugiej odsłonie ambitny Gruzin zaatakował zawodnika Mariusza Grabowskiego, ale na nic zdała się jego ofensywa. W kolejnej rundzie Polak znalazł sposób na Aduaszwilego i mieliśmy pierwsze liczenie. Rywal wytrzymał do gongu kończącego trzecie starcie, w czwartej był już jednak bezradny. Parzęczewski zadał kilka mocniejszych ciosów na wątrobę oraz na górę, Gruzin padł na deski i już nie wstał.

Michał Żeromiński (11-2-1, 1 KO) może nie ma najmocniejszego ciosu, ale jego ostatnie walki ogląda się naprawdę dobrze. Tak samo było dziś na ringu w Kaliszu, gdzie już po raz drugi spotkał się z Łukaszem Janikiem (16-21-1, 9 KO). Pięściarz ze Śląska w swoim stylu nacierał niczym tur, natomiast „Żeromka” ładnie chodził na nogach i ogrywał go swoim tańcem oraz ciosami prostymi. W trzeciej rundzie po przypadkowym zderzeniu głowami Michałowi pękła powieka i już do końca mocno krwawił. Pewnie jednak dowiózł wygraną, kilka razy po drodze wchodząc w krótkie spięcia z silnym fizycznie Janikiem. Po gongu kończącym walkę cała trójka sędziów typowała przewagę Żeromińskiego w stosunku 59:56.

Robert Talarek (15-12-2, 9 KO) to bardzo ceniony pięściarz, nie tylko na naszym podwórku, co zresztą udowodnił w Kaliszu rozbijając miejscowego Sebastiana Skrzypczyńskiego (11-14-2, 5 KO). Talarek już w pierwszej rundzie przejął całkowitą kontrolę nad pojedynkiem, stopując rywala szybkim lewym prostym i lewym hakiem w okolice wątroby, jakim wyraźnie ranił Skrzypczyńskiego. W drugiej rundzie po kilku lewych pod prawy łokieć zaczął bić dla odmiany prawym sierpowym nad lewą rękawicą. W końcu jeden z tych sierpów doszedł idealnie do celu – szczęki Sebastiana, odcinając go zupełnie od prądu. Sędzia Gortat bez zbędnego liczenia zastopował jednostronną walkę.

Bardzo efektownie wypadł debiut na zawodowym ringu bokserskim znanego kickboksera, Tomasza Sarary (1-0, 1 KO). Już w pierwszej walce spotkał się z byłym mistrzem Polski seniorów, Łukaszem Zygmuntem (2-5). I szybko go odprawił przed czasem. Sarara od początku narzucał pressing, choć Zygmunt polował groźną kontrą prawym podbródkowym. Już w pierwszej odsłonie Tomek doprowadził przeciwnika do liczenia prawym po dole, ale to było nic w porównaniu z tym, co stało się w połowie drugiej rundy. Sarara huknął przy linach potężnym prawym overhandem – idealnie na szczękę Zygmunta, który bezwładnie zawisł na linach. Sędzia policzył do czterech i odpuścił, widząc przed sobą klasyczny, ciężki nokaut.

Michał Leśniak (5-1, 2 KO) pokonał Łukasza Gworka (6-1, 2 KO). Początkowo w ringu było dużo chaosu. Dopiero od końcówki drugiej rundy „Szczupak” poukładał sobie wszystko, przyjmował ciosy rywala na blok, samemu polując lewym hakiem w okolice wątroby. Gworek w trzecim starciu został ukarany odjęciem punktu za ataki głową. Gdy obaj byli już zmęczeni, walka znów zrobiła się brzydka, ale sędziowie nie mieli wątpliwości. Punktowali 58:55, 58:55 i 57:56 – wszyscy na korzyść Leśniaka.

W pierwszej walce gali Mateusz Rzadkosz (4-0-1, 1 KO) wypunktował na dystansie sześciu rund Mariusza Runowskiego (4-2, 2 KO). Podopieczny Piotra Wilczewskiego rozpoczął pojedynek potężnym prawym krzyżowym na szczękę, który wyraźnie dał się we znaki przeciwnikowi. Potem kontrolował go lewym prostym i pracą nóg na środku ringu, a także kontrą bezpośrednim prawym bądź prawym podbródkiem, gdy akurat znajdował się na linach. Silniejszy fizycznie Runowski kilka razy ładnie trafił bezpośrednim prawym, lecz większość jego ciosów pruło powietrze. Po ostatnim gongu sędziowie punktowali 60:54, 60:54 i 60:55 – wszyscy na korzyść Rzadkosza.

źródło: bokser.org

WACH ZWYCIĘSKI ALE ZASKAKUJĄCO SŁABY. W KĘDZIERZYNIE KOŹLU WYGRYWALI POLACY

kedzierzyn gala

W pojedynku wieczoru gali Tymex Boxing Promotion w Kędzierzynie Koźlu Mariusz Wach (32-2, 17 KO) udanie powrócił po porażce z rąk Aleksandra Powietkina w listopadzie ubiegłego roku. Mający zdecydowanie lepsze warunki fizyczne „Wiking” przeważał nad Brazylijczykiem Marcelo Luziem Nascimento (22-13, 19 KO), ale nie pokazał nic wielkiego, by twierdzić, że ma szansę z najlepszymi.

Mariusz rozpoczął dobrze, dyktował warunki, był stroną przeważającą. Wykorzystywał warunki fizyczne, przede wszystkim swój wzrost i zasięg ramion, aby mieć przewagę i skutecznie to realizował. Było kilka prób prawych prostych ze strony Wacha, szukania lewego prostego, ale Brazylijczyk boksował stricte defensywnie, nie próbował się odsłonić i zaatakować, przez co „Wiking” miał przewagę, ale nie potrafił tego skrzętnie wykorzystać. Gubił się w wielu przypadkach. Nie wiadomo jak zakończyłaby się walka, gdyby Nascimento zaatakował i próbował jeszcze bardziej odwrócić losy pojedynku. Ostatecznie sędziowie jednogłośną decyzją sędziów (98:92, 96:94, 96:95) przyznali zwycięstwo Mariuszowi Wachowi, który teraz najprawdopodobniej będzie chciał odbudować się i spróbować swoich sił z czołówką wagi ciężkiej, czego nie ukrywał w swoich wywiadach przed tą walką. Będzie jednak bardzo ciężko, ponieważ Wach zarówno w starciu z Powietkinem, jak i również w dzisiejszym pojedynku nie pokazał nic, by twierdzić, że ma jeszcze szanse na zwycięstwa z najlepszymi.

Marcin Siwy (15-0, 6 KO) nie tak wyobrażał sobie swój występ w walce z Andre Bungą (4-5, 4 KO). W ostatnich pojedynkach wydawało się, że pięściarz z Częstochowy waży zdecydowanie za dużo i powinien zejść kilka kilogramów. Dzisiaj ważył powyżej 110 kilogramów i jego kondycja ponownie była dla niego „piętą achillesową”. Siwy zaczął dobrze, jednak szybko to właśnie kondycja spowodowała, że losy pojedynku nie były jednoznaczne. Wydawało się, że podopieczny Mariusza Grabowskiego powinien sobie gładko poradzić z pochodzącym z Angoli, ale mieszkającym na stałe w Niemieczech Bungą, jednak rywal naciskał i zbierał żniwo. Ostatecznie to Polak okazał się zwycięzcą po ośmiu rundach, jednak jeśli Siwy myśli o poważnych występach, powinien wziąć się za siebie i popracować na kondycją i siłą fizyczną. Sędziowie jednogłośną decyzją (77:75, 77:75, 78:75) przyznali zwycięstwo polskiemu bokserowi.

Łukasz Rusiewicz (21-24, 12 KO) nie od dziś jest uważany za jednego z najlepszych testerów młodych pięściarzy w kategorii junior ciężkiej. W Kędzierzynie Koźlu skrzyżował rękawice z Adamem Balskim (5-0, 4 KO). Młodszy o kilka dobrych lat podopieczny Mariusza Grabowskiego poradził sobie jednak z doświadczonym „Ruskiem”, ale o zwycięstwie przed czasem mógł tylko pomarzyć. W pierwszej rundzie doszło do niemałej niespodzianki. Popularny „Rusek” dwukrotnie (!) zaliczył deski i wydawało się, że Balski jest blisko wygranej przed czasem. Rusiewicz jednak zachował zimną krew, odparł atak przeciwnika i wszystko wróciło do normy. Niemal do końca pojedynku przewaga 25-latka utrzymywała się i mimo dobrej końcówki Rusiewicz nie zdołał odwrócić biegu wydarzeń. Balski wygrał jednogłośnie na punkty.

Inteligencja, dobra technika, koordynacja. Sasza Sidorenko (4-0) zgodnie z planem wypunktowała swoją przeciwniczkę, Klaudię Szymczak (2-8, 1 KO) na dystansie sześciu rund. Sympatyczna Sasza udowodniła, że niczym nie ustępuje obu Ewom – Piątkowskiej i Brodnickiej, a w opinii wielu ekspertów to właśnie ona jest upatrywana jako faworytka w starciu zarówno z jedną jak i drugą. Mieszkająca obecnie w Warszawie Sidorenko rozpoczęła walkę z podopieczną Irosława Batowicza z Silesia Boxing spokojnie, jednak od początku widać było jej walory pod względem technicznym. Sasza nie szukała na siłę nokautu, nie szukała bójki, za to spokojnie boksowała i od czasu do czasu wyprowadzała mocniejsze uderzenia. Wygrała wszystkie starcia i sędziowie nie mieli żadnych problemów z punktacją. Wszyscy zgodnie wypunktowali jej zwycięstwo  (60-54, 60-54, 60-54).

Robert Parzęczewski (11-1, 5 KO) nie zawiódł i dał kibicom sporo emocji. Pięściarz z Częstochowy znokautował efektownie przed czasem w drugiej rundzie Eryka Ciesłowskiego (2-3). Wydaje się, że o ubiegłorocznej porażce z rąk Luxembourgera Parzęczewski zdołał już zapomnieć. „Arab” był szybszy, dokładniejszy, bardziej efektywny w swoich poczynaniach. W pierwszej rundzie przeważał Parzęczewski, a już w drugiej odsłonie posłał rywala na deski po mocnym lewym sierpowym. Walka została przerwana i Robert mógł się cieszyć z kolejnej wygranej przed czasem. |

Michał Gerlecki (13-1, 7 KO) zwyciężył wysoko na punkty Attilę Palko (21-23, 15 KO) i zanotował drugie zwycięstwo od czasu powrotu po bolesnej porażce z rąk Gearda Ajetovicia. Polski pięściarz powoli odbudowuje swoją pozycję i być może już na jesieni zobaczymy go w akcji z poważniejszymi rywalami. Gerlecki szybko przeszedł do ofensywy i od samego początku zaczął rozbijać przeciwnika. W drugiej Palko już leżał na deskach. Dwa kolejne nokdauny dołożył w rundzie trzeciej, miał Węgra na widelcu, ale Polak zachowywał się podobnie jak m.in. w starciu z Sosą i zaczął przyjmować sporo ciosów mimo olbrzymiej przewagi. Ostatecznie przeważający na kartach punktowych Gerlecki odniósł kolejne zawodowe zwycięstwo. Sędziowie nie mieli problemów z werdyktem (59:52, 59:52, 59:52).

Krótko, zwięźle i na temat. Michał Leśniak (4-1, 2 KO) pokonał przed czasem w pierwszej rundzie Piotra Jackowiaka (2-5, 1 KO) w inauguracyjnym pojedynku gali. To był pierwszy pojedynek „Szczupaka” od czasu lutowej porażki z Damianem Wrzesińskim. 24-letni pięściarz zaczął od początku nacierać na przeciwnika. Starcie zakończyło się po jednym z ciosów na korpus autorstwa faworyzowanego Leśniaka. Jackowiakowi zdecydowanie brakowało argumentów, by pokonać Michała, dla którego ta walka była tylko przetarciem. Najprawdopodobniej w drugiej połowie roku Leśniaka czekają trudniejsze przeprawy, zapewne z kimś pokroju wspomnianego już Wrzesińskiego.

źródło: bokser.org

BEZ NIESPODZIANEK W RADOMIU. JACKIEWICZ, ŻEROMIŃSKI I SIDORENKO ZWYCIĘZCY

tymex_radom16

Walką wieczoru gali BudWeld Boxing Night w Radomiu było starcie Rafała Jackiewicza (48-14-2, 22 KO) z Bułgarem Stilianem Kostowem (20-5, 16 KO). Wygrał „Wojownik” z Mińska Mazowieckiego wysoko na punkty, po czym… przeprosił radomską publiczność za „słabszy występ”. Pierwsza runda rozpoznawcza. Bułgar schowany za podwójną gardą oddał ją na korzyść Polaka. Druga bardzo czysta, ale też bez większej historii. Kostow szukał silnych pojedynczych uderzeń i bardzo szybko wracał do szczelnego bloku. W ringu momentami więcej było rozmów niż prawdziwego boksu. Ciosów w każdym razie, tych mocnych ciosów, było jak na lekarstwo. Rafał robił tyle ile musiał żeby zgarnąć kolejne 10 punktów, a na uwagę zasługiwały co najwyżej skuteczne prawe na korpus, które dochodziły. Czwarte starcie bez emocji – obustronne ciosy na blok na środku ringu. Niewiele zmieniło się w kolejnej odsłonie, ale to Polak mimo wszystko wyprowadzał więcej celnych ciosów i próbował podjąć walkę. W szóstej Kostow w dalszym ciągu nastawiał się na „bajerowanie”, a Jackiewiczowi było to na rękę, co trochę rozdrażniło i sędziego Brózio i publiczność. Ringowy nawet na chwilę przerwał pojedynek i upomniał obu panów, żeby zaczęli boksować. Kolejna runda dla Jackiewicza, głównie za sprawą aktywnej lewej ręki, ale postawa Bułgara dalej nie zadowalała. Dość powiedzieć, że najciekawszym momentem rundy był bieg Polaka po ringu kilka sekund przed gongiem. Rundy osiem i dziewięć bez historii. Bułgar jedynie raz na jakiś czas starał się odpowiedzieć z bloku. Jackiewicz do końca walki obskakiwał rywala i spokojnie przeboksował tak do końca. Po ostatnim gongu sędziowie jednogłośnie wskazali na Rafała – 100:90, 100:90 i 98:92.

Tuż przed walką wieczoru radomskiej gali zmierzyli się Marcin Cybulski (8-6-2, 7 KO) i boksujący przed swoją publicznością Michał Żeromiński (10-2, 1 KO). Zwyciężył wyraźnie na punkty pupilek miejscowej publiczności, lecz pojedynek był dużo bardziej zacięty niż wskazuje na to punktacja. Na początku walki Cybulski szukał trafień długimi prostymi, ale kompletnie nie mógł złapać dystansu, z czym z kolei nie miał problemu szybszy Żeromiński, który w połowie pierwszej rundy trafił pięknym prawym sierpem i bezdyskusyjnie zgarnął to starcie na swoją korzyść. W drugiej rundzie w dalszym ciągu dominował radomianin, którego nie zdeprymowało nawet przypadkowe zderzenie głowami. Początek kolejnej odsłony także na korzyść bijącego w różnych płaszczyznach Michała, ale od momentu, gdy Cybulski złapał rywala przy linach, runda zaczęła się wyrównywać. Od kolejnego starcia zaczęła się już ringowa wojna. Cybulski chyba na nowo uwierzył w siebie. W piątej rundzie znów Michał był lepszy, chociaż Marcin cały czas próbował nacierać. W końcówce było u niego widać pewien kryzys kondycyjny. Szósta odsłona znów przyniosła sporo emocji. Z początkiem kolejnych trzech minut spadło trochę tempo, ale to Michał był górą, pod koniec tego starcia wsadził dwa mocne podbródkowe, co jednak nie starczyło by wyraźnie naruszyć ambitnego Marcina. Ósma runda w wykonaniu Cybulskiego przeboksowana na ambicji, ale też na wyraźnym zmęczeniu, dlatego wyraźnie wygrywa „Żeroma”. Dziewiąta odsłona chaotyczna, kilka zderzeń głowami, na które skarżył się Żeromiński, jednak sędzia Kromka uznał, iż obaj faulują i dał chłopakom dalej robić swoje. Ostatnia runda miała podobny przebieg do dwóch poprzednich. W przekroju całej walki w oczy rzuca się ambicja i serce do walki Cybulskiego i wciąż niezłe możliwości Żeromińskiego. Problem radomianina polega na tym, że nawet najbardziej soczystymi ciosami nie był w stanie doprowadzić do liczenia naprawdę mocno zmęczonego rywala. Po ostatnim gongu werdykt nie mógł być inny, jak pewna wygrana Żeromińskiego – 100:90, 100:90 i 99:91. Na uwagę zasługuje też fakt, że po walce w ringu pojawił się Mateusz Masternak i przez mikrofon docenił Cybulskiego, który nie mając trenera i profesjonalnych treningów pokazał wielki charakter.

W starciu w wadze lekkiej pań Oleksandra Sidorenko (3-0) zmierzyła się z byłą rywalką Ewy Brodnickiej, Monicą Gentili (4-5, 1 KO). Wygrała Ukrainka zamieszkała na stałe w Polsce, ale musiała wykrzesać z siebie wszystko co najlepsze, by odprawić agresywną Włoszkę. W pierwszej rundzie Sasza świetnie z defensywy kontrolowała pojedynek długimi ciosami prostymi. W drugiej Gentili szukała miejsca, żeby dojść do Sidorenko w półdystans ze swoimi niebezpiecznymi sierpami, ale zawodniczka Tymexu wyraźnie wyprzedzała poczynania rywalki, a jeśli już tej udało się podejść, to skutecznie łapała wszystko na blok. Włoszka podrażniona przebiegiem dwóch pierwszych rund w trzeciej jeszcze bardziej poszła do przodu, zmuszając Sidorenko do szybkiego przemieszczania się po ringu. Czwarta odsłona bardzo podobna do trzeciej, ale Sasza tym razem była trochę aktywniejsza w ataku, przez co pozwoliła przeciwniczce na nieco mniej niż w poprzednich dwóch minutach. Piąta runda mogła pójść na korzyść Włoszki, choćby dlatego, że wyprowadziła sporo ciosów na korpus, których Sidorenko nie była w stanie wyłapać. Ciosy na korpus Gentili wyprowadzone w całej walce przyniosły efekt, bo Sidorenko w ostatnim starciu wyraźnie opadła z sił i przegrała tę odsłonę. A na kartach punktowych wyglądało to tak: 59:55, 59:55 i 60:54. Zasłużenie wygrała Sidorenko, ale Gentili zasłużyła na pewno na to, by ta ostatnia runda była zapisana na jej konto…

W jednej z ciekawszych walk zmierzyli się Michał Leśniak (3-1, 1 KO) oraz Damian Wrzesiński (9-0-1, 4 KO). W czasach amatorskich „Wrzos” dwukrotnie łatwo pokonał „Szczupaka”. Dziś również, ale przeprawę miał tym razem bardzo trudną. Pierwszą rundę zdecydowanie zdominował Wrzesiński, który kilka razy trafił mocno na dół i raz wyraźnie zahaczył Leśniaka lewym sierpem. Bardziej mobilny i skuteczny był Damian, ale Leśniak złapał rywala lewym sierpowym na głowę. Sędzia ringowy długo nie musiał interweniować, co nie zdarza się często i świadczyło to o wysokim poziomie tego pojedynku. Mimo iż podopieczny Piotra Wilczewskiego atakował pojedynczymi ciosami zza podwójnej gardy, to walka zaczęła się powoli wyrównywać. Uderzenia Michała stały się coraz bardziej widoczne. W czwartej odsłonie zaczęła się dobra bokserska bójka z obustronnymi atakami. Piąta runda znów w dobrym tempie, z dużą ilością ciosów z obu stron, a na szczególną uwagę zasłużył soczysty lewy sierpowy Leśniaka w drugiej minucie. Ostatnia odsłona mogła być decydująca i poza jej początkiem, powinna należeć do Wrzesińskiego, który zepchnął rywala do obrony. Leśniak miał już chyba lekki kryzys. Po ostatnim gongu wszyscy sędziowie byli zgodni, punktując 58:56, 58:56 i 58-57 na korzyść Wrzesińskiego.

Mateusz Rzadkosz (2-0-1) i Tomasz Gromadzki (1-0-1, 1 KO) w czasach amatorskich mieli bilans remisowy. Dziś spotkali się już jako zawodowcy i nadal nie rozstrzygnęli, który z nich jest lepszy. Obaj pierwszą minutę zaczęli z dużym respektem do siebie, natomiast przez pozostałe dwie minuty to Gromadzki był agresorem. Prawa ręka Rzadkosza cały czas była jednak przy brodzie i nie dał on sobie zrobić krzywdy, sprawiając wrażenie, że doskonale kontroluje sytuację ringową. W drugiej rundzie obraz walki był podobny do tego z końcówki pierwszej – Gromadzki wchodził z chwilami szalonymi atakami, lecz nie ustrzegł się przy tym błędów. Trzecia odsłona zdecydowanie na korzyść Rzadkosza, który bezkarnie kontrował atakującego rywala, jak również bardzo skutecznie przyjmował jego ataki na szczelny blok. Kolejne starcie też na korzyść Mateusza, który tym razem nie tylko atakował z kontry, ale także szedł do przodu. Gromadzki stracił już trochę energii, jaką miał w pierwszych trzech odsłonach. Piąta runda bez większej historii poza tym, że po dwóch celnych ciosach w pełni rozluźnionego Rzadkosza Gromadzki zgubił ochraniacz na szczękę. Ostatnią odsłonę Tomasz znowu zaczął z animuszem i tym razem przynosiło to efekt, bowiem na tym odcinku to on częściej trafiał i powinien wygrać to starcie. W końcówce po lewym sierpowym Rzadkosz zrobił nawet krok do tyłu. Po ostatnim jeden sędzia typował 58:56 dla Gromadzkiego, ale dwaj pozostali wypunktowali remis. Tak oto dwaj niepokonani zawodnicy Mariusza Grabowskiego dalej pozostają niepokonani..

Wygrane zanotowali też Marcin Siwy (14-0, 6 KO) oraz Adam Balski (4-0, 4 KO). Ten pierwszy wypadł przeciętnie, znów dobrze natomiast zaboksował startujący w kategorii cruiser Adam. Siwy spotkał się z wyższym i zaskakująco dobrze pracujący na nogach Igorem Filipienką (5-25-2, 1 KO). Polak strzelał mocnymi sierpami, ale nie sięgał przeciwnika i większość jego ciosów pruło powietrze. Filipienko kilka razy skontrował bezpośrednim prawym i obraz pojedynku wydawał się naprawdę równy. O wszystkim zadecydowały dwa odjęte punkty Ukraińcowi, które wcale nie musiały być odbierane. Po gongu kończącym szóstą rundę sędziowie wskazali na Marcina 59:53, 58:54 i 59:55.
Naprzeciw Balskiego stanął ambitny i starający się odgryzać do samego końca Eryk Ciesłowski (2-2). Wszystko fajnie się oglądało, lecz szybszy i silniejszy Adam stopniowo zyskiwał coraz większą przewagę. Szturm w drugiej odsłonie jeszcze nie przyniósł wymiernej korzyści, ale kiedy podkręcił znów tempo w czwartym starciu, uderzył kilka razy na zmianę na dół i na górę, zareagował Włodzimierz Kromka i słusznie zastopował potyczkę.

Zwycięstwa odnotowali również Mariusz Runowski (3-0, 2 KO) oraz Patryk Boruta (3-0). Pierwszy między linami krótko po godzinie 18:00 pojawił się Runowski. Grzegorz Sikorski (2-10) starał się boksować cios za cios, jednak silniejszy fizycznie rywal złamał go w końcówce drugiej rundy prawym hakiem na żebra. W trzeciej był dla odmiany lewy hak w okolice wątroby dający drugie nokdaun, a potem lewy sierp na szczękę i trzecie liczenie. W ostatnich trzech minutach Sikorski walczył już tylko o przetrwanie. Jeszcze dwukrotnie znalazł się na macie ringu, ale swój cel osiągnął. Po ostatnim gongu wszyscy sędziowie zgodnie punktowali 40:31 na korzyść Mariusza. Potem do ringu wyszedł Boruta. Doświadczony Czawazi Chacygow (11-14, 7 KO) jeszcze na początku starał się kontrować lewym sierpem, lecz w końcówce drugiej rundy osłabł i coraz częściej zaczął wchodzić głową. Arbiter Mirosław Brózio w trzecim starciu po trzecim ostrzeżeniu zdyskwalifikował byłego mistrza Europy.

źródło: bokser.org
tymex_radom_big

EWA BRODNICKA ZAWODOWĄ MISTRZYNIĄ EUROPY WAGI LEKKIEJ

gala_lomianki15

Ewa Brodnicka (10-0, 2 KO) osiągnęła życiowy sukces podczas gali w Łomiankach. Co prawda nie było łatwo, ale pokonała  Elfi Philips (6-3-3, 2 KO), sięgając tym samym po wakujący tytuł mistrzyni Europy wagi lekkiej. Pierwsze cztery rundy wygrała Brodnicka, chociaż momentami było zbyt dużo klinczu, zwłaszcza w pierwszej odsłonie. Philips z czasem zaczęła wykorzystywać klincz i biła wtedy sporo ciosów na dół, po których można było odnieść wrażenie, że Brodnicka przeżywa lekki kryzys kondycyjny, stąd środkowe rundy można było punktować na dobrą sprawę w obie strony. Najgorsze dla Ewy były odsłony numer siedem i osiem, kiedy rywalka zadawała więcej ciosów, a co najważniejsze, wygrywała również końcówki. Ostatnie cztery minuty mogły być jednak zapisane dla Polki, która tym samym przypieczętowała zwycięstwo. Na kartach punktowych po ostatnim gongu wygrana okazała się dość okazała. Sędziowie byli w miarę zgodni i punktowali – 98:92, 98:93 oraz 98:93.

Nikodem Jeżewski (12-0-1, 7 KO) już w pierwszej odsłonie pokonał Władimira Letra (5-6, 2 KO), udanie rewanżując się mu za dwie porażki w czasach boksu olimpijskiego. Wszystko zakończył bezpośredni prawy krzyżowy na szczękę już w połowie pierwszej rundy! Początek walki wskazywał na to, że może być to dobry pojedynek, bo Letr nie unikał walki. Po prawym Jeżewskiego wstał na siedem, ale sędzia Zwoliński, być może trochę przedwcześnie, podjął decyzję, że nie dopuści Letra do dalszej rywalizacji.

W drugim pojedynku pań Oleksandra „Sasza” Sidorenko (2-0, 0 KO) wypunktowała stosunkiem 60:54 u wszystkich sędziów Karinę Kopińską (4-10-3, 1 KO). Werdykt nie pozostawiał wątpliwości, przeważała nowa zawodniczka stajni Mariusza Grabowskiego, ale rywalka dzielnie atakowała do samego końca. O wszystkim zdecydowała przewaga szybkości i świetna praca nóg. Sidorenko od początku zaczęła wypracowywać przewagę i w dobrym tempie punktowała Kopińską w pierwszej rundzie. W drugiej także przeważała, ale nie ustrzegła się błędu i przyjęła dość mocny lewy sierpowy od przeciwniczki. W trzeciej i czwartej rundzie Sidorenko ustawiała sobie Kopińską przednią ręką i tym zdobywała przewagę, choć zawodniczka ze Śląska nie chciała być jej dłużna i potrafiła postawić opór, polując głównie na ciosy sierpowe. W piątej, najbardziej wyrównanej odsłonie, Kopińska odgryzła się kilkoma atakami w drugie tempo. Szóste starcie mimo dzielnej postawy rywalki w całości pod dyktando Saszy i w pełni zasłużone zwycięstwo.

Bez problemu kolejne zwycięstwo do zawodowego rekordu dopisała Karolina Łukasik (12-1, 3 KO), która pewnie pokonała Borislavę Goranovę (10-43-2). Polka górowała nad rywalką zarówno umiejętnościami czysto bokserskimi, jak i warunkami fizycznymi, co jeszcze dodatkowo powiększało dysproporcje między nimi. Wydawało się, że gdyby trochę podkręciła tempo, prawdopodobnie wygrałaby nawet przed czasem i właśnie jednostajny boks to chyba jedyne, do czego można się u Karoliny przyczepić. Po sześciu jednostronnych rundach wynik mógł być tylko jeden – 3x 60:54.

Robert Parzęczewski (10-1, 4 ko) zaciera powoli złe wrażenie z przegranej walki pół roku temu. Popularny „Arab” zanotował drugie od tego czasu zwycięstwo. Naprzeciw niego stanął Bela Juhasz (12-7, 7 KO). Na jego tle pięściarz z Częstochowy zaprezentował się naprawdę fajnie, choć z pewnością pewien niedosyt pozostaje, bo można było bez problemu pokusić się o zwycięstwo przed czasem. Zwłaszcza, że przeciwnik kilka razy był naruszony, a w piątej rundzie zabrakło kilka sekund, by było po wszystkim. W tej samej odsłonie był zresztą liczony, ale większe szkody wyrządziły mu ciosy Roberta na samym finiszu, gdy Węgier walczył już tylko o przetrwanie. Do nokautu zabrakło kilkudziesięciu sekund. Po ostatnim gongu wszyscy sędziowie mieli łatwą pracę i wliczając jeden nokdaun wypunktowali 60:53 wygraną Parzęczewskiego.

W swoim drugim zawodowym pojedynku Adam Balski (2-0, 2 KO) już w pierwszym starciu znokautował Artsioma Hurbo (4-25-1, 3 KO). Rywal sprawiał wrażenie jakby odczuwał każdy cios dość dobrze poukładanego jak na początek kariery zawodowej Polaka. Balski szybko trafił akcją prawy prosty-lewy sierp, który powalił przeciwnika. Sędzia puścił pojedynek dalej po liczeniu do ośmiu, ale w momencie kiedy Hurbo po ciosie na korpus nie wykazywał chęci kontynuowania walki, wkroczył do akcji i zakończył jego męczarnie.

W pierwszym pojedynku gali, w kategorii półśredniej, Patryk Boruta (2-0) na dystansie czterech rund bez problemu wypunktował Andrieja Hramykę (10-15-3, 9 KO) z Białorusi. Młodziutki Polak nie był w stanie uporządkować pojedynku i często wdawał się w niepotrzebne przepychanki, które były wynikiem jeszcze małego doświadczenia. W pierwszej rundzie sędzia Gortat zabrał punkt Hramyce za ataki głową, stąd werdykt u wszystkich sędziów 40:35. W końcówce rywal opadł z sił i wydawało się nawet, że jest szansa wygranej przed czasem, jednak zabrakło jeszcze jednego starcia.

źródło: bokser.org

lomianki15